[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wezwawszy służącego, z mniejszą niż zwykle uwagą zajął się swoją toaletą i w dziesięć minut później jego wielki rolls–royce wywoził go z maksymalną prędkością z Londynu.Jednakże kierował się nie do Abbofs Mede, ale do małej gospody odległej o jakieś piętnaście mil, noszącej dość dziwaczną nazwę „Pod Dzwonkami i Strojem Arlekina”.Z ogromną ulgą usłyszał, że pan Quin nadal tam przebywa.Po chwili stanął twarzą w twarz ze swoim przyjacielem.Uchwycił jego ramię i, wzburzony, z miejsca przystąpił do rzeczy.— Jestem ogromnie zdenerwowany.Musi mi pan pomóc.Mam okropne przeczucie, że może być już za późno — że ta miła dziewczyna jest następna w kolejce.A to naprawdę miła dziewczyna, miła do szpiku kości.— Gdyby tylko wyjaśnił mi pan, o co chodzi? — powiedział z uśmiechem pan Quin.Pan Satterthwaite spojrzał na niego z wyrzutem.— Przecież pan wie.Jestem absolutnie pewien, że pan wie.Ale opowiem panu.Opisał swój pobyt w Abbofs Mede i jak zawsze przy panu Quinie opowiadanie sprawiło mu sporo przyjemności.Był elokwentny, subtelny, skrupulatny w przedstawianiu szczegółów.— Widzi pan więc, że musi być jakieś wyjaśnienie — zakończył.Spojrzał na pana Quina z nadzieją, jak pies na swego pana.— Ale to pan musi rozwiązać problem, nie ja — powiedział pan Quin.— Pan zna tych ludzi, ja — nie.— Znałem córki Barrona czterdzieści lat temu — wyznał z dumą pan Satterthwaite.Pan Quin skinął zachęcająco głową, a jego rozmówca oddał się wspomnieniom:— Wtedy w Brighton, ten Botticetti–Wywrotka, to był głupi żart, ale jakże się śmialiśmy.Mój Boże, ależ byłem wtedy młody.Robiłem tyle głupstw.Pamiętam ich pokojówkę.Na imię miała Alice, taka malutka, bardzo dowcipna.Pocałowałem ją w korytarzu hotelu, i jedna z dziewcząt niemal mnie na tym przyłapała.Tyle lat minęło od tamtych czasów.Raz po raz potrząsał głową i wzdychał.Potem spojrzał na pana Quina.— Więc nie może mi pan pomóc? — zapytał ze smutkiem.— Przy innych okazjach…— Przy innych okazjach odniósł pan sukces wyłącznie dzięki własnym staraniom — dokończył z powagą pan Quin.— Myślę, że tym razem będzie tak samo.Na pana miejscu pojechałbym teraz do Abbofs Mede.— Tak, tak.O tym właśnie myślałem.Nie namówię pana, żeby pojechał pan ze mną?Pan Quin pokręcił głową.— Nie — odparł.— Ja wykonałem już swoją pracę i zaraz wyjeżdżam.W Abbofs Mede pana Satterthwaite’a od razu zaprowadzono do Margery Gale.Miała suche oczy.Siedziała w gabinecie za zarzuconym dokumentami biurkiem.Jej powitanie wzruszyło go.Tak wyraźnie ucieszyła się na jego widok.— Roley i Marcia właśnie wyjechali.Panie Satterthwaite, to nie jest tak, jak sądzą lekarze.Jestem przekonana, absolutnie przekonana, że matkę wepchnięto pod wodę i przytrzymano.Została zamordowana, i ktokolwiek to zrobił, zamierza zabić i mnie.Dlatego… — wskazała na leżący przed nią dokument.— Spisuję testament — wyjaśniła.— Sporo pieniędzy i część posiadłości nie przechodzi na spadkobiercę wraz z tytułem, poza tym są jeszcze pieniądze mojego ojca.Wszystko, co mogę, zostawiam Noelowi.Wiem, że dobrze to wykorzysta, a nie ufam Roleyowi — on zawsze chciał zagarnąć wszystko, co się da.Podpisze się pan jako świadek?— Moja droga młoda damo — zaczął pan Satterthwaite — powinna pani podpisać testament w obecności dwóch świadków, którzy złożą własnoręczne podpisy.Margery zlekceważyła te prawnicze pouczenia.— To nie ma najmniejszego znaczenia — oznajmiła.— Clayton widziała, jak się podpisuję i potem złożyła swój podpis.Miałam wezwać lokaja, ale pan go zastąpi.Pan Satterthwaite nie protestował dłużej.Odkręcił wieczne pióro i miał już złożyć swój podpis, kiedy nagle coś go powstrzymało.Nazwisko widniejące pod tekstem przywołało falę wspomnień.Alice Clayton.Jakaś myśl usiłowała przedostać się do jego świadomości.Alice Clayton, to miało jakieś znaczenie.Łączyło się z panem Quinem.Z tym, co niedawno sam mu powiedział.O, wreszcie sobie przypomniał.Alice Clayton, chodziło o nazwisko.„Taka malutka”.Ludzie zmieniają się, to prawda, ale nie aż tak! W dodatku Alice Clayton, którą on znał, miała brązowe oczy.Pokój zawirował wokół niego.Opadł na krzesło; po chwili, jakby z wielkiej odległości dobiegł go zaniepokojony głos Margery:— Czy jest pan chory? Co się stało? Na pewno jest pan chory.Odzyskał zmysły.Ujął jej dłoń.— Moja droga, teraz wszystko rozumiem.Musi się pani przygotować na wielki szok.Kobieta, którą nazywa pani Clayton, wcale nią nie jest.Prawdziwa Alice Clayton utonęła na — „Uralii”.Margery wpatrywała się w niego ze zdumieniem.— Kim… więc kim ona jest?— Nie mylę się, nie mogę się mylić.Kobieta, która nazywasz Clayton, to siostra twojej matki, Beatrice Barron.Przypominasz sobie, opowiadałaś mi, że uderzyła ją w głowę część omasztowania? Zapewne cios spowodował utratę pamięci, a twoja matka dojrzała w tym szansę dla siebie…— Żeby ukraść tytuł? — zapytała z goryczą Margery.— Tak, zrobiłaby to.To okropne mówić takie rzeczy, kiedy ona już nie żyje, ale taka właśnie była.— Beatrice jest starszą z sióstr — ciągnął pan Satterthwaite.— Po śmierci wuja odziedziczyłaby wszystko; twoja matka nic by nie dostała.Więc oznajmiła, że ranna kobieta to jej pokojówka, a nie siostra.Dziewczyna wyzdrowiała i uwierzyła w to, co jej powiedziano.Później zapewne pamięć zaczęła jej stopniowo wracać, lecz uderzenie spowodowało trwałe uszkodzenie mózgu.Margery patrzyła na niego z przerażeniem.— Zabiła matkę i chciała zabić mnie — szepnęła.— Na to wygląda — potwierdził pan Satterthwaite.— Kierowała nią tylko jedna, niejasna myśl: że ukradziono jej dziedzictwo, i że uczyniła to pani i pani matka.— Ale… ale Clayton jest taka stara.Pan Satterthwaite milczał przez chwilę, wpatrzony w obraz, który pojawił się przed jego oczami: przekwitła, stara kobieta o siwych włosach i promienne, złotowłose stworzenie siedzące w blasku słońca w Cannes.Siostry! Czy to możliwe? Pamiętał Barronówny; były do siebie bardzo podobne.Lecz ponieważ ich życie potoczyło się dwoma zupełnie innymi drogami…Potrząsnął gwałtownie głową, przejęty cudownością i nędzą świata…Zwrócił się do Margery i zaproponował łagodnie:— Chodźmy do niej na górę.Znaleźli ją w malutkiej pracowni, gdzie zwykle szyła.Nie odwróciła głowy, kiedy weszli [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl