[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale ponieważ atak wygląda w taki sposób, oddział prawdopodobnie został skoncentrowany przed domem.Wyglądam przez boczne drzwi.Czysto.Zaczynam je otwierać, ale kobieta powstrzymuje mnie, łapiąc mnie za rękę.– Niedługo wróci od koleżanki nasza córka – informuje mnie ze strachem w głosie.– Niedługo to znaczy? – pytam.– Za jakieś dziesięć, piętnaście minut.– Będzie już po wszystkim – uspokajam ją.– Córce nic się nie stanie.Obiecuję.Patrzy na mnie, próbując ocenić, czy może mi zaufać.Spoglądamy na siebie.Przekonuję ją wzrokiem, że jestem zawodowcem.– Kim ty jesteś, do diabła? – pyta.Słyszę trzask łamanego drewna, dobiegający od drzwi wejściowych.– Już są – mówię.– Musicie się stąd wydostać, inaczej zginiecie.Mężczyzna ma szeroko otwarte, niewidzące oczy.Za chwilę będzie w szoku.Kobieta zaczyna hiperwentylować.– Jesteś potrzebna rodzinie – mówię do niej.– Weź się w garść.Widzę, że sięga gdzieś w głąb siebie i po chwili jej oddech się uspokaja.Otwieram boczne drzwi i wychodzę przed nimi, rozglądając się w obie strony.– Schrońcie się co najmniej cztery domy stąd – mówię.– Mieszka tu ktoś, komu ufacie?Mąż ma niepewną minę, ale żona wskazuje zielony dom kilka ogródków dalej.Słyszę, że za nami napastnicy wyłamują drzwi i wpadają do salonu.– Nie rozumiem, co się dzieje – żali się mężczyzna.– Wezwij policję – zwracam się do kobiety, a ona wypycha męża za drzwi, przeciska się obok niego i razem przechodzą między krzewami do ogródka sąsiada.Mógłbym ruszyć za nimi i wydostać się na ulicę, ale dokąd miałbym iść?Potrzebuję czarnej prostokątnej skrzynki z zestawem do łączności ukrytej w szopie, żebym mógł się skontaktować z Programem, muszę się też dowiedzieć, kim są ci ludzie.Kiedy więc mężczyzna i kobieta uciekają, żeby się schronić w bezpiecznym miejscu, zakradam się do ogrodu za domem.Stoi tam jeden człowiek, obserwujący tylne wyjście.Krępy i barczysty.Stoi odwrócony pod kątem, trzyma odbezpieczony karabinek, ale skierowany lufą do ziemi, gotów go błyskawicznie unieść.Całkiem niezła postawa, ale tylko wtedy, gdy ubezpiecza cię drugi człowiek, osłaniając tył.Tego nikt nie osłania.Staję za nim i duszę go, zakleszczając mu na szyi zgiętą w łokciu rękę, a drugą łapiąc się za przegub.Szyja to ośrodek splotów układu nerwowego i naczyniowego, które znajdują się blisko powierzchni ciała.Niewiele trzeba, żeby poważnie uszkodzić człowieka w okolicy gardła.Nie mam czasu ustalać, kim jest ten człowiek, ani dlaczego robi to, co robi.Mam tylko czas, żeby go zneutralizować.Robię to szybko, nie zważając na jego rzężenie i charczenie, kiedy usiłuje złapać oddech w moim uścisku.Nauczono mnie, żeby zamiast uważać je za odgłosy wydawane przez człowieka walczącego o życie, uważać je za dźwięk ostrzegający przed zagrożeniem.Kiedy odgłosy ustają, znika zagrożenie.W ten sposób, pokonując naturalny ludzki odruch współczucia, łatwiej mogę się bronić.Potężnie zbudowany mężczyzna zwisa bezwładnie na moich rękach.Puszczam go, żeby osunął się na ziemię, a potem pędzę w stronę szopy na narzędzia.Gdy jestem w połowie trawnika, widzę, że coś jest nie tak.Kłódka na drzwiach szopy, która miała elektronicznie odczytać odcisk mojego kciuka… Zniknęła.Podbiegam do szopy i szarpnięciem otwieram drzwi.Nie ma czarnej skrzynki, nie ma broni zamontowanej na ścianie.Widzę zwykłą szopę, w której przechowuje się sprzęt ogrodniczy.To i tak nie