[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zabierz te ręce z tyłu!Nie wypada trzymać je w takim miejscu, gdy się rozmawia zefendim.Usiłował wykonać moje polecenie, ale przychodziło mu to zwielkim trudem i na przemian, raz prawą, to znów lewą rękąsięgał do tyłu.— Nazwałeś nas podpalaczami? Co? — zapytałem poważnie.Pytanie to nie było staremu na rękę.Jeśli odpowie twierdząco, tomoże na siebie łatwo ściągnąć ponowne cięgi.A jeśli zaprzeczy,wtedy obwołają go kłamcą.Podrapał się więc lewą ręką pogłowie, trzymając prawą z tyłu i ostrożnie rzekł:— Tak myślałem.— A dlaczego tak myślałeś? Kodża baszi musi umieć uzasadnićkażdą swoją myśl.— Dlatego, że byliście tutaj przed nami.Widzieliśmy pożar ipospieszyliśmy do niego, a tutaj zastaliśmy także was.Czy niejest to powód do podejrzeń?— Nie.Gdyż mogliśmy, podobnie jak wy, przybyć tutajwidząc, że się pali.Ale pomyśl dobrze! Czy naprawdę byliśmy tuprzed tobą?— Oczywiście! Widzieliście przecież, jak przybyłem.— Myślę jednak, że nas wyprzedziłeś.— Niemożliwe!— A jednak! Widzieliśmy, jak stąd odchodziłeś i poznaliśmyciebie.— Mylisz się, efendi.Byłem w domu i spałem.Zbudziły mniejakieś głośne krzyki.Podniosłem się, spojrzałem przez okno,zobaczyłem ogień na górze i przybiegłem do pożaru, bo jest toobowiązek naczelnika.— A czy jako naczelnik jesteś także zobowiązany doostrzegania uciekających przestępców?— Efendi, nie rozumiem ciebie.— Nie kłam! Gdzie są bowiem ci czterej więźniowie, którychtwej opiece powierzono?— Oczywiście, że w więzieniu.— Powiesz może jeszcze, że pod dobrą strażą?— I to podwójną.Jeden policjant stoi przed drzwiami, a drugiprzed domem.— A więc co ten tu szuka?Człowiek, który przedtem ujął się za kodżą baszi, stał wpobliżu.Poznałem w nim policjanta, któremu powierzonostrzeżenie więźniów i teraz wyciągnąłem go z gromady gapiów.Kodża baszi udawał zagniewanego.— Dlaczego tu stoisz? — krzyknął na saptije.— Wracajnatychmiast na swój posterunek!— Zostaw go! — powiedziałem.— Tam nie ma już kogopilnować.Więźniowie zostali uwolnieni.— Uwolnieni? — udawał przerażonego.— Nie udawaj! Wiesz o tym lepiej niż ja.Sam ich wypuściłeś idostałeś za to znaczną sumę od Mübareka.Sędzia po raz pierwszy miał teraz obie ręce przed sobą izałamując je krzyczał:— Co? O co ty mnie posądzasz? Kim jesteś ty, któryzdobywasz się na odwagę piętnowania kodży baszi mianemprzestępcy? Ja miałbym dostać pieniądze? Zamknę cię dowięzienia i potraktuję z całą surowością prawa… odczep się,puszczaj!Ostatnie słowa odnosiły się do Halefa, który złapał go za ramię iunosząc w górę bicz, pytał z groźbą w głosie:— Czy mam ci wygarbować jeszcze inne części ciała? Czywciąż jeszcze nie wiesz, że z nami tak się nie postępuje? Powiesztylko jeszcze jedno słowo, którego nie chcą słyszeć moje uszy, amój bat zasypie cię gradem ciosów.Zwróciłem się teraz do ludzi i opowiedziałem im to, cosłyszałem od Nebatji, nie wymieniając jednak jej nazwiska.Dodałem jeszcze, że spotkaliśmy też kodżę baszi, który ostrzegłprzestępców.W tym momencie wystąpił z tłumu człowiek, w którymrozpoznałem członka sędziowskiej ławy i przemówił:— Ze zdumieniem słucham tego, co tu opowiadasz, efendi.Zawdzięczamy tobie wiele, bo zdemaskowałeś największegoprzestępcę, który kiedykolwiek był tutaj.Jeśli uwięzienifaktycznie zbiegli, ów domniemany Mübarek i jego kompani,wówczas tego, który im w tym pomógł, trzeba jak najsurowiejukarać.Przyglądałem się dziś tobie i słuchałem tego, co mówisz.Uważam, że nie mówisz nic, czego wcześniej nie przemyślałeś.Musisz mieć zatem szczególne powody, aby oskarżać kodżębaszi.Ponieważ jestem prokuratorem, a więc w hierarchii drugąosobą po nim, jestem zobowiązany zająć jego miejsce, jeśli onstał się niegodny pełnienia swego urzędu, a ty powinieneś terazzwracać się do mnie.Człowiek ten zdawał się dobrze myśleć, mimo że nie bardzowierzyłem w jego stanowczość.Nie namyślając się długo,powiedziałem:— Cieszę się, że widzę w tobie człowieka, któremu leży nasercu dobro obywateli, i mam nadzieję, że będziesz działałodważnie i obiektywnie.— Będę tak postępował, ale ty musisz udowodnić prawdziwośćtwego oskarżenia
[ Pobierz całość w formacie PDF ]