[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Poczekaj - odezwał się Serdiuk i rozpiął koszulę pod marynarką.- Można przezpodkoszulkę?Kawabata zastanowił się.- Zdarzały się już takie przypadki.W tysiąc czterysta pięćdziesiątym czwartym rokuTakeda Katsueri po przegranej bitwie pod Okehajama rozpruł sobie brzuch wprost przezmyśliwskie szaty.Tak więc to normalne.Serdiuk wziął do ręki miecz.- Nie - rzekł Kawabata.- Mówiłem przecież, prawą ręką za rękojeść, a lewą tam,gdzie owinięte.O, tak.- Po prostu ciąć i już?- Chwilkę, chwilkę.Zaraz.Kawabata przebiegł przez pokój, wziął swój wielki miecz i wrócił do Serdiuka -stanął za jego plecami.- Nie trzeba ciąć głęboko.Ja będę musiał głęboko.Nie będę miał sekundanta.A panma szczęście.Na pewno dobrze pan przeżył to życie.Serdiuk uśmiechnął się lekko.- Zwyczajnie przeżyłem - odrzekł - jak wszyscy.- Za to umiera pan jak wojownik - powiedział Kawabata.- No cóż, jestem gotów.Zacznie pan na  trzy".- Dobra - zgodził się Serdiuk.- Głęboki wdech - polecił Kawabata - i zaczynamy.Raz.dwa.Serdiuk uprzytomnił sobie nagle, że w końcu nie popatrzył, czy w latarni, którąotrzymał przy wejściu, był prawdziwy płomyk - ale teraz, rzecz jasna, było już za pózno.- Dwa i pół.Trzy!Serdiuk wbił miecz w brzuch.Papier zatrzymał się na podkoszulku.Nie odczuwał specjalnego bólu, tylko ostrzebyło dotkliwie zimne.Na podłodze zadzwonił faks.- Tak - powiedział Kawabata.- A teraz w górę i w prawo.Zmielej, śmielej.o tak,dobrze.Serdiukowi zaczęły podrygiwać nogi.- Teraz szybciej skręt ku środkowi i obiema rękami do siebie.O tak, tak.Dobrze.No, jeszcze ze dwa centymetry. - Nie mogę - z trudem wymówił Serdiuk - wszystko mnie pali!- A tyś myślał.- powiedział Kawabata.- Chwileczkę.Podskoczył do faksu i zdjął słuchawkę.- Halo! Tak! Ma się rozumieć, tutaj.Tak, dziewiątka, przebieg dwa tysiące.Serdiuk upuścił miecz na podłogę i obiema rękami ścisnął krwawiący brzuch.- Szybciej! - wychrypiał.- Szybciej!Kawabata skrzywił się i gestem nakazał Serdiukowi poczekać.- Co? - wrzasnął do słuchawki.- Jak to trzy i pół tysiąca za drogo? Przed rokiemzapłaciłem za nią pięć tysięcy.Powoli, jak przed seansem w kinie, w oczach Serdiuka gasło światło.Przez jakiś czassiedział jeszcze na podłodze, lecz wkrótce zaczął powoli osuwać się na bok - ale nimjeszcze prawe ramię dotknęło podłogi, znikły wszelkie cielesne doznania, pozostał tylkowszechobejmujący ból.- Jak to stłuczony? Gdzie stłuczony? - dochodziło z czerwonej, pulsującej ciemności.- Dwa draśnięcia na zderzaku towedług ciebie stłuczony? Co? Co? Sam jesteś bęcwał! Gówno, wał! Co? A idzże tysam.w p.ę!Trzasnęła rzucona na widełki słuchawka, ale aparat od razu zadzwonił znowu.Serdiuk zauważył, że ta przestrzeń, skąd dobiegają dzwonki telefoniczne iwymyślania Kawabaty, i gdzie w ogóle coś się dzieje, znajduje się bardzo daleko odniego i stanowi tak znikomy wycinek rzeczywistości, że trzeba skupić się ze wszystkichsił, by obserwować to, co w tym wycinku zachodzi.Tymczasem to męczące skupienie niemiało żadnego sensu - a Serdiuk wiedział już, że takie skupienie to właśnie życie.Okazało się, iż całe owo długie, pełne smutków, nadziei i strachu ludzkie istnienie byłopo prostu przelotną myślą, która przyciągnęła na chwilę jego uwagę.A teraz Serdiuk(zresztą w istocie żaden Serdiuk) płynął w absolutnej pustce, czując, że zmierza kuczemuś ogromnemu, buchającemu nieznośnym żarem.Najokropniejsze, że owo cośogromnego, ziejącego ogniem, zbliżało się do niego zza pleców, a nie mógł w żadensposób zobaczyć, co to właściwie jest.Doznanie było tak nieznośne, że Serdiuk zacząłgorączkowo szukać punktu, gdzie pozostał cały znany mu świat.Udało mu się jakimścudem i w jego głowie jak dzwon zagrzmiał głos Kawabaty:- Na wyspach początkowo nie wierzono, że się pan na to zdobędzie.Ale jawiedziałem.A teraz proszę pozwolić, że oddam panu ostatnią posługę.Uśśś!Potem przez długi czas nie było nic - trudno nawet mówić o długim czasie, bo czastakże nie istniał.Następnie dał się słyszeć kaszel, skrzypienie desek podłogi i głosTimura Timurowicza oznajmił:- Tak, Sienią.Tak cię właśnie znaleziono przy kaloryferze z tulipanem flaszki w ręku.Nie pamiętasz, z kim wtedy piłeś? Odpowiedzi nie było.- Tatiano Pawłowna - polecił Timur Timurowicz.- Proszę dwa centymetry.- Timurze Timurowiczu - nieoczekiwanie odezwał się z kąta Wołodin - przecież tobyły duchy.- Ach, tak - zainteresował się uprzejmie Timur Timurowicz.- Jakie duchy?- No, te z rodu Taira.Przysięgam.I zachowywał się, jakby szukał śmierci.Wyglądana to, że naprawdę jej szukał.- To dlaczego został przy życiu? - spytał Timur Timurowicz.- Miał przecież na sobie podkoszulkę z olimpijską symboliką.Pamięta panmoskiewską olimpiadę.Koszulki w mnóstwo maleńkich emblematów? A ciął przecieżprzez podkoszulkę.- I co z tego?- Można uznać, że to magiczne hieroglify.Czytałem o czymś takim w książce; byłdawno temu taki przypadek, kiedy pewnego mnicha wymalowali całego ochronnymiznakami, tylko o uszach zapomnieli.I kiedy przyszły do niego duchy Taira, zabrały teuszy, bo wszystko inne było dla nich po prostu niewidzialne.- A po co do niego przychodziły? To znaczy do tego mnicha?- Grał pięknie na flecie.- Ach tak, na flecie - powiedział Timur Timurowicz.- Nader logiczne.A nie zdziwiłopana, że te upiory są kibicami Dynama?- A co w tym dziwnego? - odparł Wołodin.- Jedne upiory kibicują Spartakowi.InneCSKA.Dlaczego jeszcze inne nie mogą być kibicami Dynama?7- Dynama! Dynama! Dokąd leziesz, kurwa!Zerwałem się z łóżka.Jakiś chłopak w podartym fraku,włożonym wprost na gołe ciało, biegał po podwórzu za koniem i wrzeszczał:- Dynama! Stój, głupia! Gdzie cię niesie?Pod oknem parskały konie i kręciło się mnóstwo czerwonogwardzistów, których tujeszcze wczoraj nie było.Ze to czerwonogwardziści, świadczył właściwie tylko ichrozchełstany wygląd - ubrani byli jak popadło, przeważnie po cywilnemu, widać najchętniej grabieżą uzupełniali ekwipunek.Pośrodku tłumu stał człowiek wbudionnówce z krzywo przyklejoną gwiazdą; wymachiwał rękami, wydając jakieśrozkazy.Był zdumiewająco podobny do komisarza iwanowowskich tkaczy Furmanowa,którego widziałem na wiecu przed Dworcem Jarosławskim, tylko teraz przez jegopoliczek biegła szkarłatna blizna po szabli.Ale niedługo przyglądałem się tej pstrej zbieraninie: moją uwagę przyciągnął stojącypośrodku podwórza ekwipaż.Zaprzęgano do niego właśnie czwórkę wronych [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl