[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jedyna rada to starać się gdzieśo te trzy dolary dniówki.Dzierżawca medytował na głos:- Dziwne to jakieś wszystko.Człowiek ma ziemi tyle, co kot napłakał, a przecież ta ziemia i on tojedno to jakby kawałek jego samego, bo bez niej nie jest sobą.Kiedy ma ziemi tylko tyle, że może poniej chodzić uprawiać własnymi rękami, frasować się, kiedy coś nie dopisze, radować, kiedy deszczujest dosyć, wtedy ta własna ziemia to on sam i przez to czuje się jakoś większy, bo przecież to własnykawałek gruntu.I niechby mu nawet nie bardzo się wiodło, to i tak czuje się pewniej.Tak to już jest.Myślał głośno dalej:- Ale niech ma posiadłość, której nigdy na oczy nie oglądał i nie przyłożył do niej ręki ani po niejchodził, wtedy majątek bierze górę nad człowiekiem.Nie robi on już wtedy tego, co chce, ani niemyśli tak, jak chce.Ten majątek jest wówczas panem silniejszym od niego.A człowiek staje się mały.Tylko jego dobra są wielkie, a on jest ich sługą.Tak to już jest.Kierowca żuł placek, na którym był nalepiony znak fabryczny, i wypluwałskórkę.- Czasy się zmieniły, nie wiecie? Takimi myślami nie nakarmicie dzieci.Starajcie się o te trzy dolary na dzień, żeby mieć dzieciom co do gęby włożyć.I nie ma się cotroszczyć o cudze bachory, kłopoczcie się o własne.Jak będziecie wygadywać podobne rzeczy,zepsujecie sobie opinię i nigdy nie dostaniecie tych trzech dolarów dziennie.%7ładen z tych wielkichnie da wam zarobić, jeśli będziecie myśleć o czymś innym poza waszymi trzema dolarami dniówki.- Prawie setka ludzi błąka się po drogach przez te twoje trzy dolary.Gdzie się podziejemy?- Dobrze, żeście mi przypomnieli - odpowiedział kierowca.- Lepiej wynoście się co prędzej.Poobiedzie wjadę w wasze obejście.- Zasypaliście dziś rano studnię.- Wiem o tym.Muszę jechać prosto i nie zbaczać.A jak zjem obiad, przejadę się przez waszepodwórze.Muszę uważać, żeby linia była prosta.I jeszcze coś: znaliście mojego starego, Joe'egoDavisa, to wam powiem.Zapowiedziano mi, że jak się która rodzina nie wyniesie z dobrej woli, to jaksię coś przydarzy.no, wiecie, jak podjadę za blisko i wyrżnę w chałupę, to dostanę za to parędolarów.A mój najmłodszy dzieciak jeszcze nigdy nie miał bucików.- Zbudowałem ten dom własnymi rękami.Prostowałem stare gwozdzie, żeby przybić dach.Przywiązywałem drutem krokwie do belek.To mój dom.Sam go stawiałem.Spróbujcie go zwalićciągnikiem, a będę na was czekał w oknie z fuzją.Zbliżcie się tylko, zastrzelę was jak królika.- A cóżem ja winien? Nic na to nie poradzę.Nie zrobię tego, to stracę robotę.I wezcie na rozum:dajmy na to, że mnie zabijecie.Powieszą was po prostu, ale zanim będziecie wisieli, inny gość siądziena ciągnik i wyrżnie w wasz dom.Nie zabijecie tego, co zawinił.- To prawda - zgodził się dzierżawca.- Ale kto wydał wam taki rozkaz? Już ja go znajdę.To jegotrzeba zabić.- Nie macie racji, ten ktoś dostał rozkaz z banku.Bank dał mu polecenie:"Wypędz tych ludzi, bo stracisz pracę."- No więc, jest jakiś prezes tego banku.Jest jakiś zarząd.Nabiję fuzję i pójdę do banku.Na to kierowca:- Mówił mi jeden gość, że bank otrzymuje zlecenia z Nowego Jorku.Dostałtakie polecenie: "Zróbcie tak, żeby ziemia dawała zyski, bo inaczej zamkniemy bank."- Ale gdzież jest koniec tego łańcucha? Kto zasługuje na kulę? Zanim zdechnę z głodu, muszęzakatrupić człowieka, który mnie chce zagłodzić.- Nie wiem.Może i nie ma nikogo takiego.Może to wcale nie człowiek jest wszystkiemu winien.Może macie rację mówiąc, że za to odpowiedzialna jest własność.Tak czy owak, powiedziałem wam,co muszę zrobić.- Trzeba się nad tym namyślić - orzekł dzierżawca.- Musimy się wszyscy zastanowić.Jest chybajakaś rada.Przecież to nie piorun ani nie trzęsienie ziemi.Skrzywdzili nas ludzie, ale przecież, na Boga, można to zmienić.Dzierżawca usiadł w progu swego domu, silnik zagrzmiał i kierowca ruszyłciągnikiem.Gąsienice opuszczały się ku ziemi i znowu sunęły w górę, brony czesały glebę, przewodysiewnika wślizgiwały się w rolę.Ciągnik przeciął podwórze i oto twarda, udeptana ziemia stała sięobsianym polem.Potem maszyna przejechała raz jeszcze i pozostał już tylko pas nietkniętejprzestrzeni szerokości dziesięciu stóp.I znów powróciła.%7łelazny przód potwora uderzył w róg domu,rozwalił ścianę i wyrwałchatę z fundamentów, tak że upadła na bok, zgnieciona jak robak.Kierowca miał oczy osłonięteokularami, a gumowa maska zakrywała mu nos i usta.Ciągnik parł po linii prostej, powietrze i ziemiadrżały od jego warkotu.Dzierżawca patrzył za nim trzymając fuzję w ręku.Obok niego stała żona, zanią milczące dzieci.I wszyscy odprowadzali wzrokiem ciągnik.Rozdział szóstyWielebny Casy i Tom stali na wzgórzu i patrzyli w dół na zagrodę Joadów.Mały, nie malowany domek był zmiażdżony w jednym rogu i zepchnięty z fundamentów, tak żeprzechylił się na bok, spozierając ślepymi oknami w jakiś punkt nieba nad widnokręgiem.Płotyznikły, na podwórzu, przy chacie i wokoło stodoły rosła bawełna.Szopa była zwalona na bok irównież obrośnięta bawełną.Na miejscu podwórza, twardo ubitego stopami dzieci, kopytamikońskimi i szerokimi kołami wozu, krzewiła się na uprawnej teraz ziemi ciemnozielona, pokrytakurzem bawełna.Młody Joad patrzył długo na wynędzniałą wierzbę nad suchym korytem, w którym pojono konie, i nacementowy fundament, gdzie dawniej stała pompa.- Do stu piorunów! - odezwał się wreszcie.- Musiało się tu przewalić piekło.Toż tam nie ma żywej duszy.Szybkim krokiem ruszył w dół, a Casy, za nim.Joad zajrzał do opuszczonej stodoły: na ziemi i wrogu, w przegrodzie dla muła, leżało trochę sieczki.W chwili gdy zajrzał, rozległ się szelest i całarodzina myszy znikła pod słomą.Joad zatrzymał się chwilę na progu komórki, gdzie przechowywanonarzędzia - była prawie pusta.Zostałtylko złamany lemiesz od pługa, w rogu splątany kłąb drutu do wiązania siana, żelazne koło odgrabiarki, chomąto muła pogryzione przez szczury, płaska bańka na oliwę, zatłuszczona i oblepionabrudem, i podarty kombinezon wiszący na gwozdziu.- Nic nie zostało - stwierdził Joad.- Mieliśmy ładne narzędzia.Nie zostało nic.Casy odezwał się:- Gdybym był jeszcze pastorem, powiedziałbym, że uderzyło tu karzące ramię Pana.Ale nie wiem, cosię stało.Nie było mnie tu.I o niczym nie słyszałem.Poszli w kierunku cementowego fundamentu studni, po zaoranej ziemi, wśród krzaczków bawełny, naktórych tworzyły się już włochate kulki.- Tutaj nigdy nie sialiśmy nic - powiedział Joad.- Ten kawałek zawsze pozostawał nietknięty.No, ateraz nie można tu wprowadzić konia, bo stratowałby bawełnę.Przystanęli koło pustego koryta na wodę.Znikły chwasty, które zwykle rosły pod nim, stare grubedrewno koryta rozeschło się i popękało.Z płyty sterczały sworznie, podtrzymujące kiedyś kadłubpompy, gwinty były zardzewiałe i brak im było nakrętek.Joad zajrzał w ciemny otwór studni, splunąłw głąb i nasłuchiwał.Potem rzucił grudkę ziemi i znowu nastawił ucha.- Dobra była studnia - powiedział.- Ale nie słyszę wody.Zdawał się ociągać z pójściem w kierunku domu.Rzucał do studni jedną grudkę ziemi za drugą.- Może wszyscy wymarli - zastanawiał się.- Ale ktoś by mi o tym powiedział.Coś by do mnie przecież doszło.- Mogli zostawić list albo jakąś wiadomość w domu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]