[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W tym momencie zrozumiała, dlaczego ta twarz wydała jej się znajoma.Przypomniała sobie, gdzie ją spotkała.Wtedy miała czarne włosy.Na schodach pojawiła się Riseley-Porter.Przeszła obok nich, oznajmiając stanowczym tonem:- Naprawdę, nie mogę znieść tego ciągłego chodzenia w górę i w dół.Stanie w tych pomieszczeniach również jest męczące.Ogrody, chociaż niezbyt duże, są bardzo podziwiane przez znawców.Lepiej byłoby, gdybyśmy nie tracili tu czasu i od razu się tam udali.Chmurzy się i wygląda na to, że niedługo będzie padało.- Mówiła tak przekonywująco, że jej słowa zawsze odnosiły pożądany skutek.Osoby zgromadzone wokół, posłusznie udały się za nią w stronę ogrodów, które rzeczywiście zasługiwały na podziw.Pani Riseley-Porter podeszła natychmiast do pułkownika i razem oddalili się jedną ze ścieżek.Pozostali rozeszli się po ogrodzie.Marple podeszła do pobliskiej ławki, artystycznie wykonanej i wyglądającej na wygodną.Usiadła i z ulgą głośno westchnęła.Podobne westchnięcie usłyszała tuż obok.Była to Temple, która również postanowiła odpocząć.- Zwiedzanie jest bardzo męczące - zauważyła.- Najbardziej męczącą rzeczą na świecie, szczególnie gdy trzeba wysłuchiwać długich wywodów w każdym oglądanym pomieszczeniu.- Ale wszystko, co usłyszeliśmy, było bardzo interesujące - powiedziała Marple z nutką ironii w głosie.- Tak pani uważa? - Temple spojrzała na Marple.Ich oczy spotkały się i natychmiast zawiązała się między nimi nić porozumienia.- A pani?Rozumiały się już doskonale.Siedziały tak przez chwilę w ciszy.Następnie Temple zaczęła rozmowę na temat ogrodów.- Ten ogród zaprojektował Holman, około 1800 lub 1798 roku.Niestety, młodo umarł.Był geniuszem.- To takie przykre, gdy ktoś młodo umiera - zauważyła Marple.- No, nie wiem - odparła Temple, jakby się zastanawiała.- Ale tracą tyle ciekawych rzeczy.- A może oszczędzone im jest tyle nieprzyjemności.- Jako starsza osoba stwierdzam jednak, że wczesna śmierć to strata, a nie zysk.- A ja, spędziwszy niemal całe życie wśród młodych ludzi, uważam, że każde życie to tylko krótki moment wieczności.Jak powiedział T.S.Eliot: „Życie róży i życie drzewa cisowego - to ten sam czas”.- Rozumiem.Długie czy krótkie życie jest skończonym doświadczeniem.Ale czy nie uważa pani, że nagle przerwane można uznać za pewnego rodzaju niespełnienie.- Owszem, to możliwe.- Jakie piękne są peonie.Wyglądają tak dumnie, ale jednocześnie tak krucho - powiedziała Marple, patrząc na kwiaty rosnące obok.- Czy przyjechała pani oglądać zabytki czy ogrody? - spytała Temple.- Najbardziej lubię ogrody, ale te zabytkowe domy są dla mnie nowym doświadczeniem.Różnorodność form, historia, piękne, stare meble i obrazy.- Zamyśliła się.- Mój znajomy ofiarował mi tę wycieczkę w prezencie.Jestem mu za to bardzo wdzięczna.Miałam niewiele okazji, aby zwiedzać.- To bardzo miłe.- Czy często bierze pani udział w takich wycieczkach?- Dla mnie to nie tylko wycieczka.Marple spojrzała na nią z zainteresowaniem.Już otwierała usta, aby spytać, ale się powstrzymała.Wtedy Temple z uśmiechem zagadnęła:- Zastanawia się pani, dlaczego tu jestem? A może sama pani zgadnie?- Wolałabym nie.- Ależ tak, proszę - nalegała Temple.- To mnie bardzo ciekawi.Niech pani zgadnie.Marple siedziała chwilę cicho, uważnie przyglądając się pani Temple.- Będę zgadywała nie na podstawie tego, co wiem o pani, a wiem, że jest pani sławna, tak jak i pani szkoła, ale na podstawie pani wyglądu.Wydaje mi się.że wybrała się pani na pielgrzymkę.Przez chwilę panowała cisza.- Bardzo dokładnie pani to ujęła.Tak, jestem na pielgrzymce - odezwała się Temple.- Znajomy, który zafundował mi tę wycieczkę, już nie żyje.Nazywał się Rafiel, bardzo bogaty człowiek.Czy pani przypadkiem go nie znała?- Z nazwiska oczywiście, tak.Osobiście nigdy go nie spotkałam.Kiedyś przeznaczył duże pieniądze na projekt naukowy, który mnie interesował.Byłam mu niezmiernie wdzięczna.Jak pani zauważyła, posiadał wielkie pieniądze.Przeczytałam w gazecie notatkę o jego śmierci.A więc pani przyjaźniła się z nim od dawna?- Nie.Spotkałam go tylko raz, w zeszłym roku - wyjaśniła Marple.- W Indiach Zachodnich.Niewiele wiem o jego życiu osobistym, przyjaciołach, rodzinie.Był wielkim finansistą i, jak niektórzy mówili, mężczyzną pełnym rezerwy.Czy znała pani jego rodzinę? - Marple zawahała się.- Nie lubię zadawać zbyt wielu pytań i być uważana za wścibską, ale zawsze mnie to ciekawiło.Pani Temple milczała dłuższy moment, potem powiedziała:- Raz poznałam dziewczynę, uczennicę z mojej szkoły w Fallowfield.Żadna krewna pana Rafiela, ale była kiedyś zaręczona z jego synem.- I nie pobrali się?- Nie.- Dlaczego?- Można powiedzieć, że miała na tyle rozsądku, żeby tego nie robić.Nie należał do mężczyzn, o jakich marzą matki dla swych córek.Była słodką dziewczyną.Nie wiem, dlaczego ślub nie doszedł do skutku.Nikt mi nigdy nie powiedział.No cóż, zmarła.- Dlaczego?Elizabeth Temple utkwiła wzrok w peoniach.Po chwili odezwała się.Powiedziała jedno słowo, które zadźwięczało jak dzwon:- Miłość!- Miłość? - powtórzyła Marple.- Tak.Miłość.Najbardziej przerażające słowo w życiu - powiedziała to głosem przepełnionym goryczą i tragizmem.7.ZAPROSZENIEMarple zdecydowała, że opuści popołudniowe zwiedzanie zabytków, kościoła i czternastowiecznych witraży.Oznajmiła, że jest zmęczona i że dołączy do grupy w umówionym miejscu na głównej ulicy.Pani Sandbourne zgodziła się i uznała decyzję za rozsądną.Marple, siedząc na ławce koło herbaciarni, zastanawiała się, co robić dalej.Gdy reszta grupy piła herbatę, dosiadła się do stolika, przy którym siedziały panie Cookie i Barrow.Jedno miejsce zajmował także Caspar, ale Marple nie uważała go za zbyt biegłego w angielskim, aby brać jego obecność pod uwagę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl