[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zaproponowałem więc, \eby się ze mną wybrał, a on powiedział, \e jest zajęty inie da rady.Zajęty!Jezu, szwendał się po mieszkaniu przez cały dzień i nie robił nic.Nie pofatygował się nawet, \eby zdjąć pi\amę albo się ogolić.Wyglądał z tą brodą jak eremita na pustyni.Mając takie dzieci z trudem pewno mo\esz pojąć, co czułem, ale mówię ci, byłomi tak, jakbym pił kwas dzień po dniu, rok po roku.I jeśli myślisz, \e ona dała mi spokój, kiedy wyniosła się z domu i pojechałado Europy, to mylisz się setnie.Bombardowała mnie listami pełnymi ró\nego rodzaju grózb i oskar\eń, inajgorszego typu plugastw, nie masz wprost pojęcia, jakiemu zwyrodnieniu uległumysł tej damy, to wprost kloaka, tak właśnie, kloaka.Gdyby władze pocztowe kiedykolwiek otworzyły któryś z listów, zaaresztowano byją za wysyłanie pocztą obscenicznych materiałów.Na początku jej odpisywałem, próbując przemówić do rozsądku, niestety, niezdało się to na nic.Czy mo\esz sobie wyobrazić, nawet w najdzikszym śnie, \e kwiat nowojorskiejsocjety, absolwentka modnej prywatnej szkoły przygotowawczej dla dziewcząt wSzwajcarii będzie pisać własnoręcznie do swego mę\a i ojca jej dzieci, \e jestzasranym kutasem, gównojadem i kłamcą i nale\ałoby mu odciąć jaja, i wsadzić dogęby na kolację?W końcu zacząłem wyrzucać te listy, nawet ich nie otwierając, i dałem znać, \enie podejdę do telefonu, jeśli zadzwoni.Poczekaj, niech no się dowiem, kto z mojej kancelarii jej zdradził, \epojechałem do Tours!Ktokolwiek to był, zostanie wylany w takim tempie, \e zabraknie mu tchu wpiersiach, postaram się te\, \eby nigdy więcej nie znalazł posady jako prawnik.Nagle Hazen przestał spacerować po pokoju.Padł bezwładnie na fotel, z trudem łapiąc powietrze, czerwony na twarzy, izaczął szlochać.Strand oparł się plecami o ścianę, \eby nie stać na drodze temu masywnemumę\czyznie miotającemu się niczym oszalały słoń po miłym pokoju ze starymiprowansalskimi meblami i tapetami w kwiaty.Stał jak przykuty do miejsca, patrzył szeroko otwartymi oczami, zgorszony,pełen litości, bezradny, przera\ony, udręczony, podczas gdy ów potę\ny mę\czyznawyrzucał z siebie w szalonym potoku słów swoje winy, swoją nienawiść, swojeunicestwione nadzieje.Przez dłu\szą chwilę Strand nie mógł wydobyć głosu ani zdobyć się nawyciągnięcie ręki w przyjacielskim geście czy te\ by ratować tego człowieka,który, jak czuł, nigdy ju\ mo\e się nie uratuje, mo\e na jego oczach wpaść wmanię tak zgubną jak mania tamtej kobiety i przez nią spowodowaną.Oto płacę za lato, pomyślał.Dlaczego ja?Po czym zawstydził się tej myśli.- Proszę cię - odezwał się.- To ju\ minęło.- Nic nie minęło - zaprzeczył Hazen.Jęczał teraz zduszonym, niesamowitym sopranem.- To nigdy nie minie.Wyjdz stąd.Proszę cię.Wybacz mi i wyjdz stąd.- Ju\ wychodzę - zapewnił Strand, zadowolony, \e mo\e opuścić ten pokój, uciecod odgłosów zgryzoty Hazena.- Powinieneś wziąć jakiś środek uspokajający albo nasenny.- Nie mam nic z tych rzeczy przy sobie.Pokusa byłaby zbyt wielka - powiedział Hazen nie podnosząc oczu, lecz niecospokojniejszym tonem.- Ja bym ci coś zaaplikował.Jedną pigułkę.- Jedną pigułkę.- Hazen zaśmiał się ochryple.Strona 123Shaw Irvin Chleb na wody płynące- Istnieje na to lekarstwo.Cyjanek.Dziękuję ci.I idz ju\.- W porządku.- Strand ruszył w stronę drzwi.- Gdybyś mnie potrzebował w nocy, zadzwoń.Hazen podniósł ku niemu wzrok, oczy miał czerwone, usta dr\ące.- Wybacz mi, przyjacielu - rzekł.