[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pózniej Carla przypomniała sobie, że obudziła się przed zawaleniemsię dachu.Zaspana pomyślała, że diamenty ze snu skrystalizowały się nasuficie.Otwierała oczy, gdy usłyszała jakieś pęknięcie.Pomyślała: padabardzo silny deszcz".Coś się rozrywało.Na ten dzwięk usiadła,wstrząśnięta i w pełni świadoma, że być może ktoś włamuje się do jejmieszkania i że niedługo może zostać zamordowana.Wsunęła rękę podmaterac i wyciągnęła swój najlepszy nóż do mięsa, który trzymała tam natakie właśnie krytyczne sytuacje.Gdyby ktoś do niej podszedł, najpierwby go pchnęła nożem, a potem zadawała pytania.Drugie pęknięcie było głośniejsze.Trzecie jak grzmot.Czwarte, piątei szóste połączyły się w huk przypominający młot pneumatyczny, wrzaskdemonstrantów.Dach się walił.Z sypialni patrzyła, jak zapada się sufit w dużym pokoju; na pokrytąwykładziną podłogę spadały kawały mokrego drewna, gwozdzie, gips ibiało malowane deski.Deszcz wle-68wał się przez dziurę w suficie, gruz z dachu przesuwał się i przechylał,wydając głośne dzwięki.Brzmiało to, jakby coś się rozrywało, jakby ktośpróbował przepiłować żebro albo zapalić silnik motorówki.Carla owinęłasię ciaśniej pierzyną.Spojrzała na zegarek Paula Zeiga, który zatrzymałsię dawno na 10:42, a potem na budzik przy łóżku.Była 4:43 nad ranem.Carla roześmiała się jakoś dziwnie, obco.Ten śmiech ją zdziwił.Patrzyła, jak mokre ręczniki plażowe spadają na ziemię pośród gruzu, iśmiała się.Zmiała się i śmiała, wkładając okulary, wciągając bluzę oddresu, wtłaczając niewysportowane ciało w nowe dżinsy.Weszła dodużego pokoju i przesunęła skórzany fotel ze sklepu RestorationHardware, który stał dokładnie pod dziurą w suficie.Na krótką chwilęprzestała się śmiać i spojrzała w górę.Deszcz moczył jej głowę i pryskałna okulary.Znalazła w kuchni torby na śmieci i pokryła nimi dywan, niski stolik,setki długopisów, spłowiałą kanapę, wszystko, co do pewnego stopniapokryte już było ociekającym wodą gruzem z dachu.Wzięła laptopa,zdjęcie rodziców, a także kamień z wygrawerowanym słowem Otwórz".Pracowała systematycznie, lecz niezbyt długo.Po dwudziestu minutach skończyła.Wyszła do korytarzykaprowadzącego z dużego pokoju do drzwi wejściowych.Patrzyła nadeszcz padający w mieszkaniu.A potem, chwyciwszy parasolkę, czapkębaseballową bostońskiej drużyny Red Sox, torebkę oraz portmonetkę,wyszła.Zbiegła po schodach najszybciej, jak mogła, wyobrażając sobie, jakwoda przecieka przez podłogę jej pokoju i sufit sąsiada na dole.Dawnotemu ukradł jej ze skrzynki New Yorkera" i od tego czasu się do niegonie odzywała.Nie miała ochoty teraz z nim rozmawiać.Wybiegła na ulicę, pustą o tej porze.Deszcz bębnił o chodnik.Podbiegła do automatu telefonicznego po drugiej stronie.69Od frontu nie było widać, że dach się zapadł, ale oczami wyobrazniwidziała dziurę w suficie jakby z lotu ptaka.Wykręciła numer i poprosiłao połączenie na koszt rozmówcy, mówiąc, że dzwoni Carla.- Chwileczkę - powiedziała telefonistka.- Carla? Co jest? Coś się stało? - Kuzyn Phillip zdawał się zmęczony,lecz pełen niepokoju.- Zdecydowałam się.- Na co?- Na przyjazd do L.A.- Jestem śpiący, Carla, nie rozumiem.- Paulette przysłała mi e-mail.Przyjeżdżam.- Nic mi o tym nie mówiła.- Wszystko jedno.- Na pewno nic ci się nie stało? Masz dziwny głos.- Nie, wszystko dobrze, nawet świetnie.- Carla cofnęła się o krok izamknęła parasolkę.Podobało jej się, jak deszcz odbija się od jej włosów,ciała.- Czekałam na znak i właśnie nadszedł.- Poczekaj chwilę, co się dzieje?- Dach mi się zawalił - powiedziała.- Ale nie martw się.Zadzwonię dociebie jutro.Rozłączyła się, przemoczona do suchej nitki, uśmiechnięta, żywa.Nie miała mieszkania.To było jasne.Był to wyrazny sygnał od TychNa Górze, że czas się stąd wyd ost a ć , iść naprzód, zacząć żyć! E-mailod Paulette był jedynie katalizatorem.Ważne było to, że dziś Carla zerknęła w przyszłość przez dziurę wdachu, a jednocześnie na jej suficie ukazały się diamenty ze snu.Zwiatotworzył się przed nią w apokaliptyczny sposób i nie przepuści tej okazji;tak samo jak nie przepuści innych okazji w przyszłości.Uchwyci jąradosnymi palcami, a los przerzuci ją na drugą stronę kraju.Wylą-70duje na brzegu morza, sięgając ziemi niecierpliwymi stopami, istamtąd wyruszy na swoją własną wyprawę.Zatrzymała taksówkę.- Na lotnisko Newark? - zapytała.- Nie ma sprawy - odparł kierowca.Carla wsiadła.Na zegarze w taksówce była 5:32
[ Pobierz całość w formacie PDF ]