[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Skręciliśmy teraz o dziewięćdziesiąt stopni.Za chwilę znów przystanek.Usłyszeliśmy wyraźny szelest jakby wyrywanej czy szarpanej trawy.Ray wskazał kierunek, a potem ręką tłumaczył na migi, że musimy zajść dookoła.Poczęliśmy się wycofywać, a potem bardzo szybko przebijać przez trawy.Teren był wyjątkowo nierówny.Rowy, doły, pagórki.W pewnej chwili zwolniliśmy, aby posuwać się jak najciszej.Naraz ulga.Przebiliśmy się z gęstwiny na małą polankę.Trawa na niej była zmierzwiona i wygnieciona.Słonie musiały być niedaleko, a ten nasz gdzieś tuż.Przystanęliśmy.Ray dał znak, aby się nie ruszać.Trawy wyrastały dookoła, ich kępy sterczały z pagórków wokół polanki.Kilka minut nasłuchiwania, Z trudem wstrzymywane zmęczone oddechy.Czuło się, że ta cisza jest bardzo potrzebna.Usłyszeliśmy za nami szelest.Armando i chłopaki jednak przedzierali się naszym śladem.Już ich spostrzegłem wydostających się z trawiastej ściany.Ray natychmiast dał im znak, przykładając palec do ust.Za późno już było na ciszę.Nagły trzask trawy i zobaczyliśmy słonia tuż przed sobą, a właściwie nad sobą.Widać było tylko jego głowę z wysoko podniesioną trąbą i wachlujące uszy.Potężnie dmuchnął i krótko, kwicząco ryknął.Szedł ku nam wolnym, czołgowatym ruchem.Już był o piętnaście kroków.zaraz wynurzy się cały z traw.Ray stał koło mnie z wymierzoną w głowę słonia strzelbą.Czemu jeszcze czeka?.Wlepiłem wzrok w niespokojnie poruszający się łeb.Na mgnienie oka - profil.Huknął strzał i pięć ton mięsa runęło w trawę.Ray zatoczył się nieco, odrzucony kolbą.Słoń już nie drgnął.My nie drgnęliśmy także.Jakaś przerwa w wydarzeniach.napięciu.czasie.Pusta cisza.Trwała krótko.Usłyszeliśmy coraz głośniejszy szum trawy rozpychanej i deptanej przez powracające pędem stado słoni.Zbliżały się nieprzyjemnie szybko.Grozę chwili pogłębił jeszcze inny szum.Ogromne stado ptaków przelatywało nisko nad naszymi głowami.Ray zręcznie i spokojnie ładował strzelbę, cofając się ku zaroślom.- Uciekać! - było moim natychmiastowym odruchem - i natychmiastowa świadomość fizycznej niemożliwości ucieczki, która dopiero teraz do mnie doszła.Po przebrnięciu przez zalew oblepione mokre spodnie stawiały dziwny opór przy szybkim marszu przez zarośla.Opór ten nienaturalnie wzrastał, aż poczułem, że to pęknięta gumka od slipek spowodowała obsunięcie się takowych aż na uda, skracając długość kroku do normy francuskiego marszu, a potem aż do niezgrabnego dreptania.Moment krytyczny zbiegł się z minimum moich możliwości.Mogłem już tylko robić ruchy od kolan w dół.Podpłynąłem tym iksowatym krokiem jak najbliżej Raya, kombinując na wpół odruchowo, że najbezpieczniej jest znaleźć się w pobliżu strzelby, i to strzelby w dobrych rękach.Słonie przebiegały blisko nas nie zatrzymując się.Widzieliśmy przewalające się w pędzie fale ich grzbietów.Stado ptaków zawróciło i przeleciało znów nad nami.Nieco wyżej.Ray poklepał mnie po plecach.- Nice boy! Widziałeś? Wszyscy uciekli.Tylko ty zostałeś przy mnie, gdy słoń wyszedł.Zawsze chcę z tobą chodzić na słonie.Bałeś się?- Bałem się, Ray.A ty?- Bałem się piekielnie.Like heli.Zawsze boję się słonia.- A co z tym naszym?- Nie żyje.Dobrze dostał.Wystarczyło raz.Pojawił się Armando z boyami.- Co jest, Ray? Tylko jeden strzał? Gdzie słoń?- Gotów.Leży na tym pagórku.Gdzie ty byłeś, Armando?- Jak to? Pędziliście naprzód, potem słonie biegły na nas.Ja mam dzieci.I ty masz dzieci, Ray! Kiedyś to ja też tak ryzykowałem.Na wszelki wypadek nie przyznałem się do powodów mojej „dzielności”.Zdjąłem gatki w krzakach I znów mogłem się sportowo poruszać.Chciałem przecież jeszcze chodzić na polowania z Rayem i Armandem.Słoń leżał na lewym boku bez ruchu.Kły, jak mnie objaśniono, nie były rekordowo wielkie, ale były ładne w kształcie, jasnego koloru i bez pęknięć.- Gdzie jest piwo pić zdrowie Raya!Hamidu podał mu butelkę.Nasi afrykańscy chłopcy okazywali wielkie podniecenie.Obchodzili cielsko dookoła, żywo z sobą rozmawiali, śmiali się, cieszyli.Nieraz później zauważyłem, że Afrykanie reagują radością na zabicie zwierzęcia, a ze zranionego śmieją się.Przejdzie im ten śmiech dzisiaj - pomyślałem - jak będą wyciągać kły.Wiedziałem, że to mozolna robota.A mieliśmy przecież dwa słonie do oprawienia.Przyznam się, że nie mogłem wręcz patrzeć na to przepiękne, potężne zwierzę, pozbawione życia bez większego sensu.Opowiadano mi o Amerykaninie, który przyjechał do Afryki specjalnie, by polować na grubego zwierza.Był doskonałym strzelcem i doświadczonym myśliwym.Gdy zastrzelił słonia, rozpłakał się.Spędził potem jeszcze kilka miesięcy w afrykańskim buszu, ale pasja mordowania zwierząt nigdy mu już nie wróciła w dawnej sile.Nie jest rzadki wypadek, że bardzo gorliwi myśliwi zostają w dojrzalszym wieku prawdziwymi opiekunami zwierząt, a także tępicielami kłusowników.Kłusownictwo jest oczywiście najgorszą formą wyładowywania tych dziwnych ludzkich instynktów.- Idziemy teraz do tamtego słonia, a potem przyślemy chłopaków po kły - zaproponował Ray
[ Pobierz całość w formacie PDF ]