[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Może nie jest najpiękniejszy, ale ma całkiem pogodne usposobienie. Wzięłabym go, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.Mary Ray uśmiechnęła się szeroko. Skoro jest pani pewna, to chętnie. Mogę go zabrać od razu? Tak, maluchy są już dość duże.Jeśli chce go pani od razu& Pani matka mnie uprze-dziła&  Załamał jej się nagle głos. Wszystko w porządku?  zapytałam z niepokojem.Westchnęła i wzruszyła ramionami, jakby chciała odegnać emocje. Wie pani, tyle razy już to przechodziłam, ale za każdym razem trudno mi się rozstaćz maluchami, kiedy odchodzą do nowych domów.Ale jestem pewna, że pani dobrze o niego za-dba.Przyniosę pudło i kocyk, a potem umościmy mu posłanie na drogę. Ile jestem pani winna? Nie, nie biorę pieniędzy za szczenięta.Wystarczy mi radość, że znalazły dobry dom. Ale to przecież rasowy pies!Wiedziałam aż za dobrze, że w Londynie musiałabym zapłacić za takiego szczeniakaparęset funtów. Biorąc go, odda mi pani przysługę. Trudno mi w to uwierzyć. W takim razie powiedzmy, że mam u pani matki dług wdzięczności.Bóg jeden wie, ilerazy mi pomogła przez ostatnie lata.Ach, i jeszcze chciałabym, żeby pani wzięła coś dla niej,jeśli to możliwe. Dobrze zna pani Laurę?Mary Ray przypatrywała mi się przez chwilę z namysłem i w końcu się uśmiechnęła. Napije się pani herbaty?Godzinę pózniej opuściłam dom przy Orchard Driver ze szczeniakiem i z innym nasta-wieniem.Spojrzenie na matkę z nieco innej perspektywy otworzyło mi oczy.Wobec mnie zawszebyła raczej zamknięta i chłodna.Była matką, która, jak mi się zdawało, nie chciała mnie w swo-im życiu.Ale dla Mary Ray była kochaną, wyrozumiałą przyjaciółką, na którą mogła liczyć, kie- dy potrzebowała pomocy.Uświadomiłam sobie, jak mało znam matkę.Zauważyłam to już w minionym tygodniu.Laura była inna, niż ją zachowałam w pamięci  ale na ile obiektywna była ocena nieszczęśliwejszesnastolatki? Wystarczyło tylko popatrzeć, jak traktowała mnie Cassie.Uświadomiłam sobie,że szesnastoletnia Natalie właściwie wcale nie znała swojej matki.Kiedy wróciłam do domu, po podwórzu przechadzały się z dumą cztery okazałe bażanty.Znieżnobiałymi kołnierzami i nierównym chodem przypominały trochę gromadkę przelękłychprowincjonalnych księży.Laura wspominała, że czasem zapuszczały się tu z pobliskiej posiadłości Treloar, kiedychciały, czmychając przed myśliwymi, zwędzić naszym kurom trochę ziaren kukurydzy.Gdy drzwi kuchni otworzyły się z impetem i na podwórze wypadła Laura, rozpierzchłysię w panice. Przywiozłaś go?Mama omal nie weszła do samochodu, kiedy mijałam bramę, tak się paliła do tego, żebyzajrzeć do pudła na przednim siedzeniu.Kiedy się zatrzymałam, szarpnięciem otworzyła drzwi i zanurkowała do środka z pełnymoczekiwania uśmiechem. Och, jaki śliczny! Na pewno się ucieszy. Naprawdę tak myślisz? Nie rób takiej zmartwionej miny, Nattie.Tego malucha po prostu nie da się nie kochać. Ale to przecież prezent ode mnie. To on czy ona? On. Spokojna głowa, zakocha się w nim bez pamięci.Każdy lubi psy.Laura wyjęła z samochodu pudło i zaniosła je do domu.Po drodze piesek próbował daćdrapaka.Wysunął jedwabisty łepek zza krawędzi kartonu i polizał palce Laury.Wysiadłam i poszłam za matką do kuchni.Wydobyła malucha z pudła i przytuliła do sie-bie, jaśniejąc z radości. Cassie pokocha go całym sercem.Taki mały, śliczny piesio, prawda?  Uniosła do górywyrywającego się zwierzaka i zachichotała, kiedy ten obsypał jej twarz mokrymi całusami.Chłop z ciebie na schwał, mój mały. Gdzie ona jest? Na przejażdżce konno. Dostanie go, kiedy wróci. Nie, nie, to będzie nasza tajemnica.Dostanie go w dniu urodzin. Ale gdzie my go przechowamy do niedzieli? Hank może zabrać go wieczorem do domu.Przyniosą go z Orlaithe na przyjęcie. A Hank nie będzie miał nic przeciwko temu? Wręcz przeciwnie.Myślę, że będziesz mogła mówić o szczęściu, jeśli w ogóle oddaszczeniaka.Hank nie ma własnych dzieci, a młode psy wywołują w nim wielką czułość.Nie potrafiłam jakoś sobie wyobrazić, żeby cokolwiek poza samochodem wzbudzałow Hanku silniejsze uczucia.Kochał swój monstrualny wehikuł, a nawet ochrzcił go imieniemBetsy. Ach, i jeszcze coś: masz pozdrowienia od Mary Ray.Dała mi to dla ciebie.Wręczyłam mamie pakunek, który powierzyła mi Mary.Był ciężki, jakby w środku znaj-dowało się coś szklanego. Laura z radością zdeponowała go na stole.Zanim go jednak otworzyła, zawołała Hanka,który majstrował w stodole przy silniku starego czerwonego traktora.Dziesięć minut pózniejcałkowicie zapomniał o traktorze, a Laura odesłała go do domu, nakazując, żeby przywiózłszczeniaka w niedzielę rano.Na widok maślanych oczu staruszka ogarnęły mnie jednak wątpli-wości, czy mu się to uda.Kiedy Hank odjechał ze szczenięciem, Laura skierowała swoją uwagę na paczkę od MaryRay i wyjęła ze środka flaszkę z płynem w kolorze śliwki. O, cudownie!  zawołała. Miałam nadzieję, że to będzie to. Co to jest? Wino?Laura potrząsnęła głową. Nalewka na ginie z tarniną.Mary robi najlepszą tarninówkę na świecie.Masz, spróbuj. Ale jest dopiero druga po południu  zaprotestowałam, kiedy mama otworzyła butelkę. To najwłaściwsza pora. Nalała trunku do niedużego kieliszka i podała mi. No już.Kieliszeczek ci nie zaszkodzi.Powąchałam ciemnofioletowy płyn.Był tak mocny, że rozkaszlałam się od samego zapa-chu. Od tego urosną ci włosy na piersi, moja kochana  orzekła Laura.Opróżniła już w połowie swój kieliszek i z rozkoszą oblizała wargi. Nie, dzięki, mam już dość problemów z zarostem na twarzy  zażartowałam i upiłamostrożnie kapkę. No i jak, smakuje?  zapytała Laura.Poczułam, jak słodki alkohol rozchodzi mi się po języku, a potem spływa ciepłą strużkądo gardła i dalej do żołądka. Wow.Naprawdę pycha. Mówiłam, że robi najlepszą na świecie. Mhm.Pokiwałam głową i ponownie przystawiłam kieliszek do ust.Laura przypatrywała się, jak wlewam w siebie wszystko, a potem podetknęła mi flaszkę. Jeszcze po jednym?Uśmiechnęłam się do niej lepkimi od słodyczy, lekko mrowiącymi ustami. Lepiej nie. Nie pękaj. Nalała sobie. Wznieśmy toast. Dolała i mnie, a potem podniosła kieli-szek. Wypijmy za to, że znów mam w domu córkę.Chociaż następnego dnia znowu wstałam pózno, byłam na nogach wcześniej od Laury.Poraz pierwszy od przyjazdu.Nie mam pojęcia, jak w ogóle udało mi się zwlec z łóżka.Nie miałam pojęcia, z czegopędziła swoją nalewkę Mary Ray, ale odkąd razem z Robem uchlaliśmy się tequilą podczas na-szej podróży poślubnej do Meksyku, nie miałam tak straszliwego kaca.Poprzedniego wieczoruprzysiadłyśmy z Laurą i wyżłopałyśmy całą butelkę.Cas obserwowała nas przy tym ze zmarsz-czonymi brwiami i z zaciśniętymi ustami.Nawet pobudzający, zimny prysznic nie mógł złagodzić bólu głowy.Kiedy zwlokłam sięna dół, było mi siebie naprawdę żal [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl