X


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Polly westchnęła.- Wiem - powiedziała po chwili.- Musisz wrócićpo Amandę.- Czy chciałabyś, żebym postąpił inaczej?- Nie, ja też ją kocham.Czy naprawdę myślisz, żeuda ci się ją wydostać?- Nie wiem, ale na pewno będę próbował.Polly,wiem, gdzie jest złoto. - Wiesz? - pytała zaskoczona.- Widziałeś je?- Nie, ale zamierzam mu się przyjrzeć w południe.- Zsunął z ramienia juki.- Tutaj jest sakiewka, a w niejpołowa złota, które znalazłem.Chcę, żebyś zatrzymałasię w hotelu w Murphys przez dwa tygodnie.Jeśli niezjawimy się do tej pory, to wszystko należy do ciebie.W tamtejszej stajni stoi mój koń.Zapłać za jego pobyt.Jeśli się nie zjawimy, koń jest twój.Nie próbuj na nimjezdzić, ale kowal chce go kupić.- Chance - zaczęła zatroskana Polly - mówisztak, jakbyśmy mieli więcej się nie spotkać.Nie uciek�nę przecież ze wszystkim.Chance roześmiał się.- Dobrze wiesz, Polly, że to mi w ogóle nie przyszłodo głowy.Jestem przekonany, że będziesz czekać.Do�bra z ciebie dziewczyna.Nie jestem pewien, czy udanam się dotrzeć do złota.Przecież nie wiem nawet, czyktoś już się do niego nie dobrał.Ale w tych jukach jestdosyć, żebyśmy wszyscy troje mogli zacząć od nowa.- Może otworzymy saloon?Chance przeniósł ciężar ciała na drugą nogę.- Polly, jeśli jesteś sprytna, nie wrócisz już do sa�loonu.Nie spiesz się i znajdz sobie odpowiedniegomężczyznę.Wydaje mi się, że tego naprawdę chcesz.A teraz muszę już iść.- Bądz ostrożny.- Wierz mi, że nie mam ochoty umierać, ale prę�dzej mnie diabli porwą, niż pozwolę jakiemuś ducho�wi zabrać kobietę, którą kocham.- Pochylił się i po�całował ją w policzek.- Zobaczymy się za kilka dni. Polly wzięła od niego juki i obserwowała, jak zni�ka w ciemności.- Znalazłam odpowiedniego mężczyznę - wyszep�tała.- Tyle że nie jest do wzięcia,Amanda obudziła się i stwierdziła, że Polly nie ma.W pierwszym odruchu przeraziła się i wyskoczyłaz łóżka, ale natychmiast usiadła z powrotem, ponie�waż kostka nadal bolała.Uświadomiła sobie, że niema powodów do niepokoju.Polly i Chance na pewnojuż wyruszyli na poszukiwania.Pozostawało jej jedy�nie czekać na ich powrót.Pokuśtykała do otwartego okna i wysunęła głowęna zewnątrz.Zbliżało się południe.Przynajmniej niebędzie musiała czekać cały dzień.Szyb wydawał się początkiem kopalni.Całyosprzęt i drewno były na miejscu, zabrano jedyniekubeł do opuszczania łudzi.Ile metrów liczy głównytunel? Sto pięćdziesiąt, trzysta, siedemset? Wciągnąłgłęboko powietrze.Jama prawdopodobnie nie miaławięcej niż siedem, może dziesięć metrów głębokości,ale to też nie wydawało się zbyt zachęcające.Wyjął z plecaka lusterko i popatrzył na słońce.Możeteraz przekona się wreszcie, czy złoto jeszcze tu jest.Może uda się wyciągnąć je za pomocą haka, bez opusz�czania się na dno szybu.Złoto nie może przecież leżećluzem.Musi być w workach albo w pojemnikach.Chance podszedł do szerokiego otworu szybu,ustawił lusterko w ten sposób, by słońce odbijało się w czarnej dziurze.Pochylił się i spojrzał w dół.Właś�nie dostrzegł coś, co przypominało worki z juty, gdypoczuł, że grunt usuwa mu się pod nogami.Usiłowałrzucić się do tyłu, ale wszystko, co udało mu sięuchwycić, osuwało się wraz z nim.Uderzył głucho o ziemię, ale był tylko lekko oszo�łomiony.Pokręcił głową.W następnej chwili ogarnę�ło go przerażenie.Nie mniej niż dziesięć metrów nadgłową widział szeroki otwór.Zadrżał, nozdrza wypeł�nił mu stęchły zapach wilgotnej ziemi.Macał wokół,szukając czegoś, co pomogłoby mu się wydostać.Sta�lowy szpikulec ugodził go w rękę.Zaczął go obma�cywać.%7łelazny hak! Trzymając w jednym ręku linę,poderwał się na nogi.Wiele razy próbował wyrzucićhak na górę, ale za każdym razem opadał w dół, mi�jając go o włos.Chance oddychał z coraz większymtrudem.Widział niewyraznie, aż wreszcie ogarnęłygo kompletne ciemności.Kiedy oprzytomniał, uświadomił sobie, że musiałoto być omdlenie.Zmuszał się do zachowania spokoju,ale nie było to łatwe.Czuł, że znowu ogarnia go pa�nika.Pomyśl, do diabła, pomyśl! Myśl o Amandzie!Czy pozwolisz, żeby Jack Quigley zwyciężył?Chance dzwignął się do pozycji siedzącej.Nicdziwnego, że w stanie skrajnego zdenerwowania nieudało mu się zaczepić haka.Otarł pot z twarzy, za�mierzał wziąć się w garść.Jak długo będzie myślał,tak długo uda mu się utrzymać na wodzy strach.Po�szukał liny.Nagle namacał ręką coś znajomego.Ple�cak! Musiał pociągnąć go za sobą, spadając do szybu. Otworzył plecak drżącymi rękami.Po omacku odna�lazł świecę.Potem wymacał zapałki, zapalił jednąi błogosławił cudowny blask płomienia.Zapalił świe�cę i wstał.Miał wokół siebie sporo miejsca.Rozglą�dał się wokół, aż zlokalizował to, czego szukał.W odległości nie większej niż siedem metrów zo�baczył worki z juty.Zbliżył się szybko i zaczął jeotwierać.Po chwili cofnął się o krok, nie wierzącwłasnym oczom.Nigdy nie widział takiej ilości złota!Podniósł wyżej świecę.Wielką komorę w trzechczwartych wypełniało złoto! Usiadł na ziemi i wpa�trywał się w skarb.On, Polly i Amanda stali się bo�gaczami! W podziemnych tunelach niosło się echo je�go histerycznego śmiechu.Dopiero gdy się uspokoił, uświadomił sobie niedo�godność całej sytuacji.W jaki sposób wydobędzie tozłoto na powierzchnię? Spojrzał znowu w otwór szy�bu i nagle przyszła mu do głowy myśl, czy to nie JackQuigley zepchnął go w dół.Doskonały sposób, żebysię go pozbyć.Ale Jack Quigley jeszcze nie odniósłnad nim zwycięstwa! Wstał i zaczął krążyć po ob�szernej komorze, oglądając ją badawczo.We wszy�stkie strony rozchodziły się stąd tunele, większośćz nich schodziła w dół.Spostrzegł skrzynki z dyna�mitem, a także lonty.Latarnie, kilofy.Uśmiechnąłsię na widok palta wiszącego na szpikulcu wbitymw ścianę.Miał dwie możliwości.Mógł próbowaćznalezć wyjście albo raz jeszcze posłużyć się hakiem.Słońce dawno już nie świeciło wprost nad otworemi po tym Chance zorientował się, że to pózne popo- łudnie.Zdecydował się na próbę z hakiem.Po wie�lu usiłowaniach wiedział już, że nie ma wyboru.Tyl�ko dwukrotnie udało mu się zaczepić hak na skra�ju otworu i za każdym razem grunt się obsuwał, aw dół leciały grudy ziemi i kępki trawy.Chance'a niecieszyło, że musi szukać wyjścia pod ziemią, alestrach go już opuścił.Teraz był pełen determinacji.Zdjął ze szpikulca wełniane palto i ubrał się.Ręka�wy były o wiele za krótkie, palto nie dopinało sięz przodu, ale dawało ciepło.Nie miał pojęcia, w któ�rą stronę iść, lecz i tak los mu sprzyjał.Miał świat�ło i cały zwój sznurka w plecaku.Wiedział też dośćdużo o kopalniach.Złożył wszystko, co mogło sięprzydać, na stare taczki.Wiedział, że dynamit potrze�buje wyższej temperatury, wetknął więc kilka lasekza cholewę.Amanda chodziła po saloniku w domu Chance'a,nieprzytomna z niepokoju.Dokuśtykała tutaj w po�szukiwaniu Chance'a i Polly.Potem obeszła, kulejąc,cały dom.Zapadły ciemności, powinni wrócić przedkilkoma godzinami.Musiało im się coś przytrafić [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl