[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Walczyła więc nie tylko o wykrycie sprawcy napadów, ale i oswoje życie.Uczono ją różnych, na taką okazję niezbędnych,chwytów, skupiła więc całą uwagę, aby któryś z nichzastosować.Miała w płaszczu broń, nie mogła jednak wyrwać zuścisku prawej ręki, żeby dostać się do kieszeni.Kiedy udało jej się na sekundę oderwać tamte straszne ręce,zaciśnięte na szaliku, rzuciła się na ziemię, trzymając przedsobą czarną zamszową torbę.Podstęp się udał, napastnikchwycił torbę, sądząc może, że chwyta rękę, i natychmiastodrzucił ją na bok, jakby z irytacją.Ta chwila wystarczyłaRenacie, aby podbić mu nogi.Runął na skwerek i potoczył sięgdzieś na bok, za krzaki. Cholera! syknęła, zrywając się z ziemi.Wyszarpnęła zpłaszcza broń, odbezpieczyła.Nie mogła jednak znalezć latarki,widocznie zgubiła ją podczas szarpaniny.Klnąc niczym staryzłodziej, na próżno usiłowała w ciemności dostrzec poruszającąsię sylwetkę albo usłyszeć odgłos kroków.Dokoła panowałacisza.Może leżał tam pod krzakami, może uderzył się w głowęprzy upadku i stracił przytomność.Ach, jak bardzo teraz właśnie przydałby się przewodnik zpsem! Jeżeli napastnik uciekł, to pewnie na placu Unii wsiadłdo autobusu czy tramwaju i koniec.Po śladzie.Zrobiła kilka kroków i natrafiła nogą na coś twardego, cowyśliznęło jej się spod buta.Schyliła się, pomacała, to byłalatarka.Oświetliła szybko skwer.Nikogo.Zajrzała międzydrzewa, pod krzaki, rozglądała się uważnie, obeszła dom.Napróżno.Jeżeli tu gdzieś jeszcze był, to ukrył się tak, że sama, wdodatku przy pomocy tej małej latarki, na pewno go nieznajdzie.Pozostawał więc tylko Arit, którego ślady musiały być narękawiczkach, może i na twarzy napastnika. Nie wie nic myślała idąc w stronę domu a więc pewnie choć razprzesunie ręką po czole, policzkach, może otrze pot, poprawikapelusz, włosy.To wystarczy.Mieszkała z rodzicami, spali już, kiedy weszła.W swoimpokoju, obok tapczanu, miała telefon.Nakręciła numerprywatny kapitana Szczęsnego.Nie spał jeszcze albo miał lekkisen, bo odezwał się po pierwszym sygnale.Opowiedziała mu,co się stało. Skąd dzwonisz? rzucił podniecony. Z domu.Czy coś trzeba zrobić? Tak.Jak najszybciej, żeby nie było za pózno.Ale to już jazrobię.Renatko, zachowałaś się doskonale, choć całe życie będęrobił sobie wyrzuty, że tak się dałem nabrać! Jak to nabrać? zdziwiła się. Na tę kartkę i wyjazd na wieś.Powinienem byłprzewidzieć, że napastnik zorientował się, iż droga jest podobserwacją milicji i dlatego uderzył zupełnie gdzie indziej. Szczęsny, a jeżeli to był jakiś zwykły bandzior, nie tamten zOsiedla? Oczywiście, że i to jest możliwe.Ale bandzior by niezaczynał od duszenia szalikiem, tylko wyrwałby ci torbę, możezegarek czy płaszcz, korzystając z mgły i ciemności, a potemdałby nogę z tego skweru.Słuchaj, nie wychodz z domu aniteraz, ani jutro, zanim do ciebie nie zadzwonimy, ja albo ktośod nas.Możesz być potrzebna i musisz być pod ręką.Trzymajsię!Odłożył słuchawkę, wyskoczył z łóżka.Ubierał się spiesznie,rozmyślając gorączkowo nad sytuacją.Spojrzał na zegarek,było wpół do dwunastej.Połączył się z oficerem dyżurnym, tejnocy był to jego dobry kolega, więc nie trzeba było go długoprzekonywać.W kilkanaście minut pózniej przysłanym z komendyradiowozem, wraz z załogą samochodu, jechał w stronęOsiedla.Dobrze wiedział, że nie miał jeszcze dostatecznegopowodu, aby o tej porze wejść do mieszkania spokojnychobywateli i przeprowadzić tam rewizję czy zabrać kogoś naprzesłuchanie.Musiał dopiero postarać się o dowódprzestępstwa a mógł się całkowicie mylić.Dojechali do piaszczystej drogi, zatrzymali się przy mostku. Co robimy, kapitanie? spytał najstarszy z wywiadowców,zwany Cyganem dla czarnych oczu i smagłej cery. Musimy sprawdzić, czy jest ktoś w pracowni krawieckiej wdomu pod lasem.Chodzi mi o krawcową, Helenę Jabłońską.Pracownia mieści się na piętrze, na dole mieszka ktoś inny.%7łeby nie pózna godzina. Ja trochę znam ten dom odparł Cygan. Chodziliśmywielokrotnie po Osiedlu, jak się zdarzały napady na kobiety.Nawet przypominam sobie to nazwisko, bo przy jednymnapadzie krawcowa Jabłońska właśnie przechodziła drogą iopowiadała nam pózniej, że słyszała krzyki.Nicdokładniejszego zresztą nie umiała podać. Przecież nie wy byliście tej nocy, kiedy zabito Ewę Zwietlik rzekł Szczęsny zdziwiony. To była inna grupa. Ja nie mówię o ostatnim napadzie.Jabłońska znajdowałasię na drodze, kiedy zamordowano Karinę Miłosz. Ach, tak! wykrzyknął kapitan uderzony jakąś myślą.Zdaje się, że wszystko się zgadza.Szkoda, gdybym wówczas.no, jednym słowem, nie byłoby następnych napadów.Chyba żesię cholernie pomyliłem. Mogę sprawdzić, czy Jabłońska jest u siebie powiedziałCygan, który zaczynał się domyślać, o co chodzi. Za domem,od strony lasu stoi nieduża komórka, lokatorzy trzymają tamkróliki.Z dachu komórki dojrzę okna pracowni. Dobrze.My się tu zatrzymamy, poczekamy na ciebie.Chyba że wolisz, aby cię ktoś ubezpieczał?Cygan uśmiechnął się. Nie trzeba, kapitanie.Ja nie dziewczyna
[ Pobierz całość w formacie PDF ]