[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zdaje się, że gabinet Andrewsa to ten narożny pokój naparterze, prawda? Jak widzę, stoi przed nim duży świerk.Jeżeliwięc Andrews ze swym gościem ulokują się właśnie tam pokolacji, co wydaje mi się dość prawdopodobne, będziecie mieliułatwione zadanie obserwacyjne.W pewnej chwili jedno z nichmoże wyjść z domu.Jeśli skieruje się w stronę morza, dajcie misygnał pojedynczy, jeśli zaś w stronę gościńca - podwójny.Wysami nie przerywajcie tymczasem obserwacji osoby pozostałejw pokoju aż do chwili, kiedy ja dam wam sygnał.Wtedybędziecie mogli iść już spokojnie na zasłużony odpoczynek.Czywszystko jest jasne?- Oczywiście - skinął głową Robbes.- W takim razie, do usłyszenia, sierżancie.- Do usłyszenia, Mister Brent.Tymczasem zmrok pogłębił się znacznie i w kilku oknachniewidocznego już teraz domu zapłonęły światła.Nikły blaskprzesączał się przez korony drzew potęgując wrażenieciemności otaczającej rozmówców.Fosforyzowane wskazówkizegarka Brenta wskazywały za kwadrans ósmą.James odwróciłsię i ruszył w stronę gościńca.Jak dotąd, wszystko przebiegałozgodnie z jego oczekiwaniami.Odczuwał narastające z każdą chwilą podniecenie.Jeszczedwie godziny i sprawa się wyjaśni.Musi się wyjaśnić - był tegopewien.Pogrążony w swych myślach nie zauważył nawet, jak szybkominęła godzina marszu, i wyszedł na rynek Rottenbury.Podziesięciu minutach siedział już za kierownicą swego Morrisa.Droga powrotna do Seaside Garden wraz ze znalezieniemmiejsca na zaparkowanie samochodu na skraju zagajnika zajęłamu następny kwadrans i o dziesiątej dziesięć James schodziłznów stromą ścieżką ku morzu szumiącemu teraz jakby niecosilniej niż w dzień.Przeszedł jeszcze kilkanaście kroków potwardej nawierzchni i zatrzymał się.Małe wgłębienie w skalena idealnej wprost wysokości zdawało się zapraszać dospoczynku jak fotel klubowy.Usiadł.Wszystko już byłoprzemyślane, obliczone i sprawdzone.Teraz należało tylko czekać, aż aktorzy dramatu, któregotreść i znaczenie James Brent już odgadł, dograją do końcaswoje dzisiejsze role.Do końca? No, niezupełnie.Po to tuwłaśnie był, żeby zmienić nieco finał rozgrywającej się odsłony.Ponury finał, którego treścią miała być czyjaś śmierć.Na razie jednak nikt oprócz Brenta nie wiedział, co się stanie,nim minie godzina.Ofiara nie zdawała sobie sprawy z tego, żemiała umrzeć jeszcze tego wieczoru, zaś mordercy na pewnonie przyszło do głowy, że ktoś mógł zawczasu przewidzieć ipokrzyżować jego plany.Zapałka spadła świetlistym łukiem ku morzu i zgasła, zanimdotknęła jego niespokojnej, wzbierającej coraz wyższymi falamipowierzchni.Głęboko zaciągnąwszy się nie wiadomo jużktórym papierosem, James spojrzał znów na tarczę swegozegarka.Dziewiąta trzydzieści.Zaczynał się przypływ.Wwyobrazni mężczyzny pokazała się na chwilę twarz spotkanegowczoraj starego rybaka, by ustąpić zaraz innej, należącej doosoby, której tu oczekiwał.Teraz była to już tylko sprawaminut.Prawdopodobnie niewielu.Odrzucił dopalającego się papierosa i wstał ze swegokamiennego fotela.Lekko oparty o skalistą ścianę i zwróconytwarzą ku opadającemu zboczu wpatrywał się w biegnącą ponim z góry ścieżkę.Nagle dobiegł go nieco stłumiony przezwciąż wzmagający się szum morza, lecz mimo to wyrazny głospuszczyka.Nocny ptak odezwał się raz i zamilkł.Jamesmocniej przywarł do skały, nie spuszczając wzroku ze ścieżki.Po chwili usłyszał czyjeś lekkie, szybkie kroki i na zboczuzamajaczyła jasna sylwetka młodej kobiety.Maureen Denverley prawie biegła.Gdy dzieliło ich już tylkokilka yardów, Brent oderwał się od skały i zastąpił jej drogę.Dziewczyna krzyknęła i zatrzymała się gwałtownie.Cofnęła sięo krok i wtedy w stojącym naprzeciw niej mężczyznierozpoznała Brenta.W blasku księżyca James wyraznie zobaczyłjej najpierw przerażone, a teraz rozszerzone zdumieniem oczy.- Ależ mnie pan przestraszył - powiedziała drżącym niecogłosem.- Nie spodziewałam się tu spotkać nikogo.Brent zaśmiał się cicho.- No, na pewno nie spodziewała się pani ani tego, ani teżwielu innych rzeczy, które trzeba będzie jeszcze wyjaśnić.Oczywiście teraz nie czas ani miejsce na takie rozmowy.Narazie wystarczy pani mocnych wrażeń, które sądząc pośladach wzburzenia, widocznych na pani twarzy, nieograniczają się tylko do naszego nagłego spotkania.Kilkadziesiąt yardów stąd stoi mój samochód, którym wrócimyzaraz do Londynu.Proszę dać mi teraz rękę i iść za mną -powiedział James i pociągnął Maureen za sobą, nim zdołałapowiedzieć choć słowo.Po paru minutach byli już w samochodzie.Szybko, ale uważnie przyjrzał się James siedzącej obok niegodziewczynie.- Nie wygląda pani jeszcze najlepiej.W bagażniku mamświetne lekarstwo, które na pewno pani pomoże.Obszedł samochód i otworzył klapę bagażnika.Zanim jednakzajrzał do środka, popatrzył jeszcze raz w kierunku SeasideGarden.Oczywiście, Robbes mógł już zwinąć swój punktobserwacyjny.Znów rozległ się głos puszczyka.Szybki odzew potwierdziłprzyjęcie sygnału.James schylił się i ze stojącego po lewejstronie pudełka wyciągnął niedużą, płaską butelkę.Zamknąłbagażnik i wrócił na swoje miejsce.Teraz otworzył schowek polewej stronie kierowcy, wyjął zeń małą, prostą szklaneczkę inalał do niej z butelki trochę złotawego płynu.- Proszę to wypić duszkiem - powiedział podając Maureenszklaneczkę.Dziewczyna zakrztusiła się nieco, ale posłusznie wypiła całązawartość.- To koniak! - stwierdziła ze zdumieniem.- Zgadza się.Zaraz poczuje pani jego dobroczynne działanie.Teraz już możemy jechać.Brent włożył kluczyk do stacyjki i zapuścił silnik.Ruszyli.Odczasu do czasu James odrywał wzrok od smugi wpadającegopod koła asfaltu i spoglądał na twarz swej towarzyszki.Policzkidziewczyny zabarwiły się wreszcie lekkim rumieńcem, a oczystraciły specyficzny wyraz będący mieszaniną przestrachu,nieufności i nerwowego napięcia.- Widzę, że czuje się pani już lepiej, prawda?- Och, tak.Znacznie lepiej.Dziękuję panu bardzo.Czy.-zawahała się chwilę.- Czy mógłby mi pan powiedzieć, skąd siępan wziął na tej ścieżce?- Oczywiście, że mógłbym i na pewno odpowiem pani na topytanie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]