[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ów ktoś zatrzymał się za osłaniającym ją murkiem, widziała czarną sylwetkę na tle nieba, jedną ręką usunął jakiś kamień, który uchylił się jak drzwiczki, drugą uniósł w górę klamkę.W tym momencie chmury odsłoniły księżyc i na jego twarz padło światło.Zamarł tak, oświetlony księżycowym blaskiem, z rękaw górze, klamka złociście połyskiwała… Lucyna nie rozróżniła rysów tej twarzy, doskonale natomiast widziała jej wyraz.Był to wyraz tak śmiertelnej zgrozy, nieludzkiego przerażenia, dzikiej trwogi, że w Lucynie nagle coś pękło.Odzyskała zdolność ruchu i poderwała się, żeby też, do diabła, spojrzeć na to coś za kamieniem… I obudziła się.Chwilę leżała, odzyskując równowagę i odtwarzając w pamięci koszmarny sen, w którym właściwie działo się niewiele, a to, co się działo, było zaledwie średnio wstrząsające.Skradał się i zamierzył klamką, wielkie rzeczy.Okropność polegała na nastroju, na atmosferze, na świadomości, że widok tego czegoś za kamieniem zapierał dech… Być może odwróciłaby się na drugi bok i zasnęła ponownie, gdyby nie to, że nagle przypomniał jej się inny sen, sprzed lat.Mieszkała wtedy w wynajętej willi z ogrodem otoczonym siatką.Pokój miała na piętrze i przyśniło jej się, że ktoś wszedł do ogrodu przez furtkę.Przeszedł ogród, wszedł do domu, zaczął wchodzić po schodach na górę.Wyraźnie widziała, jak wchodzi na podest, cicho zbliża się do drzwi jej pokoju, wyciąga rękę, ujmuje klamkę.Obudziła się i już w momencie budzenia odruchowo zapaliła nocną lampkę.I ujrzała, teraz już na jawie, jak drzwi jej pokoju powolutku się uchylają.Na moment zamarło wszystko, i Lucyna, i drzwi, i prawdopodobnie ten ktoś za drzwiami.Potem Lucyna zerwała się z łóżka, chwyciła szlafrok i zapalając kolejno wszystkie światła, wyskoczyła do holu.Nikogo tam nie było.Sprawdziła cały dom, drzwi wejściowe były zamknięte, pogasiła zatem światła i poszła spać.Nazajutrz zaś w blasku słońca okazało się, że od furtki do okna werandy prowadzą przez grządki świeże ślady męskich stóp, tam i z powrotem… Pod wpływem tego wspomnienia teraz nie wytrzymała.Czego jak czego, ale braku odwagi nigdy nie można jej było zarzucić.Wstała cichutko, włożyła szlafrok i ranne pantofle, i zeszła na dół.Zaczynało już świtać, coś niecoś było widać.Przeszła przez podwórze, obeszła oborę, zbliżyła się do ruinki i skierowała ku wyśnionemu miejscu.I zobaczyła, co tam było… Obudziłam się, bo coś mnie szarpało za ramię.W szarym świetle wstającego poranka ujrzałam nad sobą twarz Lucyny.– Obudź się, wstawaj prędzej – szeptała.– Nie wiem, co zrobić, bo milicja nie pozwala nic ruszać, nie należy zadeptać śladów, nie wiem, jak to powiedzieć twojej matce i Teresie, niech Jadzia może odwali ten serwis fotograficzny.W ogóle wstań i zobacz sama, nie wiem, czy nie mam halucynacji, rusz się, tylko cicho, trzeba się zastanowić.Byłam absolutnie pewna, że musiała przed chwilą oszaleć, wstałam więc czym prędzej, żeby jej nie rozdrażnić.Rozdrażniona mogłaby mnie budzić siekierą.Lucyna popędzała mnie gestami, szepcząc dalej.– Zdaje się, że mamy nowego nieboszczyka, ciekawa jestem, czy też ma nasze adresy, ktoś musi chyba go pilnować, trzeba ich zawiadomić, zanim cała wieś się obudzi, prędzej, bo jeszcze go kto ukradnie i znów będzie na mnie, że sobie wymyśliłam… W tym momencie na zewnątrz rozległo się przeciągłe, posępne, przejmujące psie wycie.Pistolet Franka informował, że coś mu się wydaje nie w porządku.Po krótkiej chwili przyłączyła się do niego cienko i żałośnie suka sąsiadów, Malwa.Śpiąca pod przeciwległą ścianą Teresa poruszyła się i westchnęła.Lucyna pociągnęła mnie za rękę.– Prędzej! – syknęła i popędziła ku drzwiom.Rzuciłam się za nią nieco zachwiana w przekonaniu o jej szaleństwie.– Możesz powiedzieć, o co chodzi? – spytałam niespokojnie na schodach.– Sama zobaczysz.Prędzej! Trzeba uciszyć te psy.Pistolet siedział za oborą, uniósł łeb i wył z takim zapałem, jakby już dawno z utęsknieniem czekał na okazję.Lucyna przepędziła go groźnym szeptem, energicznie tupiąc.Wyły już co najmniej cztery psy.– Rozumiem, że wywęszyły twoje znalezisko – rzekłam smętnie.– Nie damy im rady.Co to jest i gdzie? – Diabli nadali te psy… Tam.Idź i zobacz.Tam, gdzie było rozgrzebane.Ruszyłam już ku ruince, ale zatrzymałam się.– Zależy ci na moim wstrząsie? – spytałam podejrzliwie.– Jeżeli znalazłaś tam prawdziwe zwłoki, niech się przynajmniej nastawię! – Wstrząs by ci się przydał, prędzej oprzytomniejesz.Owszem, prawdziwe zwłoki.Świeże i w niezłym stanie.Ludzkie.Nieufnie, otumaniona nieco wszystkim razem: wczesną godziną, psim wyciem i gadaniem Lucyny, zbliżyłam się do ruinki i rzeczywiście… Oprzytomniałam w mgnieniu oka.W miejscu gdzie poprzedniego dnia szukałam klamki, leżał sobie najprawdziwszy w świecie trup.Nie znam się specjalnie na trupach, ale jeżeli ktoś ma rozbitą głowę i patrzy w niebo nieruchomymi oczami, musi być trupem.Odetchnęłam głęboko, zebrałam całą siłę ducha i mężnie przyjrzałam mu się z możliwie największą dokładnością.– No? – powiedziała z triumfem stojąca tuż za mną Lucyna.– I co ty na to? Zabrzmiało to tak, jakby go sama zabiła, i to po długich staraniach, a teraz oczekuje pochwały.Na razie nie wiedziałam, co ja na to.Cofnęłam się, bo widok nie wydawał mi się cudownie piękny.– Jesteś pewna, że już mu nic nie pomoże? – spytałam trochę niemrawo.– Absolutnie – odparła Lucyna spokojnie i również cofnęła się kilka kroków.– Ostatecznie, byłam kiedyś pielęgniarką.Sprawdziłam.Zabity na amen.– Ty go utłukłaś? Rozkopywał ruinkę? – Zwariowałaś? Obudź się wreszcie! Ja go tu znalazłam.Przed chwilą.Trzeba teraz coś zrobić.– Ale się Teresa ucieszy! – powiedziałam mimo woli.– Pewnie, że trzeba.Trzeba zawiadomić milicję.– Słuchaj, a może by go przedtem obszukać? Jeżeli znów ma nasze adresy, będzie draka.– No przecież nie ukradniesz mu, nawet jeżeli ma! Dopiero wtedy byłaby draka! Poza tym ja nie szukam.Szkoda, że nie ma Marka.Lucyna spojrzała na mnie, jakby tknięta nową, odkrywczą myślą.– Jak szybko mogłabyś go tu ściągnąć? – spytała pośpiesznie.– Bo chyba teraz już się bez niego nie obejdzie? – Trzy godziny – odparłam, kiwając potakująco głową.– Ale zacząć musimy od milicji.– Szkoda! Spróbowałabym dopilnować, żeby przez trzy godziny nikt go nie zobaczył, gdyby nie te psy.Wiedziałam, że coś tu się musi przytrafić, ale nie byłam pewna co i nie przypuszczałam, że tak szybko.Ciekawe, czy to on robił śmietnik, czy ten, kto go zabił
[ Pobierz całość w formacie PDF ]