[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- A zdarzyło ci się, Silver, kochać kogoś? - zagadnął znienacka Brenner.- Bardzo lubiłem sikorkę, która zeszłej zimy przylatywała na mój parapet - po słoninę.Zeżarł ją jednak kot, którego też bardzo lubiłem.Powiedz mi, co na to katolicka naukaspołeczna ze swoim ordo charitatis ?- Pytałem o człowieka.- A!.O człowieka.Wiesz, dawno nie widziałem.- Co nie widziałeś?- Człowieka.- Pustelnik z Gołębiej, pieprzony kabotyn.- %7łyły na szyi Brennera zadrgały jakpostronki.- Tylko.dlaczego pieprzony? - odparł z niezmąconym spokojem Silvermoon.- Uważasz się za lepszego od wszystkich?- Wszystkich? Czyli nikogo.Kwantyfikator ogólny, zastępczy, wymijający.- Kurwa, uważasz się za lepszego ode mnie?- Takie pytanie to albo wstęp do mordobicia, albo ciekawej rozmowy.- Silvermoonspokojnie przetarł grube okulary.- Rozmawiamy - warknął Brenner.- Przedwczoraj umarł mój ojciec.Dobry, szanowany nauczyciel z Bąblowic.Jutro jestjego pogrzeb.Pojedz tam ze mną.Myślę, że będzie wtedy czas i miejsce, aby ciodpowiedzieć.- Pojadę.- Dobra, więc teraz przestajemy chlać i jutro o szóstej rano widzimy się na rondzieMatecznym.Tam przyjedzie wynajęty bus i zawiezie wszystkich do kościoła w Bąblowicach.- Silvermoon wstał i wyciągnął do Brennera dłoń.- Liczę na ciebie - powiedział, akcentująckażdą sylabę.Brenner spojrzał w oczy rozmówcy.Była w nich prawdziwa prośba, nieśmiała, ukrytaw ciemnym, nieodgadnionym roztargnieniu.- Będę.- szepnął, żegnając wychodzącego z knajpy Silvermoona.W volkswagenie panowała cisza.Silvermoon spał na siedzeniu obok kierowcy.Brenner wpatrywał się w migające za szybą zabudowania.W busie unosiła się woń taniejwody kolońskiej i przetrawionego alkoholu.Jarosław Boski drzemał z twarzą zwrócona kugórze.Brenner dokładnie widział białka jego wywróconych oczu i wąską strużkę ślinysączącą się leniwie z jego ust.Janek Księgarz mówił sam do siebie, ponoć był to pierwszy odtygodnia dzień, w którym nie był pijany od rana.Na tylnym siedzeniu busa żona Silvermoonajadła kiszone ogórki, które wyciągała palcami wprost z przepastnego słoja.Siedzący obokniej syn spoglądał na to z wyrazną odrazą.W jego oczach malowało się prawdziwe cierpienie.Brenner przywołał go gestem dłoni.- Nudzi ci się, co?- Nie.- Nie wyglądasz na zbyt zadowolonego.- Niestety, odkąd ojciec usnął z przodu, nasza rodzina deklasuje się z każdymmijanym kilometrem.Stara za chwilę beknie.- Nie mów tak o mamie.- Czy swędziały pana kiedyś jaja?- A co to ma do rzeczy?- Ma.Swędziały?- Może i swędziały.- No to proszę sobie wyobrazić, że mnie od wielu lat swędzi i marzę o tym, aby siępodrapać.Mam ochotę zarżnąć ją jak kurę.Brenner zdębiał.Chłopiec nieśmiało się uśmiechnął.- Przepraszam.Musiałem to komuś powiedzieć.