[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.42.Powietrze było lodowate, za to sam dzień - najbardziej słoneczny w całymroku.Nie miałem pojęcia, jaki jest dzień tygodnia.Kiedy ostatni raz się tyminteresowałem (czyli w bliżej nieokreślonej przeszłości), mieliśmy grudzień,około piętnastego.Rany, czyli teraz mogło być Boże Narodzenie.Albo nawetNowy Rok.Wchodząc do lasu, spojrzałem w dół.Byłem ciekawy, czy moje stopy dotyka-ją ziemi.We śnie, w którym zabiłem Page'a, wydawało mi się, że unoszę się tużnad powierzchnią gruntu.Miałem wtedy wrażenie, że las wyciąga po mnie ręce,ponagla mnie, jakby łączyła mnie z nim jakaś nadzwyczajna więź.Teraz jednakwidziałem, że mocno stąpam po ziemi, chociaż czułem przy tym podobne upo-jenie jak wtedy we śnie.Wybrałem najłatwiejszą ścieżkę, tę samą, którą poprowadził mnie Phillip wtamtym pamiętnym dniu.Otoczenie wyglądało znajomo, wszystkie szczegółyrozpoznawałem, jakbym czytał drugi raz tę samą książkę.Witały mnie te samemiejsca, drzewa, wzgórza, zarośla; delikatna pokrywa śniegu skrzypiała mi podbutami, przydepnięte gałązki i igły wbijały się głębiej w puch.Im bardziej odda-lałem się od domu, tym bardziej miękki stawał się grunt.Trzask i chrobotaniezmieniły się w mlaskanie rozwodnionego błocka.W końcu gęstwina zrzedła,drzewa się rozstąpiły i znalazłem się na polanie, gdzie w wilgotnym powietrzusnuły się pasma mgły.Kamienny krąg jest tuż-tuż, na lewo stąd.Dosłownie dwa kroki.Wejdź tam ztą samą pewnością siebie, która cię tu przywiodła.Niech las prowadzi cię ichroni.Nie trać wiary, Michael.Najgorsze masz już za sobą.Pogódź się z tym,co znajdziesz.Saga dobiega końca.Pod warunkiem że Wielki Plan to przewidział.Szedłem dalej.Mgła zgęstniała i podniosła się na wysokość mojego pasa.Dotej pory uważałem umiejętności Izolantów za coś zupełnie naturalnego, skutekich niezwykłej siły fizycznej i instynktownej woli przetrwania w surowym kli-macie.Tymczasem byli przecież inteligentni, i to w stopniu wystarczającym dopodporządkowania sobie przedstawicieli słabszej rasy - ludzkich mieszkańców204Ashborough.W tym także niżej podpisanego.Z pozoru wydawali się zmutowanymi ludźmi.Ale może wcale nimi nie byli?Opar otulał mnie coraz ciaśniej, gdy rozważałem tę możliwość.W tej mgle iw tym lesie krył się jakiś świadomy byt, czułem to.Widziałem.I nagle stało siędla mnie oczywiste, że to jemu Izolanci zawdzięczają swoje istnienie i nieprze-ciętną żywotność.Mikroorganizm, który odkryłem, nie wziął się znikąd.Niemusiałem szukać odpowiedzi dalej niż w swoim śnie, w którym olbrzymi złoto-oki demon wynurzył się z leśnej głuszy i zgwałcił moją żonę.Rogata bestia.Objawiła mi się, żebym zrozumiał, że to ona spreparowała mikroba i zaszczepiłago wybranym przez siebie osobnikom, aby stworzyć nową rasę.Gdyby był zwyczajną bakterią, rozniósłby się daleko poza granice Ashbo-rough.Miasteczko i okalające je lasy stanowiły wygodną barierę dla jego ekspansji.To był kolejny przykład ich woli przetrwania.A może przejaw skuteczności de-mona, których ich stworzył?Rozsądek podpowiadał, że Izolanci wcale nie są zwyczajnymi prymitywami.Rządziła nimi inna, wyższa siła.Blask w ich ślepiach był czymś innym niż, jaksądziłem, skutkiem niezbyt skomplikowanej reakcji chemicznej.Kiedy już zacząłem myśleć o nich w ten sposób, ich talenty psychiczne rów-nież wydały mi się oczywiste.Nie było cienia wątpliwości, że potrafią manipu-lować swoimi wrogami.Kontrolowali całe miasteczko, rządzili nim niepodziel-nie, i nie były to rządy oparte wyłącznie na sile i zastraszeniu.Wpływali bezpo-średnio na umysły mieszkańców: mnie kazali uwierzyć, że jeśli porozmawiam zChristine, zginie, a jej zasugerowali, że regularnie odwiedza ginekologa.Nadobrą sprawę wcale nie musiała być w ciąży! Prawdziwą władzę dawała im niesiła i groźby, lecz zdolność tworzenia iluzji (chociaż ich agresywne usposobieniebyło oczywiste i nie należało go lekceważyć).Nie wiedziałem już, jak odróżnićprawdę od fikcji.Mgła podniosła się jeszcze wyżej i spowiła mnie dokumentnie.Wydawała misię w niewytłumaczalny sposób żywa, kiedy pulsowała wokół mnie i wirowałajak wzbity ponad morskie dno muł.W jej uścisku czułem się malutki, nic nie-znaczący i ślepy; miałem wrażenie, że brnę prosto w pułapkę, z której nie będziejuż ucieczki.Próbowałem sobie wmówić, że hantawirus zrobił swoje i nie mamsię czego bać.205Nie masz się czego bać? Naprawdę myślisz, że wirus zadziałał na demona?Przecież to był tylko sen.prawda?Nigdy przedtem nie miałem tylu pytań, na które nie znałem odpowiedzi.Drzewa się przerzedziły, mgła rozwiała i zobaczyłem przed sobą kamiennykrąg.Wszedłem do środka, rozglądając się na wszystkie strony.Z początku pa-nowała całkowita cisza, ale już po chwili zmącił ją śmiech: gardłowy, ochrypły,szyderczy.Sparaliżował mnie; serce prawie przestało mi bić, płuca ledwie wcią-gały powietrze.Mgła otoczyła mnie idealnym kręgiem, jakbym znalazł się nascenie.Przez moment stałem nieruchomo, po czym postąpiłem krok w stronęcentralnie położonego głazu.Znowu usłyszałem śmiech, tym razem głośniejszy idobiegający z innego kierunku - a właściwie ze wszystkich kierunków jednocze-śnie, także z góry i z dołu.Wypełniał całą przestrzeń.Mgła znów zaczęła się podnosić.Zgęstniała w chmurę o wymiarach półtorana pięć metrów i przybierała znajomy kształt: demona z mojego snu.W środkuobłoku formowała się głowa z dwojgiem płonących złotem oczu i dziurą w miej-scu pyska, z którego dobiegł kolejny wybuch śmiechu.Złoty blask rozświetliłmgłę, demon materializował się coraz szybciej.Miał ciemną skórę.Mięśnierysowały się wyraźnie na wijących się bezładnie ramionach i nogach.Złote żyłypulsowały w całym ciele i rozświetlały od środka czaszkę, uwypuklając sześćrogów i zaplecione włosy.Sterczący z paszczy gruby, czarny język ociekał jadem,który syczał, skapnąwszy na ziemię.Potwór był już prawie kompletny, jak wmoim śnie; na moich oczach żółte szpony wyrosły mu z palców, kiedy sięgnął wdół, aby ująć w dłonie zdeformowane prącie, które buchało kłębami mgły jakkocioł parą.Bestia zadarła łeb i z jej piersi wydobył się ryk, jakiego nigdy wcześniej niesłyszałem.Leśne owady ucichły, a huraganowy podmuch zatrząsł gałęziamiwszystkich drzew.Ziemia zadrżała.Byłem przerażony i gotowy na śmierć.Stwór spojrzał na mnie z góry rozja-rzonymi ślepiami i obnażył zęby.Formujące się z mgły wargi nabrzmiały jakbalony, odsłaniając zielono-czarne kikuty zębów w zaczerwienionych dziąsłach.Wiatr jeszcze się wzmógł; pierwsze konary zaczęły pękać z trzaskiem.Nagle potwór się rozwiał, równie szybko jak przed chwilą się zmaterializo-wał.Mgła wirowała w podmuchach wiatru, coraz szybciej i coraz gwałtowniej.Wichura wymiotła z kręgu cały śnieg i liście.Otworzył się właz prowadzący do206legowiska Izolantów.Mgła, która jeszcze przed chwilą była demonem, zakręciłasię nad otworem, tworząc potężny wir, i została wessana do środka
[ Pobierz całość w formacie PDF ]