ma większego znaczenia teraz, gdy od strony domu zbliża się do mnie zagrożenie.Jeden nie żyje, ale atakuje mnie jeszcze co najmniej dwóch.Tylne drzwi domu otwierają się z trzaskiem i wybiega z nich wysoki mężczyzna.Gdyby był inteligentniejszy, wymknąłby się ostrożniej, ale ten nie jest.Otwiera z rozmachem drzwi, które walą w drewnianą futrynę.Co oznacza, że muszę działać szybko.Rozglądam się po szopie.U stóp mam worek ściółki.Wszędzie leżą porozrzucane małe narzędzia ogrodnicze.Każde z nich mogłoby się okazać śmiertelnie niebezpieczne, ale żadne nie będzie skuteczne w tej sytuacji.Odwracam się, żeby stawić czoło człowiekowi, który wybiegł z domu, a wtedy mój wzrok pada na oparty o drzwi szpadel.Łapię go obiema rękami i przygotowuję się do odparcia ataku.Uwagę wysokiego mężczyzny przyciąga ciało kolegi.Klęka przy nim, żeby sprawdzić puls.To błąd.Nacieram na niego, pokonując trawnik w ciągu niecałych dwóch sekund.Kiedy unosi wzrok, szpadel już jest w powietrzu.Tylna strona ostrza uderza go w grzbiet nosa.Słyszę okropne chrupnięcie, a po chwili widzę strugę krwi.Padając na wznak, unosi broń, żeby strzelić, ale następuję stopą na lufę i pocisk nie trafia w cel.Mężczyzna jest szybki i drugą ręką sięga po nóż u pasa.Wtedy słyszę jakiś hałas w domu – to trzeci z nich reaguje na wystrzał.Nie ma czasu na wahania.Zanim wysoki może dosięgnąć noża, robię zamach szpadlem i walę go w bok czaszki z taką siłą, żeby wyeliminować go do końca akcji.Przyklejam się ciałem do ściany domu, czekając na trzeciego.Jest inteligentniejszy, czyli ostrożniejszy.Najpierw powoli wysuwa przez drzwi lufę karabinka.Strzał i dwa ciała leżące na ziemi wystarczają, żeby pobudzić go do refleksji, więc lufa zaczyna się cofać do wewnątrz domu.Nie mogę do tego dopuścić.Łapię lufę i szarpię tak mocno, że trzymający broń mężczyzna wylatuje za drzwi, uwiązany do karabinka pasem założonym na ramię.Myślę, że już go mam, gdy nagle wyciąga rękę i odpina klamrę pasa, wpadając z powrotem do domu, a ja tracę równowagę i lecę razem z nim.Szpadel zahacza o framugę drzwi i wypada mi z ręki.Teraz walczymy wręcz, zmagając się na podłodze i usiłując zdobyć przewagę jeden nad drugim.Mężczyzna jest brutalny, ma twarde mięśnie, doskonale potrafi robić użytek z łokci i kolan.Obrywam.Ale przyjmuję to z kamienną twarzą.Dopóki nie rozlega się wrzask małej dziewczynki, na którego dźwięk obaj zastygamy na chwilę.Trwa to nie dłużej niż ułamek sekundy, ale tyle nieuwagi wystarcza, żebym zdobył przewagę nad przeciwnikiem, unieruchomił mu szyję kolanem i szybkim ruchem skręcił mu kark.Zrywam się na nogi, łapiąc szpadel, i wpadam w drzwi.Jest i czwarty.Znalazł boczne wyjście z domu i wymknął się na zewnątrz, czego nie usłyszałem.Znalazł coś więcej niż wyjście.Znalazł córkę gospodarzy.Ma mniej więcej dziewięć lat, jest ubrana w dżinsy i żółtą bluzkę bez rękawów.Kołnierzyk bluzki jest w drobne białe kwiatki.Nad kołnierzykiem widzę rękę mężczyzny.Zaciśniętą na jej gardle.W drugiej ręce mężczyzna trzyma pistolet samopowtarzalny.To o tej dziewczynce wspominała żona.Niewinna cywilna osoba, która przypadkowo trafiła w niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie, pechowy świadek wydarzeń, z którymi nie ma nic wspólnego.Dziewczynka nie powinna mnie obchodzić, ale popełniam błąd i patrzę w jej oczy.Są ciemnobrązowe, szeroko otwarte, ze zwężonymi ze strachu źrenicami
[ Pobierz całość w formacie PDF ]