[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.To trzeba wytłumaczyć! Bo nie mogę tego zrozumieć.– Więc dobrze, człowieku, powiedz wreszcie, o co chodzi.Nie mów tak chaotycznie.Rogers ponownie przełknął ślinę.– To te małe figurki, proszę pana.Na środku stołu.Figurki z porcelany.Było ich dziesięć.Mogę przysiąc, że było ich dziesięć.Armstrong przytaknął.– Istotnie, było ich dziesięć.Liczyliśmy je wczoraj podczas kolacji.Rogers podszedł bliżej.– A widzi pan! Gdy wczoraj wieczór porządkowałem jadalnię, było ich tylko dziewięć.Od razu sobie pomyślałem, że to dziwne.A dziś rano, proszę pana, niczego nie zauważyłem, gdy nakrywałem do śniadania.Byłem zbyt zmartwiony.Ale teraz, gdy zacząłem sprzątać.Niech pan zresztą sam zobaczy, jeśli mi pan nie wierzy.Jest ich tylko osiem! Czy to ma jakiś sens? Tylko osiem.Rozdział siódmyIPo śniadaniu Emily Brent zaproponowała Verze Claythorne małą przechadzkę na szczyt wyspy, by wyglądać łódki.Vera zgodziła się chętnie.Wiał orzeźwiający wiatr.Na morzu pojawiły się białe pióropusze fal.Nie było widać ani łodzi rybackich, ani motorówki.Wioskę Sticklehaven zasłaniał pagórek, a wystające czerwone skały zakrywały małą zatokę.Emily Brent zaczęła:– Ten mężczyzna, który nas wczoraj przywiózł, wyglądał na człowieka, na którym można polegać.Naprawdę dziwne, że do tej pory jeszcze go nie ma.Vera nic nie odrzekła.Starała się stłumić wzrastające uczucie przerażenia.Szepnęła do siebie z pasją: Musisz być opanowana.To nie w twoim stylu.Miałaś zawsze silne nerwy.Po dłuższej chwili odezwała się:– Chciałabym, by wreszcie przypłynął.Mam już dość tej wyspy.– Nie ulega wątpliwości, że wszyscy chcielibyśmy ją opuścić – odpowiedziała sucho panna Brent.– Wszystko tu jest takie nienaturalne.Wygląda jak gdyby.straciło swój sens.Stara kobieta ożywiła się.– Jestem zła na siebie, że dałam się tak łatwo nabrać, jeśli zastanowić się nad tym zaproszeniem, to brzmi ono niedorzecznie, ale wtedy nie miałam wątpliwości, najmniejszej wątpliwości.Vera wyszeptała odruchowo:– Przypuszczam, że nie.– Często jesteśmy zbyt łatwowierni – stwierdziła panna Brent.Vera odetchnęła głęboko i wzdrygnęła się.– Czy pani naprawdę mówiła na serio podczas śniadania? – zapytała.– Moja droga, proszę o większą dokładność.O jaki szczegół rozmowy pani chodzi?Vera odpowiedziała cichym głosem;– Czy pani naprawdę przypuszcza, że Rogers i jego żona mają na sumieniu tę starą lady?Emily Brent wpatrywała się w zamyśleniu w morze.Wreszcie rzekła:– Co do mnie, jestem o tym przekonana.A co pani sądzi?– Nie wiem, co o tym sądzić.– Wszystko za tym przemawia.Najpierw kobieta zemdlała, a jej mąż upuścił tacę; pamięta pani? Poza tym jego wyjaśnienia w tej sprawie nie brzmiały szczerze.Tak, obawiam się, że oni jednak to uczynili.– Pani Rogers wyglądała, jakby się bała własnego cienia.Nie widziałam nigdy kobiety tak przerażonej.musiały ją ciągle trapić zmory.Panna Brent mruknęła:– Pamiętam napis wiszący w moim pokoju dziecinnym: „Grzech znajdzie cię wszędzie”.Tak, to prawda.Grzech znajdzie cię wszędzie.Vera podniosła się na nogi.– Ależ, panno Brent.ależ, proszę pani.w tym wypadku.– Co, kochanie?– Wszyscy inni.Co z innymi?– Nie bardzo panią rozumiem.– No.te oskarżenia.Czyżby.czyżby były prawdziwe? Ale jeśli mają się zgadzać w wypadku Rogersa.– Przerwała, nie mogąc dać sobie rady z nawałem chaotycznych myśli.Zmarszczone czoło Emily Brent się wypogodziło.– Ach, teraz panią rozumiem.Więc dobrze, weźmy na przykład takiego Lombarda.Sam przyznał się, że skazał dwudziestu ludzi na śmierć głodową.– To byli przecież tylko tubylcy.– Czarni czy biali, wszyscy są naszymi braćmi – odpowiedziała ostro panna Brent.Vera myślała: Nasi czarni bracia.nasi czarni bracia.Nie, ja za chwilę wybuchnę śmiechem.Staję się histeryczką! Nie potrafię się opanować.Emily Brent ciągnęła w zamyśleniu:– Oczywiście, niektóre oskarżenia były nieprawdopodobne, wprost śmieszne.Na przykład przeciw sędziemu, który wypełnił jedynie swój obowiązek.Nie mówiąc już o byłym inspektorze policji.Podobnie rzecz ma się ze mną.– Zamilkła na chwilę.– Oczywiście, biorąc pod uwagę okoliczności, nie chciałam wczoraj nic mówić.To nie jest temat, który można poruszać w towarzystwie mężczyzn.– Nie?Vera słuchała z zainteresowaniem.Panna Brent podjęła spokojnie:– Beatrix Taylor pracowała u mnie.To nie była porządna dziewczyna, lecz za późno się o tym przekonałam.Zawiodłam się na niej bardzo.Owszem, dobrze wychowana, czysta i pełna dobrych chęci.Z początku byłam z niej zadowolona
[ Pobierz całość w formacie PDF ]