[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ken zaklął,pochwyciłoszczep i począł skakać w dół ze skały na skałę.Już sobie wyobrażałchłopcapochwyconego i rozrywanego przez lwy, zanim on zdążyinterweniowaćswym potężnym głosem i śmiesznie lekkim oszczepem.Zbiegając potknął się i upadł, poderwał i pobiegł znowu. Skręcękark,usiłując obronić tę małą maszynkę do polowania, która jak dotądcałkiemniezle dawała sobie radę bez mojej ochrony." Skoczył ze skały na pas żwiru,ciągnący się wzdłuż skalnego wału.Za tymi kamykami, powstałymi wwynikutrwającej od milionów lat erozji, zaczynała się wysoka trawa.Pas żwirumiędzy skałą a trawą wił się i ciągnął dalej niczym korytarz.Nie dostrzegł nikogo.Tupnął spoconą stopą w bucie.Bolała go kostka, czuł, że bliski jestrezygnacji.Któż by zniósł tę emocjonalną karuzelę? A jeśli hominidzginiew lwiej paszczy.? No cóż, będzie to po prostu pech.Odwrócił się nagle.Chłopak stał tuż za nim, mrużąc jedno oko niemal tak, jakbyporozumie-wawczo mrugał.Ken odrzucił oszczep i wyciągnął ku niemu ramiona,gotówpociągnąć go z powrotem w jakieś pozornie bezpieczniejsze miejsce, alebezpieczeństwo mogło im zapewnić tylko dalsze wspólne działanieprzeciwkoniespodziankom dzikiej przyrody.Chłopiec pobiegł żwirowatym korytarzem, zatrzymał się jednakna230 moment i machnął ramieniem w kierunku niemal prostej ścianyskalnej, dającKenowi znak, że tamtędy muszą ominąć lwy.I znowu ruszył biegiem.Była to chytra zmiana terytorium i Ken zrozumiał, że kipiącyenergiąchłopiec gotów jest do polowania. Zgoda, Długopalcy  wydyszał. Chodzmy złapać coś naobiad.Albo sami staniemy się obiadem dla zwierząt, które bardziej niż myzasługująna to, by przekazać potomstwu swoje geny.Dwa lwy nigdy dotąd nie podeszły tak blisko pasma Mau.Zbliżałysię doniego bez przerwy już od ponad tygodnia.Starszy kulał wskutek ranyodniesionej w czasie walki z broniącą swoich młodych lwicą.Chorałapaograniczała tempo ich marszu, lecz mimo to samice, za którymi sięskradałylwy, nie mogły im umknąć, gdyż obarczone były młodymi.Częśćlwiątekliczyła sobie zaledwie dwa tygodnie.To wielkie stado składało się w istocie z dwóch stad, którepołączyły się powielokrotnych atakach samców na młode.Obie osłabione grupy zlałysię w jedną.Lwice nie ustaliły w niej wyraznej hierarchii ani taktyki zespołowychdziałań.Gdyby wystąpiły solidarnie przeciw obu samcom, powstrzymałybyich,nie było jednak wśród nich zgody.Samice, które straciły młode,stanowiłysłabe ogniwo  instynkt już zaczynał je przynaglać do macierzyństwa.Falepodniecenia płciowego pulsowały im we wnętrzu narządówrozrodczych,kiedy tak szły kołyszącym się krokiem przez wysokie trawy.Podfalującymiogonami poczynały się tworzyć małe czopy śluzu, roztaczając zapachzachęcający do kopulacji.Dla samców oznaczało to określony sygnał,więcsię nie spieszyły.Oba lwy niewiele jadły przez ostatnie dwa tygodnie, toteżwyglądałybardzo marnie.Sierść miały matową, oczy zmrużone i pozbawioneblasku.Zazwyczaj lśniące ciemne wargi były teraz spękane.Równieniecierpliwiewyczekiwały pokarmu, co okazji do pokrycia samicy.Z chęcią zżarłybylwią część zdobyczy upolowanej przez szybkonogie, skoczne i wytrwałesamice. Lwia część" to w istocie część łupu dla samca.W społecznościtychdrapieżników nie ma ani rozleniwionych samic, ani pracowitychsamców,chyba że ci ostatni zdani są na samych siebie.Tak więc dwaj lwi rozbójnicy posuwali się naprzód, samice zaśustawiczniesię cofały.Owego dnia, kiedy tylko horyzont poszarzał wraz z nadejściemświtu, obasamce poczęły ryczeć, zmuszając lwice, by wstały i popędziły swojemłodedalej.Wówczas lwy zamilkły i podążyły w ślad za stadem w mgłę, wktórejmogły upolować oddalające się od reszty lwiątka.Lwice kontrolowały wzrokiem swoje małe.Tracąc je z oczu wemgle,zatrzymywały się i nerwowo miotały usiłując odnalezć lwiątka, którezaskoczone i wystraszone  miauczały, kichały i nieuchronniezaczynałyzostawać w tyle, gubiąc się.231 Samce podkradały się bliżej, czujnie nastawiając puszyste uszy.Kiedyusłyszały miauczenie młodych, pędziły ku łakomym kąskom poprzez falująceopary, szczerząc wielkie zębiska i błyskając czujnie żółtymi ślepiami w obawieprzed matkami.Tego dnia na czele patrolu zabójców kuśtykał kulejący weteran, dzwigającswoje ponad czterysta funtów żywej wagi.Pomrukiwał basowo na młodegosamca, który wykonywał dobrą robotę, przepłaszając samice zapachemi rykiem.Stary lew zmrużył oczy i spojrzał na niebo.Słońce zaczęłoprzeświecać przez mgłę, a to oznaczało, że na polowanie pozostało zaledwieparę minut.Znieruchomiał do chwili, gdy usłyszał pomrukiwania dwóch zabłąkanychlwiątek.Ziewnął, obnażając grozne siekacze, długie na pięć cali.Oblizał wąsybrązowawym jęzorem i legł płasko w trawie z wyciągniętymi łapami.Zacząłsię czołgać.Rozchylał łapą trawy, aż natrafił na zaledwie parotygodniowelwiątko.Była to mała samica o krótkiej szyi, nakrapianej sierści i krótkimwęzlastym, ostro zakończonym ogonie.Spostrzegła wielką łapę, ale nie pojęła, co to takiego.Aapa była niemaltak duża, jak ona, i wyglądała całkiem niegroznie.Mała lwica o ślepkachlśniących niczym kuleczki rtęci wyciągnęła ostrożnie łapkę, stanęła na nogii skoczyła na wielką łapę, tnąc radośnie ogonkiem zamglone powietrze.Potężny samiec opuścił błyskawicznie głowę niby potężny młot, obaliłzwierzątko na trawę, łamiąc mu kręgosłup.Lwiątko zakwiliło po raz ostatni.%7łółte zęby wbiły mu się w kark, niczym tasak w płat mięsa, i cofnęłyociekając krwią [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl