[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Lżej mi się na sercu robi,ból już nie jest taki srogi,gdy na drodze sobie stojęi oglądam grosze moje.Był to niemiecki gamoń na obczyźnie, jak żywy.I choćsłuchacze nigdy nie słyszeli o naszych czeladnikach, ani też niezrozumieli słów piosenki, komik został nagrodzonywdzięcznymi oklaskami.Najwyraźniej miałem tu przed sobą kapelę z Presnitz, i żebywypróbować sprawność językową tych ludzi, zapytałemśpiewaczkę:— Hangi lissanda türkü czaghyry–jorssun — w jakimśpiewasz języku?— Alamandża czaghyry jorum — śpiewam po niemiecku —odrzekła.— You are consequently a german Lady — jest więc pani jestNiemką?— My native country is German Austria — moja ojczyzna toziemia austriacko–niemiecka.— Et comment s’appelle votre ville natale — a jak nazywasię pani rodzinne miasto?— Elle est nommee Presnitz, situee au nord de la Boheme —nazywa się Presnitz i leży w północnych Czechach.— Ach, niedaleko saksońskiej granicy, blisko Jöhstadt iAnnabergu? — kontynuowałem po niemiecku.— Słusznie! — zawołała.— Jezusie, mówi pan także poniemiecku?— Jak pani słyszy!— Tu w Damaszku?— Wszędzie.Nadeszli też pozostali członkowie kapeli.Wszyscy sięucieszyli, że w tym miejscu spotkali Niemca, zafundowałem imwięc kilka szklanek sorbetu, oni zaś poprosili, bym wymieniłtytuł mojej ulubionej piosenki; chcieli mi ją zaśpiewać.Ledwieto uczyniłem, a już zaczęli:Gdy dwa serca się rozstają,gdy miłości pęka nić,ból przeszywa serca strzałą,cierpień już nie można kryć.Ucieszyła mnie ponowna okazja wysłuchania dźwiękówtkliwej melodii; nagle Halef trącił mnie w bok i wskazał nawejście.Spojrzawszy w tym kierunku zobaczyłem człowieka, októrym w ostatnich dniach często rozmawialiśmy, a któregotutaj się nie spodziewałem.Te piękne, lecz wskutek brakuzharmonizowania całości nieprzyjemne rysy, to przenikliwebadawcze spojrzenie zimnych oczu, te mroczne cienie, którezostawiły na jego twarzy nienawiść, miłość, zemsta iniezaspokojona ambicja, nazbyt dobrze były mi znane, żebymmiał się dać zwieść gęstej brodzie, jaką ten człowiek teraznosił.Był to Dawuhd Arafim, który w swoim domu nad Nilemkazał się nazywać Abrahim Mamur!Kiedy badawczym spojrzeniem obrzucił obecnych, niezdążyłem się ukryć przed jego wzrokiem.Drgnął, po czymszybko się obrócił i spiesznym krokiem opuścił namiot.— Za nim, Halefie! Musimy się dowiedzieć, gdzie on tumieszka!Zerwałem się z ławki, a Hadżi poszedł w moje ślady.Znalazłszy się przed namiotem, ujrzałem, że Abrahim oddalasię, galopując na swoim ośle, a trzymający się ogona poganiaczpędzi za nim susami; za to naszego służącego nie mogłemnigdzie dojrzeć, a kiedyśmy go wreszcie znaleźli przy jakimśbajarzu, było już za późno, aby dogonić zbiega.Ghutaoferowała taką obfitość dróg i ukryć, że nie było sensu gościgać.Tak mi to zepsuło humor, że postanowiłem wrócić do domu.Kiedy ten człowiek po raz pierwszy pojawił się na mojejdrodze, natychmiast naszło mnie przeczucie, że w jakiś sposóbznów będę musiał się z nim spotkać, a teraz przeszła mi kołonosa okazja dowiedzenia się czegoś bliższego o jego tutejszymmiejscu zamieszkania.Również Halef przez jakiś czas mruczałw swoją rzadką brodę arabskie przekleństwa, po czymstwierdził, że najlepiej będzie wrócić do domu i jeszcze trochępomuzykować.Wracaliśmy tą samą drogą.Na ulicy Prostejktoś do nas zawołał.Był to nasz gospodarz stojący z jakimśmłodzieńcem przy wejściu do sklepu z biżuterią i klejnotami.Ion miał przy sobie służącego z osłem pod wierzch.— Nie chciałbyś tu wstąpić, efendi? — spytał.— Potemmożemy razem wrócić do domu.Zsiedliśmy z osłów i weszliśmy do sklepu, gdzie młodzieniecpowitał nas z wielką serdecznością.— To mój syn Szafei ibn Jakub Afarah — przedstawił gonasz gospodarz.Tak więc dopiero teraz usłyszałem, jak się nazywa naszgospodarz: Jakub Afarah.Takie sytuacje nie są na Wschodzierzadkością.Przedstawił nas synowi, po czym mówił dalej:— To mój sklep jubilerski, który prowadzi Szafei z jednympomocnikiem.Wybacz, że mój syn nie może nam towarzyszyć!Musi tu zostać, bo jego pomocnik poszedł popatrzeć na świętoEr–Rimal.Rozejrzałem się po sklepie.Był mały i dość mroczny,skrywał jednak taką masę kosztowności, iż mnie, biedaka,przeniknął dreszcz
[ Pobierz całość w formacie PDF ]