[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jej małżonek, który trzymał się nieco lepiej niż Hektor, skwitował tę odprawę z lekko rozbawioną miną.Nie miałby nic przeciwko temu, żeby młody Havilland dostałpo nosie.Był tolerancyjnym mężem, ale łatwość, z jaką ten hultaj owijał sobie wokół palca cudze żony, zaczynała go drażnić.- Dobra, Hektorze - powiedział Gis, cofając dłoń znad stosu wygranych banknotów i monet.- Sztama i gramy od nowa,w porządku? - Czuł się paskudnie, mając przed sobą tego podpitego drania, i z trudem hamował wściekłość.Na samą myśl,że lady Edith przeznaczyła swoją córkę takiemu podłemu łotrowi, dłonie zaciskały mu się w pięści.Cholerna Thea Dunstan, pomyślał z irytacją, za jakie grzechytak się nią przejmuję?- Nie dość, że bękart, to jeszcze tchórz - ciągnął ze zjadliwą satysfakcją Hektor.- Nic dziwnego, że masz smykałkę dokarcianych zagrywek.Lepiej zabiorę moje pieniądze, dopókinie przepadną - rzucił, zachłannie sięgając po kupkę banknotów.Gis, z kamienną twarzą, a wewnątrz rozwścieczony do białejgorączki, błyskawicznym ruchem chwycił Hektora ze rękę.Przeciwnik chciał ją wyrwać, lecz Gis bez drgnienia powiekiścisnął mu palce jak w imadle.- Chwileczkę, Hektorze - wycedził.- Pieniądze są moje,nie twoje.Ale dam ci szansę odegrania się, zgoda? Jeden warunek, odszczekasz to, co powiedziałeś, a wtedy puszczę cię i zaczniemy grać.Więc jak?Hektor uniósł się z krzesła, na próżno usiłując wyszarpaćdłoń.- Nie! - warknął.- Puść mnie, Havilland!Tom Moidore usiłował załagodzić sytuację.- Gis, daj spokój, przecież widzisz, że on za dużo wypiłi trochę się rzuca.To się zdarza.- Naprawdę? - Gis lekceważąco wzruszył ramionami,zwiększając ucisk.- Może dlatego sam się nie upijam i kiedyjestem zły, wiadomo, że tak jest i muszę mieć konkretny powód.Przegrywasz, Hektor, tak w życiu, jak i w kartach.Przeproś, tocię puszczę i już nie będziemy wracać do tej sprawy.- Do diabła, nigdy! - wrzasnął Hektor, czerwony na twarzy.- Posłuchaj, Havilland, dobrze wiem, co mówię.Jesteś bękartem, o czym wszyscy wiedzą.Bękartem i tchórzem, draniemi karcianym szulerem, ot co!Gis zerwał się, gwałtownym ruchem przyciągnął do siebieHektora, położył płasko lewą dłoń na jego poczerwieniałej twarzy i pchnął go tak gwałtownie, że przeciwnik przeleciał przezcałą długość pokoju, z krzykiem rozpłaszczył się na ścianie,a potem zachwiał się i z oszołomioną miną usiadł na podłodze.- Nie zaprzeczam, że jestem bękartem, więc to ci wybaczę,bo powiedziałeś prawdę - odezwał się spokojnie Gis.- Nie jestem natomiast karcianym szulerem, a co do tchórza, cóż, możei nim jestem.Rozdziel nas, Tom, bo mam ważniejsze rzeczy niżrozgrywkę z tym agresywnym osłem.Przepraszam, że się uniosłem.Tom Moidore z uniesioną dłonią ruszył w stronę przeciwników, nakazując gestem spokój.Skandal był zupełnie niepożądany, a zwłaszcza taki, który mógłby zaszkodzić młodemu Havillandowi.Nie martwił się o Hektora Dashwooda, jego reputacja bowiem praktycznie już nie istniała.Ponadto miał osobistedługi wdzięczności zarówno wobec Gisa, jak i jego wuja.Uznał, że nadszedł właściwy moment, by je spłacić.Dlatego przemówił jak rozjemca.- Panowie, jak sądzę, nie chcielibyście popełnić czegoś,czego pózniej mielibyście żałować.Dashwood.- zwrócił siędo Hektora, który chwiejnie podnosił się z podłogi: - liczę, żeodwołasz to, co powiedziałeś o Havillandzie, a ty, Gis, przyznasz z kolei, że za bardzo się uniosłeś i zareagowałeś zbyt64gwałtownie na wypowiedziane słowa.Dlatego proszę, podajciesobie dłonie, a potem spokojnie dokończcie grę.Zgoda?Przez moment Tom zwątpił, czy uda mu się zażegnać kryzys.Wyraz twarzy Gisa zmienił się.Niebieskie oczy stały się nieprzeniknione i lodowate jak arktyczne głębie, a chłopięcy czar,za który tak go lubiano, ulotnił się.Nagle zdumionym oczomToma Moidore'a i reszty towarzystwa ukazała się prawdziwieimponująca postać.być może jasnowłosy i piękny GerardSchuyler we własnej osobie.Nikt z obecnych nawet nie domyślał się, że gdy Gis przyłożył dłoń do znienawidzonej twarzy Hektora, myślał o Thei, i towyzwoliło w nim nieopanowaną furię wojownika.Już wcześniejzorientował się, że jest do tego zdolny i zawsze starał się trzymać nerwy w żelaznych ryzach.Co gorsza, wiedział, że w takimstanie może zabić.I zrobił to kiedyś.Pierwszy raz ta ślepa furia ogarnęła go, kiedy studiowałw Eton, a jeden z kolegów rzucił mu publicznie w twarz, że jestbękartem.Musiano go odciągnąć od przeciwnika, bo z pewnością pozbawiłby go życia.Drugi raz napad niepohamowanejwściekłości ogarnął go w czasie wojny, na froncie zachodnim,kiedy zobaczył, jak jego kumpel spada w płomieniach, zestrzelony przez wroga.Gis Havilland tak długo polował na Niemca,który to zrobił, póki, niczym płonącą pochodnię, nie posłał jegosamolotu na ziemię.Nikt, patrząc na nieruchomą twarz Gisa, nie domyśliłby się,że skrywa w swym wnętrzu tak morderczą furię.Wreszcie, gdypoczuł, że wściekłość zaczyna stygnąć, zwrócił się do Moidore'a:- Jak sobie życzysz, Tom - zgodził się niemal obojętnymtonem, po czym wyciągnął do Hektora rękę.Była to ostatniarzecz, o jakiej by marzył, ale zbyt szanował Toma, by mu odmówić.Hektor zerknął na dłoń Gisa, a potem na Moidore'a, lecz nieuczynił najmniejszego gestu.- Nie uważam, że rozsądnie jest odmawiać, Dashwood - zauważył spokojnie Tom.Hektor nie był na tyle głupi, by nie dosłyszeć w jego głosie ukrytego ostrzeżenia.Jeśli Moidorewzgardzi nim i przestanie zapraszać do siebie, inni uczynią tosamo, a wtedy będzie ostatecznie skończony w towarzystwie.Tego w żadnym wypadku nie mógł ryzykować.Z ociąganiem wyciągnął dłoń do Gisa.Uścisk był krótkii wymuszony, ale w salonie rozległo się wyrazne westchnienieulgi.Obaj przeciwnicy zasiedli ponownie przy stoliku i wznowili grę.Czerwona mgła nie zaćmiewała już wzroku Gisa, aleczuł tę wilczą zajadłość, która często poprzedzała wybuch.Zwiat stał się odległy, a ludzie obcy i nieważni.Zamiast zwyciężyć, poniósł klęskę i oto sprawą honoru stała się rezygnacjaz wygranej za wszelką cenę.Postanowił odegrać tylko te pieniądze, które włożył w grę.Kiedy osiągnął ów cel, wstał od stolika, przeprosił zebranychi oddalił się.Moidore zarządził przerwę w grze.Coś w GisieHavillandzie mocno go niepokoiło.Tak doskonała, że aż przerażająca samokontrola nie pasowała do obrazu tego młodego,pełnego uroku mężczyzny.Ponadto był prawie pewien, że Gisz rozmysłem nie dopuścił do swojej wygranej.- Proponuję, abyśmy napili się kawy - ogłosił Tom i zadzwonił po służbę.- Przynieście dużo, i czarną jak smoła - zarządził, wychodząc
[ Pobierz całość w formacie PDF ]