[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Moim zdaniem to był przypadek.Weszła najacht, kiedy napastnik niszczył nadajniki.Wynika z tego, że wiedział, że policyjny sprzętnie działa.- To wyklucza Camerona.- Fraser posłodził herbatę.- Nikt z nas mu o tym niepowiedział.Musiał dostać cynk od któregoś z nich, tych ze stoczni.Od Kinrossa albo odjakiegoś innego sukinsyna.Oni wiedzieli, że nie mamy łączności.Kiedy byliśmy napromie, mogli podskoczyć na jacht, zniszczyć nadajniki i napaść na żonę Strachana.Odłożył łyżeczkę.Brody podniósł ją bez słowa, zaniósł do zlewu, wrócił ześcierką i starł ze stołu mokrą plamę.- Możliwe - powiedział, siadając.- Ale nie możemy zakładać, że to jeden z nich.Mogli komuś o tym powiedzieć.I nie zapominajmy, że o naszych planach wiedział ktośjeszcze.Domyśliłem się, do czego zmierza.- Strachan? Kiwnął głową.- Spytał go pan o to, kiedy przyjechał do chaty.Facet nie jest głupi, od razu dodałdwa do dwóch.Wierzyłem w jego instynkt, ale tym razem uznałem, że ocenia Strachana poprzezpryzmat dzielącej ich niechęci.Widziałem, jak Strachan zareagował na widok zwłokDuncana.Nawet jeśli udawał zaszokowanego, trudno jest zwymiotować na zawołaniebez względu na to, jak dobrym jest się aktorem.Fraser podzielał moje wątpliwości.- A gdzie tam.Przecież widzieliśmy, w jakim był stanie.Trząsł się jak galareta.Zresztą po jakiego diabła miałby napadać na własną żonę, a potem biec po pomoc? Bezsensu.Jeśli chciał odwrócić od siebie podejrzenia, sens w tym jest - zauważył łagodnieBrody.Wzruszył ramionami.- Ale może ma pan ra cję.Może to zupełnie ktoś inny.Może zniszczył nadajniki na jachcie na wszelki wypadek, żeby się dodatkowozabezpieczyć.Po prostu myślę, że w tej chwili nie możemy nikogo wykluczyć.Fakt.Duncan zginął, bo za dużo rzeczy przyjęliśmy za pewnik.- Wciąż nie rozumiem, co chciał osiągnąć, niszcząc nadajniki na jachcie -powiedziałem.- Przecież nawet gdyśmy mogli nawiązać łączność z Wallace em, w takąpogodę nikt by tu nie przyjechał.No więc po co?Brody wypił łyk herbaty i ostrożnie postawił kubek na podkładce.- Może chodziło mu o czas.Dla Wallace a to morderstwo sprzed miesiąca.Ważne, ale nie najważniejsze.Nie martwi ich zbytnio nawet to, że do nich niedzwonimy, bo wiedzą, że łączność wysiadła.Gdyby wiedzieli, że zamordowano tupolicjanta, śmigłowiec wystartowałby, kiedy tylko pozwoliłaby na to pogoda.A takspokojnie zaczekają.Dlatego dopóki my nie mamy łączności, zabójca ma czas, żeby stądzwiać, zanim zaczniemy go szukać.- Zwiać dokąd? Nawet jeśli zorganizuje jakąś łódz, to pustkowie.- Tylko pozornie, panie doktorze - odparł z uśmiechem Brody.- Jest tu ponaddwieście czterdzieści kilometrów linii brzegowej, gdzie można łatwo się zgubić.Wzasięgu jest również Szkocja, Islandia i Norwegia.- I myśli pan, że zabójca zaryzykuje?Pies położył mu łeb na kolanach.Inspektor pogłaskał go czule.- Mówię tylko, że to możliwe.On dobrze wie, że nie może tu zostać.- No i co teraz? - spytał Fraser.Brody wzruszył ramionami.- Nic.Będziemy się pilnowali.I modlili o lepszą pogodę.Pilnować się i modlić.Bardzo mnie to pocieszyło.Zaraz potem pojechaliśmy rangę roverem do hotelu.Od rana nic nie jedliśmy ichociaż żaden z nas nie miał apetytu, musieliśmy się pokrzepić.Deszcz ustał, alewichura ustawać nie zamierzała.Wciąż nie było prądu, nie paliły się latarnie i w świetlereflektorów strome opustoszałe uliczki nabierały widmowego wyglądu.Wysiedliśmy i od razu usłyszeliśmy dochodzący z hotelu gwar.Brodyzmarszczył brwi i zadarł podbródek, jakby coś zwietrzył.- Niedobrze - powiedział.Bar był przepełniony, ludzie tłoczyli się w drzwiach i na korytarzu.Gdy naszobaczyli i gdy po sali rozniosła się wiadomość, że przyjechaliśmy, zaczęły odwracać sięku nam wszystkie głowy.Rozmowy ustały, zapadła cisza.- Co teraz? - mruknął Fraser.Nagle tłum zafalował i stojący w drzwiach zrobili komuś przejście.Szedł ku namKinross, a tuż za nim zwalisty Guthrie.Lodowate spojrzenie kapitana musnęło Frasera i spoczęło na Brodym.- Coś pan nam obiecał
[ Pobierz całość w formacie PDF ]