[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Parę dni padało i w powietrzuczuć już pierwszy oddech jesieni, ale znowu się wypogodziło,liście zaczynają żółknąć, a na groblach fruwają nitki babiegolata.Ona siedzi w domu, przygotowując prawdziwe śniadania,obiady i prawdziwe kolacje.Wszyscy troje siadają do stołu, apies leży przy drzwiach na werandę.Julia uśmiecha się doniej, uśmiecha się do Borysa i do psa.Jest wdzięczna Kamiliza to, że jest, i Kamila chyba nawet wie dlaczego: bo możewięcej czasu spędzać z Borysem, może chce się jegoobecnością nasycić, nim zostaną sami i jedno będzie musiałorobić to, a drugie tamto.Chodzi więc za Borysem wszędzietam, gdzie on idzie, cały czas dwa kroki za nim, jakby łączyła ich niewidzialna linka, z pogodą w oczach i lekkimuśmiechem w kącikach ust.Nie rozmawiają prawie ze sobą,jeśli już, to chyba tylko o sprawach, które dotyczągospodarstwa albo pogody: czy będzie padać, czy nie.Kamili zdaje się, że oni nie muszą ze sobą w ogólerozmawiać, w przeciwnym razie powtarzaliby tylko to, cowyrażają sobą, a tego byłoby już za dużo.Chociaż mogłobysię wydawać, że tylko Julia wszystko sobą wyraża, a Borystylko jest.Ale to nieprawda, Borys zawsze był taki sam jak teraz, niema powodu, żeby dodatkowo okazywał coś ponad to.To jegotrwanie przy Julii było zawsze dowodem bezgranicznegooddania.Zresztą, czy którakolwiek z nich wyobraża sobieBorysa szczerzącego zęby do Julii i śliniącego jej szyję wnamiętnych pocałunkach? W życiu!Czy on wiedział, że ona go zawsze kochała, że był przyniej cały czas i bez względu na wszystko? Czy może, żebyprzy niej być, wystarczyło mu, że sam ją kocha?Kiedy Kamila widzi, jak normalnie, bez uniesień po tymwszystkim, co się stało, zaczęli obok siebie żyć, już jej niedziwi i nawet nie drażni zachowanie Julii.Okazała mu to, co,być może, powinna okazać dawno temu, i wreszcie jest wpełni sobą.Nie musi niczego udawać i niczego ukrywać.Coza ulga i co za szczęście, że można sobie na pełną naturalnośćpozwolić.Każdego wieczora Julia mówi, że jutro albo pojutrzepojedzie do Marzanny.Potem, tak jakby zapominała, mijakolejny dzień i kolejny, a ona cały czas powtarza:- Dziś nie było czasu.Jutro może pojadę.Albo pojutrze.Nic nie mówią, ani Borys, ani Kamila.A ona, wydaje się,żadnych komentarzy nie oczekuje.Każdego wieczora,sprzątając po kolacji lub czesząc psa na werandzie, składasobie jedną i tę samą obietnicę. Można by się zastanowić, czy kiedykolwiek ją spełni.- Przepraszam, że ci przerywam - usłyszała Kamila wsłuchawce głos Ramony, do której akurat dzwoniła, by siępewnymi spostrzeżeniami na temat zachowania Julii podzielić.- Przyszła jakaś kobieta.Zdaje się w sprawie mieszkania pociotce Lukrecji.- Wynajmujesz mieszkanie po ciotce Lukrecji?- Tyle czasu stoi puste.Pieniądze się przydadzą.- Nie wynajmuj tego mieszkania! - zarządziła Kamila iwyłączyła telefon.*Na dnie zostało jeszcze trochę wódki, ale nie chciało imsię już pić.Otoczenie nie było zbyt ciekawe, bezceremonialniezachowujące się towarzystwo przy sąsiednim stoliku też.Muzyka byle jaka i za głośna.Wszyscy starali sięprzekrzyczeć wszystkich.%7ładna przyjemność, marudził Leski,siedzieć tu i wlewać w siebie to świństwo (a miało być zgórnej półki) w podejrzanym towarzystwie, którego połowęmożna byłoby spokojnie z miejsca aresztować.Jeśli o niegochodzi, to większą przyjemność sprawiłoby mu wypicie tejflaszki w jakiejkolwiek bramie.- Nie zrzędz, ponuraku - odezwał się patolog, obracając wpalcach paczkę papierosów.- A propos - parsknął krótkimśmiechem - podobno masz w wojewódzkiej nową ksywę?- No - ponuro mruknął Leski.- Romeo.- E, to ładnie - pochwalił patolog z udawaną powagą.-Bardzo ładnie.Koledzy wymyślili?- Debile.- No ale jak to: tak sobie wymyślili? Bez niczego? Leskirozlał resztkę wódki do kieliszków.- Nie kpij, dobra? Wystarczy, że cała komenda się śmieje. - A z czego tu się śmiać - patolog z trudempowstrzymywał śmiech.- Z bukiecika kwiatków od jakiejśJulii? To stąd ten Romeo?- Bukiecik? Przestań.To było bukiecisko większe odmojego biurka, na którym ci idioci go postawili z bilecikiem:Dziękuję.Julia.Tak żeby każdy widział! - Wypił jednymhaustem zawartość kieliszka, prychnął ponuro: - Mnie kwiaty!Sam bym boki zrywał, gdybym nie był tak wkurzony.%7łeby choć wiedział, kontynuował po chwili, za co mudziękuje.Chyba za to, że nie przymknął tego jej gacha.Powinien to zrobić, przynajmniej na czterdzieści osiem, możecoś by w facecie pękło.Ale tylko może.Raczej by się zdziwił.Może na początku, od razu należało go przycisnąć, kiedy byłjeszcze trochę taki rozmemłany, przerażony.Wtedy jeszczecoś gadał.Potem za cholerę! Zamknięty w skorupieskurczybyk.Do którego nikt nie ma dostępu.Prawie nikt.- Szanuję takich skurczybyków - zakończył.- Nie to,żebym lubił, ale szanuję.Kiedy po chwili stanęły obok ich stolika dwie kobiety:jedna obok Leskiego, druga obok patologa, Andrzej Leskiodchylił głowę i na jego twarzy pojawił się uśmiech.Kobietapołożyła ręce na jego barkach i lekko się nad nim pochyliła.- Już? Macie dość? - spytała łagodnie.Obaj kiwnęli głową.Mają dość, drętwo tu.Kobietywymieniły spojrzenia.Wiedziały, że tak będzie, jedna i drugaproponowała kameralną kolacyjkę w jednym czy drugimdomu, z wódką wyjętą z lodówki i dyskretną muzyką w tle.Ale niech ktoś spróbuje przekonać takich dwóch twardzieli, żebyłoby odrobinę przyjemniej.Może nawet wódka by imsmakowała.- Wódka nam smakowała - zaoponował patolog, mrugającdo Leskiego.Leski natychmiast przytaknął. Wstając od stołu, Andrzej Leski otarł, jakby tak odniechcenia, przypadkiem, głowę o ramię żony.- Dzieci śpią? - spytał.- Powinny - odparła.- Ale kto je tam wie.- Jedzmy już - poprosił cicho, łagodnie.- Na pewno jesteś bardzo zmęczony.- Usłyszał w jejgłosie ciepłą ironię.Przytaknął.Wtedy pomogła mu włożyćpłaszcz i poprawiając go na nim jak na dziecku, dodała już bezironii: - W domu odpoczniesz.Jak zwykle.- Gdybym nie miał takiej nadziei.- powiedział,zawieszając głos w gęstym od dymu powietrzu.Objął ją i wyszli.*Na początku grudnia Ramona przyjechała do Magdy.Bezżadnych zapowiedzi, bez planów.Tak ją coś naleciało,tłumaczyła Magdzie, jakiś impuls, krótka chwila, zeronamysłu - wsiadła do pociągu i przyjechała.- Ale nie tłumacz się.- Magda obłożona na środku salonustertą czasopism uśmiechnęła się do Ramony.- Cieszę się, żewpadłaś.- Naprawdę?- No pewnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl