[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Esko zrozumiał, że tym razem nawet nie słyszał warkotu nitownicy Cristofa.W jegokierunku leciał już następny nit, lecz teraz Gunnar rzucił mniej celnie, ponieważ brak reakcjize strony Esko wybił go z rytmu.Esko rzucił się naprzód i w ostatniej chwili podstawiłpuszkę.Brzęk!Zła pogoda była najgorszym wrogiem robotników pracujących na dużych wysokościach ijedyną rzeczą, której się obawiali.Lekki powiew wiatru, taki przyjemny w dole, wysoko nadziemią jest silnym podmuchem i często okazuje się bardzo zdradliwy.Gdyby Esko mógłdecydować, w jednej chwili kazałby wszystkim robotnikom zejść na dół, ale niestety nie miałtu nic do gadania. Offermans!Przygotował nit dla Bo i po chwili Cristof wbił go w głąb metalowej belki swojąnitownicą.Z dołu nadlatywał już kolejny nit, rzucony nieco mocniej niż poprzednie,ponieważ Gunnar był naprawdę wściekły.Brzęk!Kątem oka Esko zauważył Petroskiego, brygadiera budowy, który zza rogu budynkuwpatrywał się w niebo przez lornetkę.Petroski był brzuchatym, ciemnowłosym robotnikiem zWarszawy, który znajdował przyjemność w pomiataniu innymi i nigdy nikomu nie ustępował.Teraz obserwował zbliżającą się burzę, jednocześnie rozmawiając przez telefon połowy.O czym tu gadać, pomyślał Esko.Wkrótce rozpęta się tu piekło, bo ta burza nadchodzi takszybko i nieubłaganie jak burze zza jeziora w Pyhajarvi.Brzęk!Esko wyprostował się na rusztowaniu.Petroski przestał już krzyczeć do słuchawki izniknął z pola widzenia.Niebo z każdą chwilą stawało się coraz ciemniejsze.Dookoławarczały i poszczekiwały nitownice innych zespołów, i Esko nagle zrozumiał, że musi sampodjąć decyzję, zakłócić rytm pracy, zanim będzie za pózno.Ostrożnie postawił na belcepuszkę, na jej dnie lśnił czerwonym blaskiem żarzący się nadal nit. Schodzimy rzucił w stronę Bo. Na dziś skończyliśmy. Jak to?W tej samej chwili rusztowanie zachwiało się i zadygotało pod podmuchem wiatru.Czapka Bo sfrunęła na dół, ku koronom drzew i trawnikom Central Parku, gdzie ciemnesylwetki przebiegały alejkami, szukając schronienia przed burzą. Wystarczy powiedział Esko. Koniec.Zaraz rozpęta się burza.Wyciągnął rękę i wskazał nadciągające z południa zwały chmur. W porządku oświadczył Cristof, który zawsze chętnie przerywał pracę.Esko wetknął rączkę metalowej puszki za pasek spodni, podciągnął się na prostopadleustawioną belkę, wziął nitownicę od Cristofa i zarzuciwszy ją sobie na ramię jak karabin,pewnym krokiem ruszył ku wąskim schodkom.Po chwili był już na trzynastym piętrze i mijałGunnara oraz jego piec.Na chudej twarzy Szweda malowało się oburzenie i niedowierzanie. Co się dzieje? Oszalałeś? Na twoim miejscu zszedłbym na dół.Idzie straszna burza. Przecież wszyscy jeszcze pracują!Esko nie musiał się nawet rozglądać, aby stwierdzić, że to prawda.Niebo było już prawieczarne, mocne podmuchy wiatru stawały się coraz częstsze, lecz żaden z robotników pozanimi trzema nie oderwał się od pracy. Wracaj do roboty powiedział surowym tonem Gunnar, który jako szef zespołu niemógł ścierpieć, że ktoś podjął decyzję za niego. I to natychmiast.W przeciwnym raziewylecisz na zbity pysk, Offermans.Dopiero teraz powietrze rozdarły trzy przeciągłe dzwięki syreny, wzywające wszystkichdo zejścia z rusztowań. Zadowolony? warknął Esko. Ale ty zszedłeś przed sygnałem! Och, zamknij się wreszcie, Gunnar zawołał Cristof, trącając butem głowę Esko wdrodze na bezpieczne dwunaste piętro. A tak dobrze nam szło wymamrotał Gunnar, wyraznie rozżalony i rozczarowany.Tym przeklętym Szwedom ciągle się wydaje, że są władcami świata, pomyślał Esko. Dzięki Esko dobrze pójdzie nam i jutro oświadczył Cristof.Na dwunastym piętrze trwała gorączkowa krzątanina.Wszyscy zabezpieczali i chowalinarzędzia, spuszczali na dół pojemniki ze sprężonym powietrzem, ustawiali pod ścianamigruszki do cementu i grube stalowe szyny, które złowrogo lśniły w mroku, i wreszciespieszyli w kierunku drabin, aby jak najprędzej znalezć się na parterze.O wiele za długozwlekaliśmy z zakończeniem pracy, pomyślał Esko.Jakby na potwierdzenie wiatr zawyłdziko, niemal zbijając go z nóg i otaczając jego kolana chmurą kurzu i śmieci.Po niebieprzetoczył się grzmot, a z kanionów ulic odpowiedziało mu gromkie echo.Burza jeszcze sięnie zaczęła, chociaż wokół panował już prawie wieczorny mrok.Błyskawica zaświeciłajaskrawo, wypełniając niebieską poświatą, każdy zakamarek stalowej konstrukcji, przez cokażdy nit widać było tak wyraznie, jakby został sfotografowany.Nawet teraz jeszcze nie wszyscy opuścili dwa nieosłonięte i niczym nie chronionenajwyższe piętra.Czterech braci Mantilini nadal pracowało, nie zwracając najmniejszej uwagi naniebezpieczeństwo.Zupełnie jakby burza nie dyszała im tuż za plecami, a po prostu grali wbaseball podczas przerwy na lunch.Esko zobaczył, jak stojący przy piecu Steffano wyjmujespośród węgli rozżarzony nit i rzuca go do góry
[ Pobierz całość w formacie PDF ]