- Pospiesznie, ze spuszczoną głową,wrócił na swoje miejsce.Po kilku godzinach jazdy zaniedbanymi wiejskimi drogami minęli znak z napisem Bąblowice.Ktoś kulawymi literami, tuż pod oficjalną nazwą wioski, wypisał: Na to sązasypki.Wieś, jak na dawny zabór rosyjski przystało, przycupnęła nierównymi rzędaminiezbyt zamożnych chałup wzdłuż biegnącej przez nią drogi.Po kilometrze wyłonił siępokazny kościół ze strzelistą wieżą i przylegającym do niego cmentarzykiem.Kościół stał nawzgórzu i już z daleka widać było jego nieskazitelnie białe ściany i czerwony dach z blachy.Na pogrzebie Leonarda Gorzkiego, ojca Silvermoona i emerytowanego nauczyciela zjedynej w wiosce szkoły, zjawiła się cała, trzymająca się na nogach, społeczność Bąblowic.Czerstwe chłopy w niedzielnych garniturach, najczęściej w kolorach natury - zielonych izgniłoczerwonych, dupiaste jazgotliwe baby, w kreacjach kupionych od wędrownychhandlarzy ze Wschodu, i rozwrzeszczana gówniarzeria.Chłopcy z wielkimi głowami,ostrzyżeni na wzór czeskich hokeistów, z długimi kitami na ramionach, oraz dziewczyny wwycekinowanych sukienkach, z czerwonymi, urobionymi w polu dłońmi.Brenner wszedł do bocznej nawy.Stąd mógł obserwować wszystko, co działo się naołtarzu.Dawno nie był w kościele.Czuł nawet lekkie onieśmielenie.Wydawało mu się, że niejest to miejsce, w którym byłby mile widziany.Przyjechał tu, bo jeszcze raz chciał spotkać sięze śmiercią.Zmierć od tygodni oswajała się z nim.Zmierć miała dla Brennera oblicze Vesny.Zastanawiał się, czy Chrystus mógłby być kobietą, czy mógłby mieć twarz Serbki, którawydarła mu z duszy wszystkie barwy.Zabrała je ze sobą.Gdy czasem wracała we śnie, miała płonące włosy.Przypominał sobie ich ostatniwieczór, komunię z jej ciała.Pamiętał też, jak kilkadziesiąt godzin pózniej płomień zjadał ją irozpuszczał, pamiętał też, jak wdychał ten dym, jak czuł, że Vesna wnika w niego, zostaje wnim na zawsze.Rozmyślania przerwało mu głośne sapanie, którego podmuch łaskotał go w kark.Obok dyszał oparty o ścianę Silvermoon.Pot strużkami ściekał mu po czole i szyi.Siwe włosy pozlepiały mu się w strąki.Wyciągnął z kieszeni listek z drobnymi pastylkami izjadł kilka z nich.- Silver, dobrze się czujesz? - Blada jak papier twarz Silvermoona wzbudziła wBrennerze niepokój.- Bardzo, bardzo dobrze.Mam ochotę wykorkować, jak mój stary.Msza rozpoczęła się już na dobre.Ponad głowami zebranych w kościele obywateliBąblowic unosił się kozi dyszkant fałszującego organisty.Starszy kapłan trzęsącym sięgłosem wspominał zasługi Leonarda Gorzkiego dla rodzinnej wsi.Silvermoon w tym czasie obficie podjadał tabletki i pociągał z piersiówki, którąprzemycił do świątyni w wewnętrznej kieszeni marynarki.- Odszedł od nas brat czcigodny, człowiek zacny, wychowawca pokoleń i patriota -klepał z ołtarza duchowny.Silvermoon zaczął chrząkać i kręcić się niespokojnie.Głośno drapał plecami o ścianębocznej nawy.- Patriota i dobry katolik, oddał naszej ziemi nieocenione usługi - głos księdza ani namoment nie zmienił swojej monotonnej intonacji.- Koci koci majtki, pokaż swoje rajtki - fuknął Silvermoon.Uczynił to, obleśniezbliżając wargi do twarzy niemłodej już kobiety, która demonstracyjnie ocierała łzy.- Zbyniu - Brenner błagalnie spojrzał w oczy sąsiada.To spojrzenie przekonało gojednak, że jest już za pózno.Grubas, w rozpiętej marynarce, z pozlepianymi nad czołem włosami, ruszył przezśrodek kościoła w kierunku ołtarza.- Rade, rade, rade, ruchał bocian żabę - mruczał coraz głośniej.Ludzie rozstępowalisię zaskoczeni
[ Pobierz całość w formacie PDF ]