[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na spokojnej, jaskrawej w promieniach wczesnego 61słońca tafli niewielkiego jeziora nie widać było śladu czaszy spadochronu.Znikąd też niedobywał się dym, który powinien był znaczyć miejsce upadku samolotu.Nie liczącsamotnych, pojedynczych chmur, niebo nad otaczającym jezioro zbitym pasmem tropikalnychdrzew było idealnie czyste.Fargo rozprostował zdrętwiałe ciało i z trudem wydostał się z korzennej klatki.Przeżytyszok i spiętrzające się aż do tragicznej kulminacji wydarzenia sprawiły, że zdjęcie skafandrazajęło mu prawie piętnaście minut.Dokładnie przeszukał wszystkie kieszenie - płaski pakietprzy pasku zawierał dwa blaszane pojemniki z wodą i garść dużych, kanciastych pastylek.Zrezygnacją schował je do kieszeni na udzie.Rozejrzał się wokół.Wiedział, że nie powinienzbyt długo tutaj pozostawać.Czekanie na pomoc, jeśli w ogóle ktoś wiedział o zestrzeleniusamolotu odbywającego tajną misję, nie było zbyt bezpieczne.Bardziej prawdopodobnewydawało się, że na miejsce katastrofy przybędą ci, którzy wysłali myśliwce.Po krótkim namyśle wkroczył w mroczny świat dżungli.Początkowo przyglądał sięotaczającym go drzewom, mijanym kwiatom - jeśli były to kwiaty - krzewom i lianom, aleszybko porzucił to zajęcie.Nie miał pojęcia o botanice i zdał sobie sprawę, że nie potrafirozpoznać żadnego znajomego kształtu.Przeklinał skrupuły, które nie pozwalały mu spytaćpilotów o część świata, w której leży cel lotu.Być może świadomość, że znajduje się wAmeryce Południowej, Afryce czy Azji niewiele pomogłaby w obecnej sytuacji, jej brakpotęgował jednak stres, na jaki był narażony.Zrezygnowany, machnął ręką.Mimo że nieprzeszedł jeszcze nawet kilometra, czuł, że jest skonany.Rosnący upał i ogromna wilgotnośćpowietrza powodowały szybki ubytek sił.Mniej więcej po dwóch godzinach przystanął, żeby się napić.Rozerwał pojemnik i choćprzyrzekał sobie racjonować wodę, wypił wszystko kilkoma haustami.Ruszając dalej, nieczuł ulgi.Zmusił się do zjedzenia dwóch pastylek, ale i to nie pomogło.W ciągu następnychdwóch godzin szedł coraz wolniej, by wreszcie usiąść pod drzewem i opróżnić następnypojemnik.Wyjął z kieszeni i włożył do ust nieprawdopodobnie pogiętego papierosa, alebezwład, jaki go opanował, nie pozwolił na wyjęcie zapałek.Nie wiedział, ile czasu spędziłpod dziwnym, rozłożystym drzewem.Kiedy podniósł się wreszcie i chwiejnym krokiemruszył dalej, słońce dawno już minęło najwyższy punkt na niebie.Opuściła go ostrożność, której przedtem przestrzegał.Jak każdy typowy Europejczykspodziewał się, że w dżungli pod każdym krzewem, pod każdym liściem czai się jadowitywąż.Parł przed siebie, nie zważając ani na  podejrzanie wyglądające rośliny chłoszczące gouzbrojonymi w kolce gałęziami, ani na chmary muszek kłębiących się wokół oczu, nosa i ust.Na pół oślepły, osłaniając się opuchniętymi dłońmi, szedł coraz bardziej zbaczając zwytyczonego kierunku, pozwalając prowadzić się splątanej roślinności, która od czasu doczasu odsłaniała przed nim co łatwiej dostępne przejścia.Kiedy wydostał się na wolną przestrzeń, chwiejnie posuwał się dalej.Szedł jednak corazwolniej, aż po kilkunastu krokach zamarł zupełnie.Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że 62stoi na środku szosy.Powoli, jakby bojąc się, że rzeczywistość spłatała mu figla, osunął się naspękany, gorący od słońca asfalt.Nie czekał długo.Stał na poboczu, nie czując już zbytnio ani zmęczenia, ani pragnienia,które w obliczu zaistniałej nadziei spadło do rangi drobnej dokuczliwości.Kierowca starej imocno sfatygowanej ciężarówki zareagował na pierwszy ruch ręki.Zatrzymał swójarchaiczny pojazd na środku drogi i otworzył drzwiczki.- Podwiezie mnie pan do miasta?- Jasne! - Starszy i pomimo siwizny rześko wyglądający człowiek mówił po angielsku,choć z dziwnym akcentem.- Marsz na orientację? Pogubiło się kierunki?- Mhm.Fargo ruszył w stronę zbitego z nieheblowanych desek pudła ciężarówki, w środkuktórego zauważył rozpartych pod burtą kilku Murzynów. A jednak Afryka - pomyślał.- Nie tam.- Kierowca wskazał miejsce w szoferce.- Tutaj.Podziękował mu uśmiechem.Wdzięczność do pełnego werwy staruszka wzrosła, kiedydostał manierkę z chłodną wodą.- Dostaniesz opierdol.- Stary jedną ręką zakorkował puste naczynie.- Proszę?- Jak wrócisz do jednostki.Nie ma się co bać, nie ty pierwszy się tu zgubiłeś.- Taa.- Fargo coraz lepiej czuł się w nowej roli.- Słyszał pan w nocy huk?- Ja? Gdzie tam! - Coś zazgrzytało w skrzyni biegów.- Od wczorajszego poranka jestemw drodze.Non stop.- A jak pan myśli, czy okoliczni mieszkańcy.?- Jacy mieszkańcy? - wpadł mu w słowo kierowca.- Przywożą was na to odludziehelikopterami i nawet nie powiedzą, gdzie lądujecie, a potem dziwią się, że mało którydociera do celu.- Coś w tym sensie.- Właśnie.W promieniu trzystu mil od jeziora nikt już nie mieszka - przekrzykiwałcharczące radio staruszek.- Nawet M botu się wynieśli, kiedy na płaskowyżu zaczętobudować kopalnie odkrywkowe.Teraz, panie, całe połacie dżungli zamieniły się w dymiącehałdy.W tej okolicy krąży takie powiedzenie: czego nie wyżarł HIV, czego nie wydusiłySARSy, to z pewnością dorżnie KGHM.- M botu.- powiedział Fargo niezupełnie na temat, nie słuchał bowiem ostatnich słówstarego, usiłując sobie przypomnieć, skąd zna tę nazwę.- Dokładnie.Ostatni rdzenni mieszkańcy tego kontynentu.Nie to, co te przybłędy zzaoceanu - wskazał na pakę.- Wiesz, może ja, stary, głupio myślę, ale tak mi się wydaje, żektoś to wszystko zaplanował.- Co zaplanował?- No, to wszystko z wyludnieniem Afryki.AIDS osłabił pół kontynentu, zanim Europa i 63Ameryka zaczęły niby pomagać.Ale dla milionów chorych już było za pózno.Fargo skinął głową.I na jego kampusie krążyły takie teorie, że epidemie, które wyludniłyCzarny Ląd przed falą neokolonizacji, były wywołane sztucznie.Wprawdzie nikt nie wiązał ztą sprawą wirusa HIV, ale jak na to spojrzeć z szerszej perspektywy.W dwadzieścia lat popierwszym przypadku kolejnej mutacji wirusa ptasiej grypy cała Afryka równikowaprzypominała ogromny cmentarz.Tu nie było zorganizowanej służby zdrowia, kwarantanny [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl