[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Onizresztą zachowywali się podobnie w stosunku do mnie.Między nami trafiła się czarna owca,czarna jak żwir alejek krzyżujących się z deptakiem, jak wyrwa między stuletnimi dębamirosnącymi na tylnym dziedzińcu uczelni.Czarna jak masywne cielska armat z czasów wojnydomowej oglądane w oparach półprzezroczystej mgły.Patrzyliśmy sobie w oczy, próbującodnalezć wzajemnie w nich tę ciemność.Tym razem policja nikogo nie aresztowała.W mgliste noce osiemnastego, dziewiętnastego idwudziestego marca niebieskie radiowozy nieustannie patrolowały teren kampusu.Ichczołowe reflektory co chwila kłuły mroczne zakątki i zaułki.Administracja wprowadziła oddwudziestej pierwszej godzinę policyjną.Parki obłapiających się ryzykantów, którychchwytano w krzakach na północ od Tatę Alumni Building, zabierano na posterunek policji wNew Sharon i bezlitośnie maglowano przez trzy godziny.Dwudziestego był histeryczny, fałszywy alarm, kiedy na parkingu, w miejscu gdzieznaleziono zwłoki Gale Cerman, natknięto się na nieprzytomnego chłopaka.Przygłupigliniarz z kampusu, nie badając nawet pulsu, załadował ciało na tylne siedzenie radiowozu,rozłożył sobie przed nosem mapę i ruszył do najbliższego szpitala.Na terenie opustoszałegoterenu uniwersytetu syrena samochodu zawodziła jak walne zgromadzenie banshee.W połowie drogi zwłoki usiadły i spytały głucho: Gdzie, do diabła, jestem?.Gliniarzwrzasnął i zjechał z szosy.Zwłoki okazały się studentem, który nazywał się Donald Morris iprzez ostatnie dwa dni przechodził ciężką grypę.Czy panowała wtedy grypa azjatycka? Niepamiętam.Tak czy owak, zemdlał po drodze do Grinder, dokąd wybrał się na zupę i tosty.197Dni ciągle były ciepłe, choć pochmurne.Ludzie gromadzili się w niewielkich grupach, któreprzejawiały zdumiewającą tendencję do błyskawicznego rozpadania się i formowaniaponownie w innych już konfiguracjach.Jeśli człowiek zbyt długo oglądał te same twarze,przychodziły mu do głowy głupie myśli o ich właścicielach.A plotki po kampusie rozchodzićsię zaczęły wręcz z szybkością światła.Powszechnie lubiany profesor historii widziany był naniewielkim mostku, gdy śmiał się i płakał; Gale Cerman zostawiła tajemniczą, składającą sięz dwóch słów wiadomość wypisaną jej własną krwią na asfalcie parkingu przy AnimalSciences; oba morderstwa tak naprawdę miały podłoże polityczne i dokonało ich odgałęzienieSDS, żeby zaprotestować przeciw wojnie.Wszystko to było bardzo zabawne.SDS w NewSharon liczyło siedmiu członków; jedno większe odgałęzienie mogłoby doprowadzić dobankructwa całą organizację.Ten fakt spowodował jeszcze bardziej złowieszczą teorięwysnuwaną przez prawicowe ugrupowania kampusu - to robota agitatorów z zewnątrz.Takzatem w tamtych dziwacznych, ciepłych dniach odwracaliśmy głowy, nie patrząc sobie woczy.Zawsze wietrząca sensację prasa zignorowała duże podobieństwo naszego mordercy do KubyRozpruwacza i dokopała się o wiele głębiej - aż do roku tysiąc osiemset dziewiętnastego.AnnBray znaleziono na rozmiękłym skrawku ziemi, zaledwie cztery metry od najbliższegochodnika, ale nie odkryto żadnych odcisków stóp; nawet należących do ofiary.Obdarzonyfantazją dziennikarz z New Hampshire, który uwielbiał takie mroczne, tajemnicze historie,ochrzcił zabójcę mianem Springheel Jacka, czym nawiązał do odrażającego lekarza, JohnaHawkinsa z Bristolu, który za pomocą różnych dziwnych mikstur farmaceutycznychzamordował swoich pięć żon.I przezwisko to z powodu owego błotnistego miejsca, naktórym nie było żadnych śladów, natychmiast się przyjęło.Dwudziestego pierwszego znów padało, więc i deptak oraz tylny dziedziniec zamieniły się wtrzęsawisko.Policja oświadczyła, że zostawi w kampusie agentów w cywilnych ubraniach,zarówno kobiety jak i mężczyzn, po czym połowa radiowozów odjechała.Gazeta kampusu w nieco chaotycznym artykule wstępnym wyraziła z tego powodu dużeoburzenie.Generalnie sens publikacji był taki, że jeśli pojawi się tyle glin przebranych zastudentów, to już na pewno nikt nie zdoła rozpoznać agitatorów z zewnątrz.Nadszedł wieczór, a wraz z nim mgła.Wirowała po obramowanych drzewami alejkach,prawie zamyślona, zasnuwała oparami budynek za budynkiem.Była delikatna, niematerialna,ale w jakiś sposób nieubłagana i przerażająca.Springheel Jack to mężczyzna - co do tego niktchyba nie żywił najmniejszych wątpliwości - ale mgła stanowiła jego wspólniczkę, kobietę.tak w każdym razie ja to odbierałem.Odnosiłem wrażenie, że nasza niewielka uczelnia198wpadła między ich ciała i, ściśnięta w miłosnym uścisku, stała się częścią składowąmałżeństwa, które skonsumowane zostało w potokach krwi.Siedziałem, paliłem iobserwowałem, jak w zapadającym mroku rozbłyskuje coraz więcej świateł.Zastanawiałemsię właśnie, czy to się już skończyło, kiedy do pokoju wtargnął kolega, z którym mieszkałem,i cicho zamknął za sobą drzwi.- Będzie padał śnieg - oznajmił.Odwróciłem się w jego stronę.- Wiesz to z radia?- Nie - odparł.- Komu potrzebny meteorolog? Czy słyszałeś o truskawkowej wiośnie?- Chyba tak - powiedziałem.- Dawno temu.To coś, o czym opowiadały babcie, prawda?Stał obok mnie i patrzył w okno na skradający się chyłkiem mrok.- Truskawkowa wiosna jest jak babie lato - stwierdzit.- Tyle że zdarza się znacznie rzadziej.W tej części kraju dobre babie lato masz co dwa, trzy lata.Pogoda, jaką mamy teraz,przytrafia się raz na osiem albo dziesięć lat.To fałszywa wiosna, kłamliwa wiosna, podobniejak babie lato jest fałszywym latem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]