- Nie martw się, nic mi nie będzie.Nie zadzwonię.Strand opuścił pokój i poszedł korytarzem do siebie, czując się słaby iwypompowany.Więzniowie Katarzyny Medycejskiej nie byli jedynymi osobami, które w dolinieLoary poddawano publicznym torturom.Leslie nie zamknęła drzwi, więc wszedł do środka.Paliła się jedynie mała lampka, Leslie le\ała w łó\ku, spała, lekkopochrapując, co jej się zdarzało tylko w czasie choroby.Rozebrał się po cichu, ale ona nawet przez sen wyczuła jego obecność iotworzyła oczy.Ju\ miał poło\yć się do swego łó\ka, kiedy wyciągnęła ku niemu ramię.- Proszę - szepnęła - dzisiaj.Wahał się, choć tylko przez sekundę.Jeśli bywa odpowiedni moment na przytulenie się dwu ciepłych, drogich sobie,znajomych ciał, to właśnie nadszedł.Zrzucił pi\amę i poło\ył się obok \ony.Le\ał obejmując ją na wąskim łó\ku.- Nie mów nic - mruknęła.- Ani słowa.- Zaczęła go delikatnie pieścić.Potem się kochali, powoli, bezgłośnie, pozwalając, by po\ądanie i wdzięczność,wspaniały dar miłości - zaspokojenie seksualne - przesłoniły chaos tej nocy.Ona zasnęła natychmiast potem.On le\ał, nie mogąc usnąć, serce - nagle niezale\na i niesforna część jegociała - waliło mu dziko.Nie, pomyślał, to nie mo\e, nie powinno być za du\o.Siłą woli usiłował opanować grzmot odczuwany w piersi, lecz serce nadal biłonierówno, sterowane przez swoją własną złowieszczą sygnalizację.Mimo wszelkich wysiłków jego oddech stawał się coraz głośniejszy, świszczący ipoczuł, \e zaczyna się dusić.Niepewnie wstał z łó\ka, potknął się w ciemnościach, usiłując dotrzeć dołazienki, gdzie znajdował się neseser z przyborami do golenia i pastylkaminitrogliceryny.Zawadził o krzesło, runął z jękiem i nie mógł się podnieść z podłogi.Aoskot obudził Leslie i w chwilę potem pokój zalało światło, bo zapaliła lampę.Wyskoczyła z okrzykiem z łó\ka, przybiegła, uklękła obok niego.- Moje lekarstwo.- wyszeptał łapiąc powietrze.Zerwała się z klęczek, pognała do łazienki.Widział, jak zapala się światło, słyszał brzęk buteleczek, lecącą wodę.Podciągnął się na podłodze, udało mu się siąść, oprzeć się plecami o krzesło.Leslie przyklękła znowu przy nim, przytrzymała mu głowę, wkładając pastylkę doust i przychylając szklaneczkę z wodą.Wypił łapczywie, czując, jak woda spłukuje pastylkę w przełyku.Próbował uśmiechnąć się uspokajająco.- Nic mi nie będzie - zapewnił.- Nie mów.Nagle świszczący oddech zaczął ustępować.Atak, jeśli to był atak, minął.- No widzisz!- rzekł.Podniósł się, zachwiał lekko.- Zimno mi, muszę wrócić do łó\ka.- Czuł się głupio stojąc nago.Podprowadziła go do łó\ka, padł na nie.- Czy chcesz, \ebym wezwała lekarza?- Nie ma potrzeby.Chcę po prostu spać.Strona 124Shaw Irvin Chleb na wody płynącePołó\ się obok, zgaś światło i obejmij mnie.Wahała się przez moment, po czym odstawiła szklankę i buteleczkę z pastylkamina stolik nocny, zgasiła lampę i poło\yła się koło niego.Rano po obudzeniu czuł się dobrze.Przyło\ył rękę do piersi i z zadowoleniem skonstatował, \e ledwie mo\e wyczućpod \ebrami rytmiczne, spokojne uderzenia serca.Jedli właśnie śniadanie, kiedy zadzwonił telefon.Leslie poszła go odebrać.Gdy tak stała w szlafroku przy stoliku, na którym znajdował się aparat,wyglądała w porannym słońcu świe\o i młodo, a długie włosy opadały jej naramiona.Patrzył na nią i zdumiewała go odporność rodu niewieściego.- Oczywiście, Russell - powiedziała.- Doskonale rozumiem.Nie martw się, będziemy gotowi za godzinę.- Odło\yła słuchawkę, wróciła do stołu i posmarowała masłem kawałek rogalika.- Wracamy dzisiaj rano do Pary\a - oznajmiła.- Wyobra\am sobie, \e dolina Loary straciła dla naszego gospodarza wiele zeswego uroku.- Jaki ma głos?- Normalny.A jaki był wczoraj w nocy?- Spojrzała na niego znad krawędzi fili\anki z kawą.- Lepiej nie pytaj
[ Pobierz całość w formacie PDF ]