[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.LRTWszystkie jego słowa zostały zamknięte w tym drugim zestawie pudeł,stojących na dole.Zapakował do nich książki i papiery, żeby je spalić.Uśmiechnął się lekko.Podobał mu się pomysł podziału życia na dwieczęści.Książkowe życie uczonego zostało odseparowane od życia zapa-kowanego w pudła na strychu, tej szczątkowej kolekcji przeżyć i uczuć.Przesunął zimnymi dłońmi po ciele, poczuł kościste ramiona, gładkąłysinę, członka i jądra pomyślał o ich krótkim wysiłku przy płodzeniusyna.Próbował się martwić, co Midas o nim pomyśli.Nie pofatygował się,żeby pomyśleć o Evaline bez wątpienia znalazła innego mężczyznę,tego który przysyłał jej martwe ważki.Ale chciał się pomartwić o chłop-ca.Tylko że.przy każdej próbie czuł ostrą szklaną gwiazdę wbijającą sięprzeponę, krew z trudem przeciskającą się przez żyły.Przestraszył się,wiedział, co się stanie z jego ciałem.Przeprowadził własne badania.Niechciał zostawić spetryfikowanego posągu, żeby inni się na niego gapili.Wreszcie zaczął: Kochany Midasie", a pisząc, poczuł, że inne słowa,te najważniejsze, spływają wzdłuż ramienia do ręki z piórem, jakby dwapierwsze były czopem powstrzymującym potok wyznań.Już nie wiedział, czy Midas, do którego pisze, to jego syn czy on sam,czy jakiś amalgamat pokoleń.Od czasu do czasu zastanawiał się, czy mo-że pisze do Evaline albo do swojego łagodnego ojca, z którym zerwał wtak nieprzyjemny sposób.A może do surowej matki albo kogoś, kogojeszcze nie poznał: do potomków syna lub do synowej, których nigdy niezobaczy.Jedno było pewne nigdy czegoś takiego nie pisał: zwierzenia,sprawy osobiste zamiast parady teorii i krytyki.Strony zapełniały sięczarnymi liniami, jakby maszerował przez pochód mrówek, i chociaż ser-ce płonęło i ciążyło niczym stopiona skała, potrafił utrzymać ciąg słów.Kończyły się nagle, ale były precyzyjne.Wiedział, że nie musi przereda-gowywać tych stronic.Kiedy próbował odłożyć pióro, mięśnie ręki zasty-gły mu w pisarskiej pozie.Pisał prawie wyłącznie o szkle, które rozkwitało w jego sercu.O pulsie,pustym jak dzwięk widelca uderzającego o kieliszek do wina.O bólu, któ-rego doświadczał, kiedy mozolnie wspinał się na schody albo szedł szybkoLRTulicą po gazetę.Ten sam ból dzgał ostro, kiedy puls przyspieszał.Na przy-kład, kiedy pogłaskała go żona, pierś wypełniała się kolcami.Tak podziała-ła fotografia biblioteki prezent od syna.Coś ścisnęło go za przełyk iwbiło mu szpony w płuca.Oparł się na krześle.Myślał, co się stanie z tymi nowymi stronami.Jużza pózno, żeby zwyczajnie je dać: sformowałby się moment emocjonalny,a coś takiego mogło zniechęcić go do podjętych postanowień.Nie, przy-szedł mu do głowy lepszy sposób.Stukał palcem po grzbietach książekustawionych na półce, aż znalazł pierwszą wersję swojej pracy 0 pięknie,którą kazał oprawić w skórę ciemną jak czarna melasa.Nie było sensuwracać do łóżka, bo ból w klatce piersiowej i podniecenie nie pozwoliłybymu zasnąć.Włożył tweedową marynarkę, sztruksy i poszedł do samochoduz traktatem 0pięknie w jednej ręce i świeżo napisanym listem w drugiej.Książki.Czytanie.Magia pióra i papieru.Chłopiec musi to dopiero odkryći może po lekturze tego listu nastąpi zwrot.Napisał o wszystkim, co goprzerażało, i jeszcze więcej.Opisał prześwietlenie, chwilę, w której po razpierwszy stanął wobec ciemnej, przezroczystej mapy samego siebie.Uwa-żał, że ten list stworzy pomost między ojcem a synem.Od dnia, kiedy wy-myślił, że będzie miał syna, marzył, żeby kiedyś udało mu się zbudowaćtaki łącznik.Jechał pod gwiazdami, pustą w środku nocy drogą, aż do Glamsgallow.Zaparkował przed małą uniwersytecką introligator- nią.List i oprawiony wskórę rękopis trzymał na kolanach.Czekał na rozpoczęcie dnia, na czasotwarcia, na szansę, żeby wszystko naprawić.MIDAS I IDA JECHALI NA POAUDNIE, W stronę Gurmton.Wybrali drogępołożoną wysoko nad urwiskiem.Na morzu stała mgła, utrudniała orienta-cję, jak wysoko się znajdują.Zaparkowali na pustym miejscu widokowymi Midas zaniósł pudła na sam skraj klifu.Wyglądał, jakby stał na brzegujeziora chmur.Bufiaste białe poduchy rozciągały się po horyzont.Nie po-dobało mu się, że jest tak niebiańsko.Najpierw wyciągnął garnitur ojca.Podniósł go na wiatr.Podmuch wy-rwał marynarkę i spodnie, zanim Midas zdążył je wypuścić.Ubranie znik-nęło we mgle.Potem okulary wirowały w powietrzu jak bąk.Kostki dogry z wielorybiej kości zagrzechotały w chmurach.Stara apaszka, którejnigdy nie widział za życia ojca, szybowała przez opary jak motyl obciążo-LRTny wilgocią.Kawałek po kawałku dematerializował ojcowskie pozostało-ści, a kiedy już wszystko zrzucił z urwiska w chmury, zaczął ciskać całepudła.Na koniec została książka.Ida podała mu ją uroczyście
[ Pobierz całość w formacie PDF ]