[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ona też słyszała opiknikach Bretta.Po złożeniu jaj samica przysypuje je piaskiem, używając do tego tylnej łapy, anastępnie rozgrzebuje piasek dokoła gniazda, by je zamaskować.Po skończonej pracy samicawraca do bezpiecznego morza.Nigdy już nie zobaczy swojego gniazda. ROZDZIAA JEDENASTYBrett podpłynął do molo małą, płaskodenną łódeczką, przy której łódz przeznaczonado przewozu turystów wyglądała jak transatlantyk.Wyciągnął rękę do Cary i pomógł jejwsiąść.- Lubisz skrajności - zauważyła.- Tylko łódka z płaskim dnem dopłynie tam, gdzie się wybieramy - odrzekł.- Usiądz,jeśli nie chcesz za chwilę znalezć się w wodzie.Usiadła na metalowej ławce, trzymając się rękami za obie burty.Brett przesunął na tyłłódki turystyczną lodówkę, wędkę, gumowe buty i rękawice, żeby zrobić towarzyszce więcejmiejsca.Nie były to typowe akcesoria, jakie zabiera się na randkę.Zauważył jejzaciekawiony wzrok i mrugnął do niej kpiąco, a potem zapalił silnik.- Gdzie właściwie płyniemy? - zapytała.- To tajemnica.- Ale przecież gdy zobaczę to miejsce, to już nie będzie tajemnica.- Miałabyś kłopoty, żeby trafić stamtąd z powrotem do domu - odparował z gładkimuśmiechem.- Na pewno nie jestem pierwszą osobą, którą tam zabierasz.- Nie - roześmiał się.- Moi przyjaciele wciąż próbują odnalezć to miejsce.A potem jamuszę ich odnajdywać, gdy się zgubią.Cara niepewnie popatrzyła na bagna, które jak okiem sięgnąć ciągnęły się po obustronach łodzi.- Można się tutaj zgubić?- Niektórzy to potrafią.Teraz trzymaj się mocno - ostrzegł.Silnik zaryczał głośniej i łódz wpłynęła do kanału, zmagając się z przeciwstawnymprądem odpływu.Silny wiatr zerwał czapeczkę z głowy Cary.Brett pochwycił ją zręcznie iwetknął pod jakieś pakunki na dziobie.Cara czuła się jak na rozpędzonym motocyklu.Twarzpokrywały jej kropelki słonej wody.Minęły ich dwie duże barki i łódka zakołysała się tak mocno, że Cara znów musiałasię przytrzymać burty.Brett tylko nonszalancko pomachał ręką i nawet nie odwrócił głowy.Silnik ryczał tak głośno, że nie dało się rozmawiać, Cara rozluzniła się więc i podziwiałakrajobraz.Zauważyła kilka flamingów brodzących po płyciznach i pelikana, który przeleciałnad ich głowami.Kilka kilometrów dalej Brett dotknął jej ramienia i wskazał na delfina, którypłynął zaledwie o kilka metrów od nich, dotrzymując tempa łodzi.Wyglądało to, jakby chciałsię z nimi bawić - wynurzał się z wody z głośnym gwizdem.W chwilę potem obok niego, jeszcze bliżej łodzi, pojawił się drugi.Cara roześmiała się głośno.Twarz Bretta również rozświetlił szeroki uśmiech.Brett wprowadził łódz w wąski boczny kanał.Delfiny oddaliły się i zniknęły.Manewrowali teraz w labiryncie kanałów między kępami roślinności.Cara rozglądała się naprawo i lewo z lekkim niepokojem.Wysokie trawy nie pozwalały dostrzec żadnych punktóworientacyjnych.Już po kilku minutach nie miała pojęcia, gdzie jest.Oby przechwałki Bretta,że potrafi znalezć drogę powrotną, nie okazały się jedynie blefem.Im dalej płynęli, tym bardziej obniżał się poziom wody.Niektóre miejsca były jużzupełnie suche, inne pokrywały płytkie kałuże, w których ptaki szukały pożywienia.Brettwprawnie manewrował łodzią w dżungli traw.Wyglądamy jak Katharine Hepburn iHumphrey Bogart w  Afrykańskiej królowej , pomyślała Cara.- Czy już jesteśmy na miejscu, panie Allnut? Brett uśmiechnął się szeroko i wskazałna niedaleką kępę drzew.- Już niedaleko, Rosie! - odkrzyknął.Uśmiechnęła się.Tą odpowiedzią zarobił u niej kilka punktów.W końcu przybili do brzegu zalesionej wysepki.Brett wyłączył silnik i natychmiastotoczyła ich cisza.Cara miała wrażenie, że od reszty ludzkości oddzielają ich tysiące mil.- Chyba jesteśmy daleko od suchego lądu - powiedziała niepewnie, patrząc na pasbłota przed nimi.- Dalej już nie da się wpłynąć łodzią.To niedaleko.Szybko dojdziemy na miejsce.- Dojdziemy? - powtórzyła ze zdumieniem, pewna, że się przesłyszała.- Brett,przecież utopimy się w tym błocie! I kto wie, co tam może siedzieć pod spodem?- To właśnie jest najciekawsza strona bagien - odrzekł, zrzucając sandały i sięgając pogumowe buty.- To błoto tętni życiem.Jest w nim wszystko: ostrygi, ślimaki, kraby - rodząsię, żyją i umierają w błocie.Ze już nie wspomnę o owadach i larwach.Cara patrzyła z przerażeniem, jak Brett wciąga na nogi buty sięgające bioder, a potemwrzuca do płóciennej torby gumowe rękawice, młotek i sieć.- Nic mnie nie obchodzi, co te stworzenia tam robią.Po prostu nie chcę mieć z nimiżadnego kontaktu.Brett podniósł się i postąpił o krok w jej stronę, a gdy cofnęła się z przerażeniem,roześmiał się głośno i wyszedł z łódki prosto w błoto.Natychmiast zapadł się aż po kostki.- Wskakuj - powiedział, stając plecami do niej.- Chyba żartujesz!- Nie żartuję.Zaniosę cię. - Nic z tego!- Chyba że wolisz iść sama.- Nie! Zaczekaj.Co ja mam zrobić?Spojrzał na nią przez ramię z wesołością w oczach.- Już nie pamiętasz, jak się jezdzi na barana?- Jasne, że pamiętam, ale przecież nie jesteśmy już dziećmi.Jestem za ciężka.Brett obrzucił wzrokiem jej szczupłą postać i prychnął lekceważąco.- Wskakuj.Myślę, że sobie poradzę.- Dobrze, ale nie mów, że cię nie ostrzegałam - ustąpiła Cara.Ostrożnie wyszła z łódkii wspięła się na plecy Bretta.- Możesz to wziąć? - zapytał, wskazując na torbę i sieć.- Złapiemy sobie kolację.- Oczywiście - oznajmiła.- Czy mam zabrać coś jeszcze?Brett sięgnął po lodówkę.- Boże drogi, Brett, czy to też będziesz niósł? - zdumiała się [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl