[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Spróbowali też zbliżyć się do celu od strony lądu.Jednak samo-chodowa przejażdżka ulicą biegnącą wzdłuż muru posesji przeko-nała ich, że urządzenie tu tradycyjnej kryjówki nie miałoby sensu.Dwa wozy patrolowe dzień i noc stacjonowały przed bramą.Studiując mapę okolicy, Paul i Kerry odkryli wieżę ciśnień usytu-owaną na północny zachód od domu McLeoda.Z jej wierzchołkamożna było obserwować drzwi wejściowe.Nie zwlekając, jeszczetej samej nocy zaatakowali wieżę w maskujących strojach, wypo-sażeni w niezbędny ekwipunek w postaci wody i wiktuałów.Wieżaciśnień była starą budowlą w kształcie grzyba.Do środka weszliprzez metalowe drzwi, których zamek bez trudu otworzyli wytry-chem.Po wąskich i krętych schodkach wspięli się na dach.Odgłoscieknącej wody odbijający się echem od surowych betonowychścian sprawił, że czuli się jak speleolodzy eksplorujący jaskinię.Dotarli na szczyt i położyli na płaskim szklanym dachu.W tejpozycji, za pomocą lornetek na podczerwień, mogli z łatwościąśledzić ruch na terenie posiadłości McLeoda oraz na drodze dojaz-dowej.Ponadto widzieli ganek i zachodnią fasadę domu, w którejmieściły się okna kuchenne oraz drzwi dla służby.Mieli przedsobą całą noc.W czarnych getrach i kominiarkach przypominalinieziemskie stworzenia, które odkrywają nieznaną planetę.Wokółnich panowała cisza jak makiem zasiał.Wyczuwali niepokojącąbliskość nieruchomego jeziora, którego brzegi wyznaczały sznuryświateł.Ich żołądki wibrowały bulgotaniem wody wewnątrz wieżyciśnień.W Szwajcarii byli zaledwie od poprzedniego poranka, adokonali już tak wiele.Zmęczeni podróżą, różnicą czasową oraztrwaniem w stanie oczekiwania, pełnego napięcia i niepewności,Paul i Kerry czuli, jak ich umysły powoli wypełnia pustka, a ichbyty umykają w te najgłębsze zakamarki mózgu, które zawiadująpierwotnymi odczuciami, takimi jak strach, głód i pragnienie.Całąnoc spędzili, przysypiając albo jedząc przyszykowane kanapki naswym chłodzonym letnią bryzą tarasie.O świcie wznowili obserwację.W samym domu nie zauważyliżadnego ruchu.Z powodu prostoty fasady i zasłoniętych okien niedało się odgadnąć rozmieszczenia pokoi.Jedynie strażnicy wcywilu odbywali regularne obchody posesji.Było ich co najmniejdwudziestu.Brama dostawcza prowadziła na małe podwórko położone przybocznym skrzydle warowni.Około ósmej wjechała przez nią fur-gonetka.Dwie kucharki wyszły z domu, by pomóc w rozładowaniusamochodu, zabrały skrzynki pełne warzyw i owoców, po czymwszystko znowu ucichło.Kilka minut przed dziesiątą Kerry, pełniąca dyżur z lornetką,zakomunikowała Paulowi poruszenie przy bramie głównej.Punk-tualnie o dziesiątej szare antracytowe volvo pojawiło się u wylotuulicy i wolno zbliżało się do posesji McLeoda.Dwóch strażnikówotworzyło bramę z taką synchronizacją, że samochód, nie zwalnia-jąc, wjechał na dziedziniec i zatrzymał się dopiero przed głównymidrzwiami.Z samochodu wysiadł mężczyzna.Zdjął rękawiczki,rzucił je na tylne skórzane siedzenie, następnie sztywno podszedłdo bagażnika.Wyjął z niego lekarską walizeczkę o starodawnymkształcie, lecz zrobioną z modnych i luksusowych materiałów, iceremonialnym krokiem wszedł po schodkach prowadzących dodomu McLeoda.- To on - wyszeptała Kerry.Paul wziął lornetkę z jej rąk.Z ich punktu obserwacyjnego do-brze widział tablicę rejestracyjną wozu.Paul zanotował numery iwysłał je esemesem do Barneya.Dzięki łączności z Providenceotrzymał odpowiedz, zanim doktor opuścił dom pacjenta.Gdy wychodził o jedenastej trzydzieści, nie był już tym samymanonimowym lekarzem, który dziewięćdziesiąt minut temuzniknął za drzwiami domu McLeoda.Profesor Charles Jaeglimieszkał przy bulwarze Nadreńskim 37, na trzecim piętrze.Jegożyciorys wyświetlał się właśnie na ekranie laptopa Paula, któremupozostało już tylko wprowadzić na scenę doktora Paula Serrano.Doktor Jaegli zawahał się, wypowiadając swoje imię i nazwisko wrecepcji hotelu Astrid przy ulicy Lozanny.Intuicja podpowiadałamu, że powinien natychmiast opuścić to miejsce.Jednak ku swojejwielkiej satysfakcji od dawna już nie dawał się zwodzić sygnałomtego typu.Ostatni raz uległ trzydzieści lat temu; porwał biletkolejowy do Paryża i pognał do Neuchatel, by oświadczyć sięswojej przyszłej żonie.Nigdy nie pożałował tej spontanicznejdecyzji, ale z czasem doszedł do wniosku, że równie dobrze mógłpoślubić wybrankę po powrocie.Z zadumy wyrwał go Serrano.Powitał doktora szczerym uśmie-chem i pociągnął w kierunku windy.Hotel Astrid był olbrzymimnowoczesnym budynkiem, którego pozbawione uroku murywznosiły się równolegle do parku.Pojechali na siódme piętro.Wimponująco długim korytarzu ozdobionym serią identycznychdrzwi stały wózki pokojówek, tace ze śniadaniem, buty.Weszli do pokoju numer 739.Do sypialni przechodziło się przezprzedpokój, do którego przylegały łazienka, toaleta i garderoba.Gdy tylko doktor Jaegli przekroczył próg pokoju, Serrano zamknąłza nimi drzwi.Piękna młoda kobieta z burzą kręconych włosówprzywitała doktora z serdecznością, która nie pozostawiała cieniawątpliwości co do jej stanu zdrowia: pani Serrano nic nie dolegało,za to on dał się złapać w pułapkę.Gdy się odwrócił, zobaczył, żeoparty plecami o drzwi rzekomy doktor Serrano mierzy do niego zrewolweru.Dziesięć lat temu, w swoim gabinecie, Jaegli przeżył już razwłamanie i napad z bronią w ręku.Wiedział, jak w takim wypadkupowinien się zachować.Odda wszystko, nie uczyni żadnego gwał-townego gestu, nie spojrzy napastnikom w oczy.A jednak czuł, żetym razem sytuacja była inna.Agresorów najwyrazniej nie intere-sował ani jego portfel, ani jego osoba.Czego od niego chcieli?- Proszę nam wybaczyć brutalność, profesorze - odezwałasię Kerry.- Nie mieliśmy wyboru.Proszę usiąść, wszystko panuwyjaśnimy.Wskazała fotel w stylu Napoleona III pokryty żółtą arlezjańskątkaniną.Jaegli spoczął na nim z wdzięcznością.- Otóż - podjął Paul głosem, w którym nie było śladu dziecinnej intonacji młodego Serrano - nie mamy zamiaru zrobićpanu krzywdy.Interesuje nas pan jako osobisty lekarz AllistairaMcLeoda
[ Pobierz całość w formacie PDF ]