[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wreszcie polewamy koparkę wodą z węża, zmywając z niej muł, aż w blasku reflektorawydaje się lśnić czystością.Matt oświetla Samowi drogę na helage, ja tymczasem wsiadam doauta i zawracam.Włączamy się do ruchu na autostradzie.Chociaż wieczorem jest znacznie spokojniej, ja nadal kulę się za kierownicą, spodziewając się, że jakiś pirat drogowy wpadniemi na tył.Ale wszystko idzie dobrze.W końcu się zatrzymujemy, daję Samowi dwieście franków, które ten wręczawłaścicielowi koparki.Po krótkim przeglądzie maszyny mężczyzna przyjmuje pieniądze i - jaksię domyślam - idzie spać.Odwożę Sama na stację, gdzie łapie jeden z ostatnich pociągówodchodzących tego dnia do Paryża.Wracam do domu; nikt nie wie, jak się cieszę, kiedywskakuję do łóżka obok Rosemary.To był długi dzień.W sobotę Sam i Tom meldują się o wpół do dziesiątej, pół godziny przed przybyciembetoniarki.Stoję akurat na pomoście z wężem w garści, kiedy spostrzegam ogromną, żółtąciężarówkę torującą sobie drogę przez piękne wierzby, które stanowią chlubę ogrodu monsieurLe Clerca.W tym momencie czuję, jak pęka wątła nić sympatii, która zawiązała się międzynami a sąsiadami.Ponieważ drzewa te zwieszają się nad drogą, nie sposób przejechać tędytrzyipółmetrową ciężarówką, nie przystrzygając im nieco gałęzi.Mam nadzieję, że hałas nieobudzi państwa Le Clerców.Obawiam się, że wówczas sprawa znalazłaby swój finał w sądzie,na czym ani trochę mi nie zależy.No cóż, jak mówią Francuzi: c est la vie.Sam, Matt i ja uwijamy się jak w ukropie, aby postawić błotnik oraz rynnę, po którejmasa betonowa spłynie z gruszki do dołu.Nie mamy czasu budować dwóch błotników i rynien,toteż po wypełnieniu pierwszego szalunku przenosimy je do drugiego.Sam ustawia nas wstrategicznych miejscach.Patrzymy na wyłaniającą się betoniarkę, która przypominamorskiego potwora przedzierającego się przez skłębione wodorosty.Sam wskazuje kierowcy,gdzie wylać beton.Mówi płynnie po francusku, choć z amerykańskim akcentem.Kierowcawyskakuje z kabiny i przygląda się.Kiwa głową.Przesuwa rynnę i umieszcza ją na wprostwykopu.Sam zakłada dodatkową klamrę na błotnik.Tymczasem Matt i ja czekamy z obu stronotworu, trzymając łopaty w pogotowiu.Gruszka na aucie w dalszym ciągu się obraca.Operatorrynny wrzeszczy coś do kierowcy, który wychyla się z kabiny, żeby zobaczyć, co się dzieje.Potem Sam daje sygnał i beton - ciężka, owsiana papka - zaczyna spływać, obryzgując nas odstóp do głów.Przełykam tkwiącą mi w gardle grudę.Nigdy nie lubiłem owsianki.Matt i ja rozprowadzamy beton od środka na ścianki dołu.Nie przypuszczałem, żewypływa tak szybko! Sam pochyla się i sprawdza poziom wypełnienia.Pierwszy zauważa, żedeski zaczynają wypływać, wyłażą ze środka.Jak antylopa jednym susem przesadzawybetonowany wykop i balansuje na wysuwającym się słupku.Daje sygnał operatorowi, abyten wstrzymał betonowanie, i każe nam wygładzić już wylany beton.Zwraca się do Toma:- Tom, przynieś młot.O ile pamiętam, leży tuż za drzwiami, postawiłem go tam wczorajw nocy.Gazu! Tom puszcza klamrę i pędzi po nabrzeżu; podciąga się na pomost i dopada drzwi.Stoijuż tam Rosemary i podaje mu młot.Dopiero teraz spostrzegam, że cała rodzina wyległa z barkii obserwuje nasze poczynania.Tom wraca z młotem.Sam nadal balansuje na paliku.- Słuchaj, Tom.Za chwilę stanę na deskach, które są przybite po obu stronach słupka.Wtedy ty wal w niego z całych sił.Myślę, że wystarczy parę razy.Tom kiwa głową.Sam odskakuje na koniec deski, Tom zaś zaczyna rąbać w palik, któryopada o cztery cale.Sam sygnalizuje operatorowi, aby ten wznowił betonowanie.Gestykulującjedną ręką, krzyczy po francusku: lentementl Powoli.Niby dyrygent kierujący orkiestrą, nadzoruje całą pracę, dopóki mieszanka niewypełnia po brzegi szalunku.Wówczas daje znak  stop ; Matt i ja zgarniamy łopatami beton iwygładzamy powierzchnię.Tom znalazł gdzieś dwa wielgachne kamienie i kładzie je teraz poobu stronach palika.Sam schodzi, lecz palik ani drgnie.Nakrywamy beton deską i przyciskamyją kamieniami, które znosimy z nabrzeża.Samochód podjeżdża do drugiego wykopu.Pieczołowicie zdejmujemy błotnik i instalujemy go na nowym miejscu.Póki co - odpukać -radzimy sobie dość dobrze, ale ze zdenerwowania pot leje się ze mnie strugami.Tom i Matt teżsą cali mokrzy.Za to Samowi pot nie zrosił nawet czoła.Betonowanie drugiego otworu niczym się właściwie nie różni od pierwszego, tyle żedeski nie wypływają na zewnątrz.Jestem zdumiony, że po zalaniu pierwszego wykopu zostałodokładnie tyle betonu, ile było trzeba, by wypełnić drugi.Podczas gdy Tom, Sam i Matt przy-krywają dół deską i kamieniami, ja pomagam kierowcy zmyć szare plamy z ciężarówki.Wciążzerkam za siebie, aby upewnić się, że to mi się nie przyśniło.Jest za pięć jedenasta,betonowaliśmy niespełna godzinę.Betoniarka, wyjeżdżając z nabrzeża, znów strzyże drzewanaszych sąsiadów.Patrzę w tamtą stronę, ale nikogo nie dostrzegam na barce Le Clerców.Pózniej będę się przed nimi tłumaczył.Ledwo ciężarówka odjechała, już Sam woła nas do siebie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl