[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie widać było śladu obcego, nie padał kolejny strzał z broni laserowej.Enoch badał wzrokiem teren.Jeszcze dwa wypady, jeden do niewielkiego stosu kamieni, drugi podsam szczyt, i będzie siedział obcemu na karku.Nie miał tylko pojęcia, co wtedy zrobi.Oczywiście unieszkodliwi go.Trudno było cokolwiek przewidzieć, niewiele pomogłoby obmyślenie jakiejś taktyki.Od momentuzbliżenia się do szczytu powinien kierować się wyczuciem, wykorzystać każdą nadarzającą się szansę.Miał utrudnione zadanie, gdyż nie wolno mu było zabić obcego; musiał go schwytać i choćby tamtengryzł i kopał, zawlec go w bezpieczne miejsce do stacji.Być może na otwartej przestrzeni przybysz nie będzie mógł bronić się za pomocą odoru z taką samąskutecznością jak w stacji.Enoch obserwował skały, lecz nic nie wskazywało na miejsce, gdzie ukrył się obcy.Zaczął powoli się czołgać, szykując do następnego wypadu pod górę; nie chciał, by zdradził go jakiśdzwięk.Kątem oka zauważył cień, który wspinał się po zboczu.Błyskawicznie usiadł, podnosząc karabin.Lecz nim zdążył obrócić lufę, cień był już przy nim; powalił go i przycisnął do ziemi, wielką rękąo płaskich palcach zatykając usta. Ulisses! wybełkotał Enoch.Cień syknął ostrzegawczo.Powoli przygniatający Enocha ciężar usunął się, a ręka odsłoniła usta.Ulisses wskazał na stos głazów, a Enoch kiwnął głową.Tuż przy uchu Enocha wyszeptał: Talizman! On ma Talizman! Talizman! omal że nie krzyknął Enoch; zdawał sobie sprawę, że najmniejszy dzwięk możezdradzić ich miejsce.Od szczytu oderwał się kamień i zaczął staczać w dół zbocza.Enoch przywarł do ziemi za kłodą. Padnij! krzyknąłdo Ulissesa. Padnij! On ma broń.Ulisses chwycił go za ramię. Enochu! zawołał. Enochu, patrz!Enoch zerwał się na nogi i ujrzał dwie postacie mocujące się na szczycie. Lucy! wykrzyknął.To właśnie ona walczyła z obcym. Podkradła się do niego pomyślał. Cholerny, mały głuptas! Gdy obcy zajęty byłprzeszukiwaniem wzrokiem zbocza, zbliżyła się ukradkiem i dopadła go.W dłoni trzymała jakiś kij; zamierzała nim uderzyć przybysza, jednak ten chwycił ją za rękę. Strzelaj bezbarwnym, martwym tonem rzucił Ulisses.Enoch uniósł karabin, lecz w zapadających ciemnościach niewiele mógł dojrzeć.A tamci stali takblisko siebie! Za blisko. Strzelaj! wrzasnął Ulisses. Nie mogę zaszlochał Enoch. Nic nie widać. Musisz strzelić głos Ulissesa był twardy i napięty. Musisz zaryzykować.Enoch znów uniósł broń.Wydawało mu się, że teraz widzi lepiej.Wiedział jednak, że nie tyleprzeszkadzała mu ciemność, ile niecelny strzał w świecie, w którym przechadzał się na szczudłowatychnogach wyjący balon.Wtedy nie trafił i teraz też mogło mu się to przydarzyć.Muszka zatrzymała się pośrodku głowy szczuropodobnej istoty; głowa umknęła na chwilę, lecz zarazpowróciła. Strzelaj! wrzasnął Ulisses.Enoch nacisnął spust.Karabin kaszlnął.Na górze obcy stał jeszcze przez sekundę, pozbawionyczęści głowy, a strzępy oderwanego ciała frunęły krótką chwilę niczym spłoszone czarne owadyw niknącym świetle zachodniego nieba.Enoch rzucił broń i upadł na ziemię, wbijając palce w mech.Zrobiło mu się słabo na myśl o tym,co mogło się stać, jednak lata spędzone na niezwykłej strzelnicy nie poszły na marne. Jakie to dziwne pomyślał - jak wiele rzeczy pozornie bez znaczenia kształtuje nasz los.Strzelnica była taką rzeczą bez znaczenia jak stół bilardowy czy gra w karty miała służyćwyłącznie rozrywce zawiadowcy.A jednak spędzone tam godziny nadały kształt tej chwili na niewielkim odcinku zboczai zadecydowały o jej finale.Osłabienie wsiąkło w skrawek ziemi pod Enochem; ogarnął Enocha spokój spokój drzewi podszycia z pierwszym tchnieniem nocy.Jak gdyby niebo, gwiazdy i cały kosmos pochyliły się nadnim, szepcząc o jedności z nim.Przez chwilę zdawało mu się, że uchylił rąbka jakiejś wielkiej prawdy,która przyniosła nie zaznane dotąd ukojenie i poczucie wzniosłości. Enochu szepnął Ulisses. Enochu, mój bracie&W głosie przybysza z gwiazd zabrzmiał jakby ukryty szloch, poza tym Ulisses nigdy dotychczas nienazwał Ziemianina bratem.Enoch podniósł się na kolana.W górze na usypisku głazów widniało łagodne, cudowne światło,miękkie i delikatne, jak gdyby ogromny świetlik rozjarzył swój płomyk, płonący pełnią blasku.Zwiatło wędrowało w ich stronę po skalnej stromiznie, a wraz z nim Lucy, która zbliżała się, jakbytrzymała w dłoni latarnię.Ręka Ulissesa mocno ścisnęła ramię Enocha. Widzisz? rzekł Ulisses. Tak, widzę.Co to& Talizman odrzekł Ulisses w zachwycie; zaparło mu dech w piersi. A ona jest naszym nowymstrażnikiem, którego szukaliśmy tyle lat.33. Nie przestawałeś tego odczuwać mówił do siebie w myślach Enoch podczas wędrówki przez las. Nie było chwili, byś nie zdawał sobie sprawy z obecności tego.To było coś, co chciałeś przytulićdo siebie i zatrzymać na zawsze, a nawet gdyby odeszło z pewnością byś tego nigdy nie zapomniał.To było coś nie do opisania: miłość matki, duma ojca, adoracja ukochanej, bliskość przyjaciela tym wszystkim i czymś więcej.Sprawiało, że największa dal zdawała się bliska, a złożoność zmieniałasię w prostotę; przepędzało cały strach i troski, choć jednak tkwił w tym pewien głęboki smutek:uczucie, że już nigdy w życiu nie przyjdzie taka chwila jak ta, że zaraz owa chwila przepadnie na zawszei nigdy nie powróci.Ale nie tak się stało.Chwila rozkwitała, by wciąż trwać.Lucy szła między nimi, przyciskając do piersi torbę z ukrytym Talizmanem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]