[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nikt nie przeka\e dalej waszych nazwisk, nie opisze waszych twarzy, waszegowyglądu, waszej mowy.Nikt te\ nigdy nie usłyszy tych informacji z ust zgrzybiałego,plotącego trzy po trzy starca.Kilku gości zaprotestowało łagodnie, \e to jednak nierealne.Tego dnia w VillaMatarese było wiele słu\by, do tego jeszcze muzycy, dziewczęta.Padrone podniósł dłoń.Nie dr\ała, a w jego oczach płonął dziwny ogień.- Wska\ę wam drogę - rzekł.- Nigdy nie wolno wam cofać się przed przemocą igwałtem.Musicie uwierzyć, \e są wam tak konieczne do \ycia jak powietrze, którymoddychacie.Konieczne do \ycia, konieczne do prowadzenia waszego dzieła.Opuścił dłoń, a wtedy spokój i przepych Villa Matarese zakłóciły strzały i krzykiginących.Zaczęło się od kuchni.Doleciał stamtąd huk wystrzałów, brzęk tłuczonego szkła,stukot przewracanych sprzętów.Po chwili w drzwiach wielkiej sali ukazało się kilkuociekających krwią słu\ących, padli jednak od kul, nim dobiegli do stołu.Kolejne strzałydoszły z ogrodu.Najpierw muzyka ucichła i zastąpiły ją glosy błagające o litość;odpowiedziała im palba.Następne, najbardziej przejmujące odgłosy rozległy się na piętrze; piski przera\enia, mordowanych wieśniaczek z okolicznych wzgórz.Młode dziewczęta, prawiejeszcze dzieci, które zaledwie przed kilkoma godzinami na rozkaz Guillaume'a de Matarese'adały się pozbawić dziewictwa obcym mę\czyznom, teraz - równie\ na rozkaz padrone - ginęłyod kul.Przylgnęłam do ściany, ukryta na balkonie, nie wiedząc, co robić; dygotałam zprzera\enia na całym ciele - wcześniej nawet nie wyobra\ałam sobie, \e mo\na się takpotwornie bać.Strzały umilkły i nastała cisza, jeszcze straszliwsza od poprzedzających jąwrzasków, gdy\ oznaczała, \e wszyscy ponieśli śmierć.Nagle usłyszałam tupot - biegło trzech lub czterech mę\czyzn; nie widziałam ich, leczwiedziałam, \e to oni zabijali.Pędzili w dół po schodach; wtem usłyszałam trzaskotwieranych drzwi, jednych, drugich, i pomyślałam:  O Bo\e, szukają mnie! Ale nie.Zbieglina parter, po czym ich kroki ucichły w oddali; chyba pognali w stronę północnej werandy, alenie byłam pewna, bo wszystko działo się tak szybko.W wielkiej sali czterej goście siedzielioniemiali, zupełnie bez ruchu, jakby szok i gorejące oczy padrone przykuły ich do krzeseł.Nagle ponownie rozległy się strzały - to pewnie ostatnie, jakie usłyszę przed własnąśmiercią, pomyślałam wtedy.Trzy strzały, tylko trzy, którym towarzyszyły rozdzierające krzykiZrozumiałam.Czwarty morderca, który otrzymał odrębne rozkazy, zabił pozostałych trzech.Znów zaległa cisza.Wszędzie pachniało śmiercią, śmierć tańczyła po ścianach wmigoczącym blasku świec, które płonęły w wielkiej sali.Padrone ponownie przemówił dogości.- To ju\ koniec - rzekł.- A właściwie prawie koniec.Poza jednym człowiekiem, któregowięcej nie zobaczycie na oczy, nie \yje nikt.Ten człowiek zawiezie was powozem zzasłoniętymi oknami do Bonifacio, gdzie przyłączycie się do innych przybyszów upijającychsię w karczmach, a rano wmieszacie się w tłum pasa\erów odpływających parowcem doNeapolu.Macie kwadrans, \eby spakować rzeczy i wrócić tu na dół.Niestety, słu\ba niezniesie wam baga\y.Jeden z gości odzyskał glos.- A co z tobą, panie? - spytał niemal szeptem.- Zamierzam ofiarować wam moje \ycie.Niech to będzie dla was lekcja.Zapamiętajciemnie! Jestem drogą, po której macie kroczyć, a wy jesteście moimi uczniami! Zniszczciekorumpujących i skorumpowanych! - Krzyczał jak szaleniec, a jego głos niósł się po pałacupełnym śmierci - Entrare! - ryknął na koniec. Otworzyły się drzwi wiodące z północnej werandy i na salę wszedł mały chłopiec,pasterz ze wzgórz.Trzymał oburącz pistolet; broń była dla niego zbyt cię\ka.Podszedł dopadrone.Guillaume de Matarese zwrócił oczy do nieba i krzyknął takim głosem, jakby rzucałwyzwanie Bogu: - Róbcie jak wam przykazałem! Niewinne dziecko da wam przykład! Pasterzpodniósł cię\ki pistolet i strzelił prosto w głowę Guillaume a de Matarese'a.Staruszka umilkła, jej niewidzące oczy zaszły łzami.- Muszę odpocząć - oznajmiła.- Chcemy zadać pani kilka pytań - powiedział cicho Taleniekow, który siedział nakrześle sztywno wyprostowany, z napięciem przysłuchując się staruszce.- Chyba tozrozumiałe, madame.- Pózniej - rzekł Scofield.16.Słońce wyłoniło się zza pobliskich szczytów, zalewając swoim blaskiem niedu\ądolinę i rozpraszając unoszące się nisko nad ziemią opary mgły.Taleniekow znalazł herbatę iza pozwoleniem staruszki zagotował wodę na piecu.Popijając herbatę, Scofield wpatrywał się przez okno w płynący rześko potok [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl