[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.No trudno, tak czy owak, jestem pewnie podejrzany.Jeśli komuś mogło zależeć na śmierci tej osoby, to tylko mnie i tobie.- Marku - zawołała Addie na wpół ze śmiechem, na wpół z gniewem - doprawdy nie mów tak!- Dobrze, już dobrze - zgodził się Gaskell - ale lubię mówić tak, jak myślę.Nasz szanowny teść chciał tej ordynarnej małej - nie powiem jakiej - zapisać pięćdziesiąt tysięcy funtów.- Marku, przestań - ona nie żyje.- Tak, nie żyje, biedactwo.Ostatecznie, czemu nie miała wyzyskać tego, co jej natura dała? „Kimże jestem, iżby mi wolno było sądzić?” Sam popełniłem niejedno świństwo w życiu.Nie, nie, przyznajmy, że Ruby miała prawo być wyrachowaną, chciwą i przebiegłą.A my byliśmy matołkami, że nie zauważyliśmy tego wcześniej.- Co pan powiedział, gdy Conway zawiadomił pana o zamiarze zaadoptowania jej?Mark wzruszył ramionami.- Cóż mogliśmy powiedzieć? Addie, osoba zawsze wytworna, okazała zdumiewające opanowanie.Zniosła to dzielnie.Robiłem, co mogłem, aby nadążyć za jej przykładem.- No, ja zrobiłabym straszną awanturę! - wykrzyknęła pani Bantry.- Prawdę powiedziawszy, nie mieliśmy najmniejszego prawa do robienia awantury.To były pieniądze Jeffa.Nie jesteśmy z nim spokrewnieni.I tak był zawsze bardzo dobry dla nas.Nie pozostało nam nic innego, jak pogodzić się z losem.- W zamyśleniu dodał: - Ale nie kochaliśmy Ruby zbytnio.Adelajda dorzuciła:- Żeby była choć trochę inna.Jeff ma dwóch chrześniaków.Gdyby wybrał jedne go z nich, byłoby to zrozumiałe.- Z odcieniem urazy dodała: - A zdawało się, że tak lubi Piotra.- Wiedziałam oczywiście, że Piotr jest synem twojego pierwszego męża, ale nie pamiętałam o tym - przemówiła pani Bantry.- Dla mnie był zawsze wnukiem Jeffa.- Dla mnie też - przyznała Adelajda.Głos jej miał w tej chwili taki dźwięk, że pan na Marple odwróciła się na krześle, aby spojrzeć na młodą kobietę.- Wszystkiemu winna Josie - uznał Mark.- Josie ją sprowadziła.- Ale nie przypuszczasz chyba, że zrobiła to z rozmysłem! - zapytała Adelajda.- Prawda, Marku? Zawsze tak lubiłeś Josie.- Owszem, lubiłem ją! Uważałem ją za dobrego towarzysza.- Czysty przypadek, że sprowadziła tę małą.- Josie jest niegłupią dziewczyną, moja droga.- Tak, ale przecież nie mogła przewidzieć.- Oczywiście, że nie mogła.Przyznaje.Toteż nie twierdze, żeby sobie wymyśliła cały ten plan, aby usidlić starszego pana przy pomocy Ruby.Ale nie wątpię, że zorientowała się dawno, co się święci, zanim my zauważyliśmy cokolwiek, i nie ostrzegła nas ani słówkiem.Adelajda westchnęła.- Z tego też nie można jej czynić zarzutu.- Nikomu nie można niczego zarzucić.- Czy Ruby Keene była ładna? - zapytała pani Bantry.Mark spojrzał na nią pytająco.- Myślałem, że ją pani.Pani Bantry odparła szybko:- Owszem, widziałam zwłoki.Ale uduszono ją przecież i wtedy nie widać.- Wzdrygnęła się.Mark cedził z namysłem:- Moim zdaniem w ogóle nie była ładna.Bez makijażu byłaby prawie brzydka.Chuda, drobna twarz, o wiele za krótka broda, maleńkie, krzywe, mysie ząbki, nos nieokreślony.- Ależ to brzmi odrażająco! - zdziwiła się pani Bantry.- Nie, odrażająca nie była.Jak już powiedziałem, gdy się odpowiednio umalowała, wyglądała wcale nie najgorzej.Prawda, Addie?- Owszem, taka biało - różowa uroda z reklam mydła toaletowego.- O niewinnym spojrzeniu.Rzęsy czerniła tuszem, aby spotęgować jeszcze błękit oczu.Włosy, oczywiście, rozjaśniała.Gdy się tak zastanawiam, to w kolorycie - był to co prawda koloryt sztuczny - ale bądź co bądź kolorytem przypominała moją żonę Rosamundę.Myślę, że przede wszystkim dzięki temu zwróciła na siebie uwagę starsze go pana.Westchnął.- Tak, tak, okropna historia.Najgorsze to, że Addie i ja nie możemy się zaprzeć uczucia ulgi z powodu jej śmierci.- Nie dopuścił do sprzeciwu szwagierki.- Szkoda twoich słów, Addie, wiem, co czujesz.Ja czuję to samo.I nie chcę udawać.Ale równocześnie - rozumieją mnie, państwo, chyba - boleję nad tą sprawą z powodu starszego pana.To był prawdziwy cios dla niego.Ja.Mark urwał i wpatrzył się w drzwi wiodące z holu na taras.- Widzisz, kto idzie? Addie, czy ty masz sumienie?Pani Jefferson spojrzała przez ramię, po czym krzyknęła lekko i wstała zarumieniona.Szybko przeszła przez taras i zatrzymała się przy wysokim człowieku w średnim wieku, który rozglądał się zmieszany po tarasie.Pani Bantry zapytała:- Czy to nie Hugo McLean?Gaskell przytaknął:- Tak jest.- Bardzo wierny, prawda? - szepnęła pani Bantry.- Oddany Addie jak pies.Wystarczy, że kiwnie palcem, a Hugo przybiegnie choć by z drugiego końca świata.Ciągle nie traci nadziei, że Addie wyjdzie kiedyś za niego.I mam wrażenie, że w końcu naprawdę wyjdzie za niego.Panna Marple przyglądała się rozpromieniona.- Rozumiem! Romans!- I to w dodatku całkiem staroświecki - zapewnił Mark.- To się ciągnie od lat.Addie jest już taka.Przypuszczalnie telefonowała dziś rano po niego.Ale nic mi o tym nie wspomniała.Edwards ukazał się na tarasie.Zatrzymał się przy Marku.- Przepraszam, pan Jefferson prosi pana.- W tej chwili.- Mark zerwał się.Skinął głową zebranym, mówiąc: - Do widzenia tymczasem! - i wyszedł.Sir Henry przechylił się ku pannie Marple:- No i co pani sądzi o nich? Oni dzięki zbrodni dużo zyskali.Panna Marple przyglądała się w zamyśleniu Adelajdzie rozmawiającej ze starym przyjacielem.- Myślę, że jest bardzo czułą matką.- To prawda - przyznała pani Bantry.- Ubóstwia małego Piotra.- Należy do tych kobiet - mówiła panna Marple dalej - które są lubiane przez wszystkich [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl