[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zacisnąłusta, gdy przebiegł go miły dreszcz i z nienawiścią pomyślał oswojej impotencji.Jęknął cicho i odwrócił głowę, obserwująckrajobrazy, przemykające za oknem samochodu.- Obiecuję ci, że pewnego dnia - zaczęła cichutko, żebynie usłyszeli jej ochroniarze, zajmujący przednie siedzenie -będziesz szczerze zadowolony, że Maggie nie mogła przyjąćposady.Uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby cięuszczęśliwić.- Naprawdę chcesz się związać z człowiekiem, któregomęskość jest wątpliwa? - Philippe sprawiał wrażeniewystraszonego.- Moim zdaniem za nisko się cenisz, mój drogi - odparłagłosem pełnym emocji.- Wolę twoje pocałunki niż typowyzwiązek z innym mężczyzną.Powoli odwrócił się w jej stronę.Twarz miał poważną,spojrzenie uporczywe i pełne niepokoju.Patrzył na Gretchen zjawną tęsknotą.- To samo mógłbym powiedzieć tobie - szepnął.Oczy jejzabłysły, gdy rozpromieniona wpatrywała się w niego.-Mógłbym się w tobie zakochać na zabój - dodał cicho.- Wiem.A ja w tobie - szepnęła.Philippe znieruchomiałna moment, jakby lada chwila miał nagle machnąć ręką natradycję i obyczajowe zakazy.Pochylił się lekko w stronęGretchen, ale w tej samej chwili auto zarzuciło na zakręcie.Spojrzał w okno i zobaczył długi, wybrukowany kamiennymipłytami podjazd, wysadzany dziesiątkami smukłych palm,zamknięty pałacową fasadą.Philippe sprawiał wrażenie zirytowanego niedawną chwiląsłabości.Wysiadł, nie czekając na Gretchen, gdy tylko kierowcaotworzył drzwi.Bez pośpiechu szła w stronę pałacu, aochroniarz z kucykiem deptał jej po piętach.Wyglądał narodowitego Araba, ale rysy twarzy zdradzały podobieństwo dosłynnego piosenkarza Elvisa Presleya.Ciekawe, jak byzareagował Philippe, gdyby się dowiedział, że nadałaprzezwisko temu osiłkowi.Może z czasem o tym usłyszy.Wnętrze pałacu okazało się równie piękne, jak za-chwycająca fasada.Ceramiczne kafelki posadzki utrzymanebyły w dwunastu odcieniach błękitu.Wszędzie widziało sięłagodnie zaokrąglone łuki, a na podłodze leżały kosztownedywany.Największy podziw Gretchen wzbudziłymonumentalne schody w sieni, rozświetlonej tęczowymblaskiem kryształowego żyrandola.Obróciła się wolno,zafascynowana urodą wnętrza i tak zapatrzyła się w cudownedetale, że wpadła na stojącego za nią mężczyznę.Odwróciła sięnatychmiast i spojrzała w czarne oczy.Nieznajomy patrzył nanią jak drapieżnik na bezbronną ofiarę.Usłyszała głosPhilippe'a, który zwrócił się do niego po arabsku, a potemdokonał oficjalnej prezentacji.- To jest Ahmed, mój stryj, brat ojca.Ahmedzie, oto mojanarzeczona, Gretchen Brannon z Jacobsville w Teksasie.Przez moment z oczu starszego mężczyzny wyzierałajawna nienawiść.- Narzeczona? Niewierna? To.Amerykanka? - Ostatniesłowo zabrzmiało w jego ustach niczym najgorsza obelga.Gretchen wyprostowała się z godnością i już miałaodpowiedzieć, ale nim się odezwała, stanął przed nią Philippe iz pasją przemówił po arabsku do stryja, który skrzywił twarz,ukłonił się pospiesznie, mruknął coś i odszedł.Agenci ochronyposzli za nim.Został jedynie Elvis, który strzegł bezpieczeństwaGretchen.- Uprzedzałem, że nie będzie łatwo - przypomniał łagodniePhilippe.- Ostrzegam, że nie wolno ci się z nim spierać.Jestmuzułmaninem, więc uznałby to za obrazę.- Rozumiem.Możesz być tego pewny.- Westchnęłagłęboko, a Philippe przyglądał jej się z czułością.- Mnie by tonie przeszkadzało, ale lękam się o twoje bezpieczeństwo.StryjAhmed ma ogromne wpływy i spore poparcie na dworze.Pozaojcem i mną jest jedynym krewnym uprawnionym do pełnieniawładzy w tym kraju.Chętnie zostałby szejkiem.- Aha.W takim razie będę uważała, aby nie posłużył sięmną przeciwko tobie.- Moim zdaniem to absolutnie niemożliwe - odparł,mrugając do niej porozumiewawczo i nagle się rozpogodził.-Trudno tak rozmawiać.- Zdjął jej abę, a przy okazji potargałwłosy.Rzucił szatę Elvisowi, ruszył w głąb długiego korytarza ibez słowa dał znak, żeby poszła za nim.- Teraz następnaprzeszkoda - mruknął do siebie.Minęli kolejny łuk, skręcili w boczny korytarz i naglestanęli na progu rajskiego ogrodu.Pomieszczenie wyłożonebyło ceramicznymi płytkami, a w każdym rogu znajdowały siędzwięcznie szemrzące fontanny.Rosło tam mnóstwo palm itropikalnych roślin, przede wszystkim orchidee.Były ich setki.- O Boże! - zawołała Gretchen.- Jakie piękne.Jakiepiękne! - Podeszła do zielonożółtego kwiatu i pochyliła się,żeby go powąchać.Opuszkami palców musnęła delikatnepłatki.- Nie dotykać! - dobiegł z tyłu chrapliwy, ostry głos.Odskoczyła natychmiast, potknęła się i omal nie straciłarównowagi.Starzec w białym stroju zwanym thobe i nakryciugłowy z tej samej tkaniny o nazwie taiga, przyglądał sięintruzom.Był potężnie zbudowany, wysoki i lepiej ubrany niżzwykli ogrodnicy.Jego broda i wąsy były zupełnie siwe.- Cudowne okazy - powiedziała Gretchen, przygładzającpotargane włosy.- Przepraszam, nie powinnam byłapodchodzić, ale uwielbiam kwiaty.Chciałam obejrzeć i dotknąćto cudo, a pragnienie było silniejsze ode mnie.Miałam kiedyśwłasną orchideę.Phalanopis, niedroga i dość popularna.Bardzoo nią dbałam.- Była tylko jedna? - zapytał stary mężczyzna, a Gretchensię zarumieniła.- Brakowało mi odpowiedniego pomieszczenia, żeby jehodować, a nawet gdybym je przygotowała, mogłabym sobiepozwolić tylko na kilka roślin - odparła szczerze.- Stoisz z odsłoniętą twarzą przed mężczyzną, który niejest twoim mężem - oznajmił karcącym tonem i spojrzał na niąspod zmrużonych powiek.- Twoje odzienie jest zniewagąmoich oczu, razi też poczucie przyzwoitości mego brata orazcałej męskiej służby domowej.Philippe wysunął się naprzód i stanowczo, ale zogromnym szacunkiem, powiedział kilka słów do starca, którynie krył zdumienia.- Amerykanka? Bezbożnica z ohydnego gniazdarozpusty?! - krzyknął, wskazując na Gretchen, która wstrzymałaoddech.Co za tupet! Ten ogrodnik za dużo sobie pozwala.Pochwili rozgniewany staruch dodał, obrzucając ją taksującymspojrzeniem: - Na domiar złego ta bezbożnica jest chuda jakszczapa.- Jak pan śmie! - krzyknęła, nim Philippe zdołał jąpowstrzymać.Jej oczy lśniły ze złości jak zielone płomienie.-Zapewniam, że regularnie chodzę do kościoła
[ Pobierz całość w formacie PDF ]