[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Powiedziałam wielebnej matce, że czułam się w klasztorzebardzo szczęśliwa i że jeśli będę musiała odejść, będę tęsknić za wszystki-mi swoimi przyjaciółkami i matkami.Ona odparła, że szybko znowu sięprzyzwyczaję do życia rodzinnego.LRT - Zawsze będziesz tu mile widziana, jeśli zechcesz nas odwiedzić - za-pewniła.- Ale najpierw zobaczymy, co się wydarzy, dobrze? Potem po-rozmawiamy o przyszłości.Do drzwi zapukała matka Bernadette i powiedziała, że tata czeka namnie na dole.Wielebna matka pochyliła się i uściskała mnie.Wróciła dobiurka i wyciągnęła coś z szuflady.- To dla ciebie, dziecko.Dzięki temu staniesz się silna i będziesz wie-działa, że Nasza Pani zawsze jest przy tobie.Włożyła mi do ręki białą, skórzaną sakiewkę i pobłogosławiła mnie.Na sakiewce złotymi literami były wypisane słowa Zdrowaś Mario, a wśrodku znajdował się najśliczniejszy różaniec, jaki w życiu widziałam.Miałzłoty łańcuszek i krzyżyk, a paciorki wyglądały jak maleńkie perełki.Po-czułam w gardle wielką kluchę.Pomyślałam, że się rozpłaczę.Była to naj-piękniejsza rzecz, jaką ktokolwiek dał mi w życiu, ładniejsza nawet niżMolly.Kiedy jechaliśmy do centrum, tata wydawał się nerwowy.Przeklinałinne pojazdy i krzyczał przez okno na kierowcę autobusu: - Wygrałeś swojeprawo jazdy na loterii, cholera? Ty pieprzony głąbie!Nawet mój różaniec nie ocali taty przed czyśćcem.Chciałam wiedzieć,dlaczego dzisiaj jest taki zły na wszystkich.- Na mnie też się złościsz? - zapytałam.LRT - Nie, malutka, na ciebie nie.Bardzo się denerwuję, czekając na decy-zję w naszej sprawie.Powiedział, że mam się nim nie przejmować.Zapewnił też, że wkrótceznowu będzie taki, jak kiedyś.Przez całą drogę do miasta ruch był duży, akiedy dodatkowo zaczął lać deszcz, musieliśmy zwolnić jeszcze bardziej,co nie poprawiło taty nastroju.Było mi żal biednych koni, które pochylałyłby w obronie przed wiatrem i deszczem.Musiały ciągnąć wozy po ulicy naśliskiej nawierzchni i starały się schodzić z drogi autobusom i tramwajom.W końcu zaparkowaliśmy w pobliżu Czterech Sądów i pobiegliśmy przezdeszcz.W wejściu chronili się ludzie, a tata przepchnął się między nimi iznalazł woznego, który polecił, żebyśmy usiedli.Kiedy czekaliśmy, do tatypodeszło kilka osób i rozmawiały z nim o  jego wytrwałej walce".Jeden znich powiedział, że nadszedł czas, kiedy ktoś miał odwagę  zabrać się zatych łajdaków".Inny włożył mi do ręki sześciopensówkę i pobłogosławiłmnie.Wozny wrócił i powiedział, że mamy iść za nim.Poprowadził nas dłu-gim korytarzem.Minęliśmy kilku mężczyzn w czarnych togach, wciąż mie-li na głowach peruki, które nosili na rozprawach.W końcu dotarliśmy dowielkich drzwi.Wozny zapukał i zaczekaliśmy, aż ktoś zawołał: - Wejść.Pokój sędziów wydawał się ogromny i był tam najdłuższy stół, jaki wżyciu widziałam.Próbowałam policzyć stojące przy nim krzesła, ale byłoich za dużo.Trzej starzy mężczyzni w prążkowanych garniturach siedzielina skórzanych krzesłach, pijąc herbatę z małych, biało-złotych filiżanek.- Wysoki Sądzie - powiedział wozny - pan i panna Doyle.LRT Poczułam się bardzo duża, skoro ktoś nazwał mnie  panną Doyle".Je-den z mężczyzn podszedł i zapytał, czy można mówić do mnie  Evelyn".- Tak będzie należycie, proszę pana - odpowiedziałam.Potem polecił woznemu, żeby zabrał tatę do herbaciarni.Tata powie-dział, że chce zostać.- Evelyn może być trochę przestraszona, jeśli zostanie sama.Mężczyzna stwierdził, że będę się czuła doskonale.A zwracając się domnie, zapytał: - Prawda, moja droga?Podobał mi się ten starzec.Przypominał mi świętego Mikołaja w jednejz książek z bajkami, chociaż jego biała broda była krótsza i miał skrzące sięoczy, które wydawały się same uśmiechać.Powiedziałam tacie, że nic minie będzie i że ma się o mnie nie martwić.Kiedy tata wyszedł z pokoju, sta-rzec z brodą wziął mnie za rękę i zaprowadził tam, gdzie siedzieli pozostali.Wskazał, żebym spoczęła na małym, skórzanym stołku.Pozostali dwaj panowie przywitali mnie: - Witaj.Zapewnili, że nie ma się czym martwić, oni chcą tylko trochę ze mnąpogawędzić.Mężczyzna z ciemnymi włosami podał mi szklankę lemonia-dy.Poprosili, żebym im o sobie opowiedziała.Trzeci mężczyzna zaczął pi-sać w wielkim żółtym notatniku, a pan, który przypominał świętego Miko-łaja, patrzył na mnie i zadawał pytania o klasztor.Powiedziałam mu, że lu-bię karmić świnie, ale nie lubię krów.Zapewniłam też, że sama obcięłamsobie włosy i że nigdy nie miałam grzybicy.LRT - Tata byłby wściekły, gdybym w ogóle nie miała włosów - dodałam.Roześmiali się na moje słowa, a ja cieszyłam się, że sprawiłam im ra-dość.Mężczyzna, który pisał, poprosił, żebym im opowiedziała o  pani",która ma się nami zajmować, jeśli będę mieszkać z tatą [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl