[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Metal trzy razylżejszy od wody.niepojęta rzecz!.- Albo metal o jakie dziesięć procent lżejszy od powietrza, co?.śmiał się Geist.- Ciężar gatunkowyobalony.prawa natury podkopane, co?.Cha! cha! Nic z tego wszystkiego.Prawa natury, o ile jeznamy, nawet przy moich metalach pozostaną nietknięte.Rozszerzą się tylko nasze pojęcia owłasnościach ciał i ich budowie wewnętrznej, no i rozszerzą się granice ludzkiej techniki.- A ciężar gatunkowy? - spytał Wokulski.- Posłuchaj mnie - przerwał mu Geist - a wnet zrozumiesz, na czym polega istota moich odkryć,chociaż, pośpieszam dodać, naśladować ich nie potrafisz.Tu nie ma ani cudów, ani oszustwa; tu sąrzeczy tak proste, że pojąć je mógłby uczeń szkoły elementarnej.Wziął ze stołu stalowy sześcian i podawszy go Wokulskiemu mówił:- Oto jest decymetr sześcienny, pełny, odlany ze stali; wez go w rękę, ile waży?- Z osiem kilogramów.Podał mu drugi sześcian tej samej wielkości, również stalowy, pytając:- A ten ile waży?- No, ten waży z pół kilograma:.Ale on jest pusty.- odparł Wokulski.- Doskonale! A ta sześcienna klatka ze stalowego drutu ile waży? - spytał Geist podając jąWokulskiemu.- Ta waży kilkanaście gramów.- Otóż widzisz - przerwał Geist.- Mamy trzy sześciany tej samej wielkości i z tego samego materiału,które jednak są nierównej wagi.A dlaczego? Gdyż w pełnym sześcianie jest najwięcej cząstek stali, wpustym mniej, a w drucianym najmniej.Wyobraz więc sobie, że udało mi się zamiast pełnych cząstekbudować klatkowate cząstki ciał, a zrozumiesz tajemnicę wynalazku.Polega on na zmianie budowywewnętrznej materiałów, co nawet dla dzisiejszej chemii nie jest żadną nowością.Cóż, jakże tam?.- Kiedy widzę okazy, wierzę - odparł Wokulski - kiedy pana słucham, rozumiem.Ale gdy wyjdę stąd.Rozłożył ręce w sposób desperacki.Geist znowu otworzył szafę, poszukał i wydobywszy mały skrawek metalu, barwą przypominającegomosiądz, podał Wokulskiemu- Wez sobie to jako amulet przeciw powątpiewaniu o moim rozumie czy prawdomówności.Ten metaljest około pięciu razy lżejszy od wody, dobrze więc będzie ci przypominał naszą znajomość.Przy tym -dodał śmiejąc się - ma on wielką zaletę: nie obawia się żadnych odczynników chemicznych.Prędzejzniknie, aniżeli zdradzi mój sekret.A teraz idz już, panie S i u z ę, odpocznij i namyśl się: co maszzrobić ze sobą?- Przyjdę tu - szepnął Wokulski.- O nie! nie zaraz!.- odparł Geist.- Jeszcze nic ukończyłeś swoich rachunków ze światem; a że i jamam na parę lat pieniądze, więc nie nalegam.Przyjdziesz tu, kiedy ci już nic nie zostanie z dawnychzłudzeń.Niecierpliwie ścisnął go za rękę i popychał ku drzwiom.Na schodach pożegnał go jeszcze raz i cofnął siędo laboratorium.Gdy Wokulski wyszedł na dziedziniec, furtka już była otwarta, a gdy wyminął ją istanął obok swego fiakra, zatrzasnęła się.Wróciwszy do miasta Wokulski przede wszystkim kupił złoty medalion, umieścił w nim skrawek nowegometalu i zawiesił na szyi jak szkaplerz.Chciał przespacerować się, ale spostrzegł, że ruch uliczny męczygo; więc poszedł do siebie."Czemu ja się wracam? - szeptał.- Dlaczego nie idę do Geista do roboty?."Usiadł na fotelu i utonął we wspomnieniach.Widział sklep Hopfera, stołowe pokoje i gości, którzy drwiliz niego; widział swoją maszynę o wieczystym ruchu i model balonu, któremu usiłował nadać kierunek.Widział Kasię Hopfer, która mizerniała z miłości dla niego."Do roboty!.Dlaczego ja nie idę do roboty?."Wzrok jego machinalnie padł na stół, gdzie leżał niedawno kupiony Mickiewicz."Ile ja to razy czytałem!." - westchnął biorąc książkę do ręki.Książka otworzyła się sama i Wokulski przeczytał:"Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy, którymi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu,składane, zapomniane już po milion razy.Ale gdy ciebie ujrzę, nic pojmuję, czemu znowu jestemspokojny, zimniejszy nad głazy, aby goreć na nowo, milczeć po dawnemu.""Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany."Uczuł łzę pod powieką, lecz pohamował się i nie splamiła mu twarzy."Zmarnowaliście życie moje.Zatruliście dwa pokolenia!.szepnął.- Oto skutki waszychsentymentalnych, poglądów na miłość."Złożył książkę i cisnął nią w kąt pokoju, aż rozleciały się kartki.Książka odbiła się od ściany, spadła naumywalnię i ze smutnym szelestem stoczyła się na podłogę."Dobrze ci tak! tam twoje miejsce.- myślał Wokulski.- Bo któż to miłość przedstawiał mi jako świętątajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennymi kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?.Miłośćjest radością świata, słońcem życia, wesołą melodią w pustyni a ty co z niej zrobiłeś?.%7łałobny ołtarz,przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!"Wtem nasunęło mu się pytanie:"Jeżeli poezja zatruła twoje życie, to któż zatruł ją samą? I dlaczego Mickicwicz, zamiast śmiać się iswawolić jak francuscy pieśniarze, umiał tylko tęsknić i rozpaczać?Bo on, tak jak i ja, kochał pannę wysokiego urodzenia, która mogła stać się nagrodą nie rozumu, niepracy, nie poświęceń, nawet nie geniuszu, ale.pieniędzy i tytułu.""Biedny męczenniku! - szepnął Wokulski.- Tyś oddał narodowi, coś miał najlepszego; lecz cóżeświnien, że przelewając w niego własną duszę, razem z nią przelałeś cierpienia, jakimi nasycali ciebie?To oni są winni twoim, moim i naszym nieszczęściom."Podniósł się z fotelu i ze czcią zebrał porozdzierane kartki."Nie dość, że byłeś umęczony przez nich, ale jeszcze miałbyś odpowiadać za ich występki?.To oniwinni, oni, że twoje serce, zamiast śpiewać, jęczało jak dzwon rozbity."Położył się na kanapie i znowu myślał: "Szczególny kraj, w którym od tak dawna mieszkają obok siebiedwa całkiem różne narody: arystokracja i pospólstwo.Jeden mówi, że jest szlachetną rośliną, która maprawo ssać glinę i mierzwę, a ten drugi albo przytakuje dzikim pretensjom, albo nie ma siłyzaprotestować przeciw krzywdzie.A jak się to wszystko składało na uwiecznienie monopolu jednej klasy i zdławienie w zarodku każdejinnej! Tak silnie wierzono w powagę rodu, że nawet synowie rzemieślników i handlarzy albo kupowaliherby, albo podszywali się pod jakieś zubożałe rody szlachetne.Nikt nie miał odwagi nazwać się dzieckiem swoich zasług, a nawet ja, głupiec, wydałem kilkaset rublina kupno szlacheckiego patentu.I ja miałbym tam wracać?.Po co?.Tu przynajmniej mam naród żyjący wszystkimi zdolnościami,jakimi obdarowano człowieka.Tu naczelnych miejsc nie obsiada pleśń podejrzanej starożytności, alewysuwają się naprzód istotne siły: praca, rozum, wola, twórczość, wiedza, nawet piękność i zręczność,a nawet choćby szczere uczucie.Tam zaś praca staje pod pręgierzem, a triumfuje rozpusta! Ten, ktodorabia się majątku, nosi tytuł sknery, kutwy, dorobkiewicza; ten, kto go trwoni, nazywa się: hojnym,bezinteresownym, wspaniałomyślnym.Tam prostota jest dziwactwem, oszczędność wstydem,uczoność równoznaczny z obłędem, artyzm symbolizuje się dziurawymi łokciami.Tam, chcąc zdobyćmiano człowieka, trzeba posiadać albo tytuł z pieniędzmi, albo talent wciskania się do przedpokojów
[ Pobierz całość w formacie PDF ]