[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Gdybyśmy pożeglowaliodrobinę dłużej, od dwóch dni bylibyśmy bezpieczni w porcie.Ani Arutha, ani nikt z pozostałych nie odezwał się słowem.Po chwili milcze-nia Trask podjął opowieść. Zeszli do ładowni i zaczęli wszystko wyrzucać za burtę.Było im zupełnieobojętne, co wyrzucają.Wszystko poszło za burtę.Wszystko.Pięćset wspaniałych332 mieczy z Queg o szerokiej klindze, piki, lance, włócznie, łuki bojowe, dosłowniewszystko.Robili to na wszelki wypadek, aby ta broń nie dotarła jakimś cudem doCrydee.Nie bardzo wiedzieli, co zrobić z beczkami z olejem palnym z Queg.Ba-ryłki można było wydobyć z ładowni tylko przy użyciu dzwigu portowego, więczostawili je w spokoju.Upewnili się ze sto razy, że na pokładzie nie ma żadnejinnej broni poza tą, którą mieli przy sobie.Potem kilku z nich ubrało się w jakieśczarne szmaty i wpław przedostali się na ląd.Poszli wzdłuż wybrzeża w stronę la-tarni morskiej.Przez cały czas reszta z wyjątkiem kilku, którzy z łukami w rękachpilnowali mojej załogi, klęczała na pokładzie, kiwając się w przód i w tył, wzno-sząc modły do swoich bogów.Jakieś trzy godziny po zachodzie słońca zerwalisię nagle, zaczęli kopać i bić moich ludzi, pokazując na mapie port.Postawili-śmy żagle i ruszyliśmy w dół wybrzeża.Resztę znacie.Myśleli, jak sądzę, że niebędziecie się spodziewać ataku od strony morza.Fannon pokiwał głową. Dobrze myśleli.Od czasu ich ostatniego napadu patrolowane były częstookoliczne lasy.Nie mogli się zbliżyć bez naszej wiedzy na odległość dnia mar-szu do Crydee.W ten sposób zaskoczyli nas nieprzygotowanych. Stary MistrzMiecza mówił zmęczonym i zgorzkniałym głosem. Teraz zaś w mieście niepozostał kamień na kamieniu, a dziedziniec zamkowy wypełniony jest po brzegiprzerażonym ludem miejskim.Trask był równie przybity. Po dotarciu do nabrzeża główna część oddziału szybko zeszła na ląd.Napokładzie zostało kilkunastu, którzy wyrżnęli wszystkich moich ludzi. Grymasbólu skrzywił jego twarz. To była banda niezłych rozrabiaków, ale w sumie nietakich złych ludzi.Nie mieliśmy pojęcia, co się święci, dopóki pierwsi chłopcynie zaczęli spadać za burtę naszpikowani strzałami.Kolorowe zakończenia strzałtrzepotały w locie jak chorągiewki, zanim ciała nie uderzyły o wodę.Myśleliśmycały czas, że będą chcieli, abyśmy odpłynęli z nimi z portu.Moi chłopcy stawilioczywiście opór, ale było już za pózno.Kołki i rożki szkutnicze to trochę mało,jeżeli masz przeciwko sobie przeciwników uzbrojonych w miecze i łuki.Trask westchnął ciężko.Skrzywił się z bólu spowodowanego zarówno opo-wieścią, jak i raną w boku. Trzydziestu pięciu ludzi.Zabijaki, typy spod ciemnej gwiazdy, portowelumpy, nie ma co ukrywać, niezła zgraja, ale to była moja załoga.Tylko ja mia-łem prawo ich zabić, gdyby była taka konieczność.Roztrzaskałem czaszkę pierw-szego Tsuraniego, który się do mnie zbliżył.Wyrwałem mu miecz i zatłukłemnastępnego.Trzeciemu udało się wytrącić mi miecz z ręki i przebił mnie na wy-lot. Zaśmiał się krótkim, chrapliwym śmiechem. Skręciłem mu kark.Potemstraciłem na jakiś czas przytomność.Chyba myśleli, że umarłem.Kiedy się ock-nąłem, pod pokładem szalał już ogień.Zacząłem krzyczeć o pomoc.No a potemjuż wiecie, zobaczyłem Księcia wchodzącego na pokład.333  Jesteś odważnym człowiekiem, Amosie Trask.Na twarzy kapitana pojawił się wyraz głębokiego bólu. Chyba nie za bardzo, skoro nie potrafiłem obronić statku, Wasza Wysokość.Kim ja teraz jestem? Jeszcze jednym wyrzuconym na suchy ląd żeglarzem.Tully przerwał kapitanowi. Już dosyć.Arutha, potrzebny ci wypoczynek. Położył rękę na ramieniuTraska. Dobrze zrobisz, kapitanie, jeżeli pójdziesz w jego ślady.Twoja ranajest o wiele poważniejsza, niż ci się wydaje.Zaprowadzę cię do pokoju, gdziebędziesz mógł wypocząć.Kapitan podniósł się. Kapitanie Trask  powiedział Arutha [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl