[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nawadnianie zimą nie działa.Także nikt wgrudniu, a tym bardziej w święta, nad rzeką nie siedzi i ryb niełowi, bo i tak by nic nie złowił.Co w tym dziwnego, że niczegonie zauważono? Trzeciego dnia świąt jeszcze wesele trwało wcałej pełni.Nad Młynówką na pewno nie było żywego ducha.Tymczasem prąd poniósł ciało dalej albo zaczepiło się gdzieś okorzenie i do tej pory tam się znajduje.Trzeba przyznać, że słowa gajowego trafiły porucznikowi doprzekonania.Rzeczywiście Młynówka mogła kryć tajemnicęzaginięcia Adama Tupy.Wprawdzie prąd tej rzeki, a raczejrzeczki, jak zresztą wszystkich nizinnych rzek Olsztyńskiego niebył zbyt bystry, ale najrozmaitszych pniaków, korzeni i innychprzeszkód w niej nie brakowało.Ciało mogło nie wypłynąć izaczepione, gdzieś nadal tkwiło w nurtach Młynówki lubpobliskiej Ayny, do której Młynówka wpada w odległości kilkukilometrów od wsi Sępopole.Czy zresztą wrzucono zwłokikoniecznie do Młynówki? W tej okolicy pełno było dołówpotorfowych, małych sadzawek zwanych żabimi oczkami" iróżnych grzęzawisk.Nie brakło też nieczynnych studni wgospodarstwach zniszczonych podczas działań wojennych.Jeśliwięc Adam Tupa został zabity, jego zabójcy nie mieli większychkłopotów z pozbyciem się zwłok.Wszystkie dotychczasoweposzukiwania ograniczały się do penetracji terenówbezpośrednio przytykających do obejścia Seklaków.Szukanoraczej jakichś śladów ewentualnej bójki, a nie ciała.Teraztrzeba było tę akcję przeprowadzić ponownie, ale już wznacznie szerszym zakresie.Skoncentrować się przedewszystkim na znalezieniu zwłok zabitego.%7łeby pan prokuratormiał nareszcie dowód popełnienia przestępstwa i mógł wydaćnakaz zatrzymania podejrzanych.Porucznik Kowalski uparł się bowiem, że musi tę sprawęrozwiązać.Dotychczasowe niepowodzenia nie złamały go.Przeciwnie, im ich było więcej, tym jeszcze bardziej utwierdzałymłodego oficera milicji w jego postanowieniu.Nic go niezrażało, nawet uśmiechy i docinki kolegów, którzy wkrótcezaczęli uważać, że ich przyjaciel Bronek dostał lekkiegoszmergla na punkcie Tupy".Przy tym pierwszą literę w tymnazwisku zamieniano na inną spółgłoskę.Bronisławwysłuchiwał tych żartów, nie obrażał się za nie, a powtarzałswoje, że przyjdzie czas, kiedy dowcipnisie będą goprzepraszać.I to już wkrótce.Co do terminu, to niestety porucznik popełnił poważnąomyłkę.Przyszła jednak pora, kiedy oddano musprawiedliwość.A tymczasem oficer milicji pilnie studiował najrozmaitszemapy, sam często jezdził w teren i planował tak wielką akcję,jakiej jeszcze nigdy powiat kętrzyński nie widział.WIELKA AKCJAKiedy porucznik zwierzył się ze swoich zamiarówkomendantowi powiatowemu MO w Kętrzynie, major za głowęsię złapał.- Wykluczone! - powiedział.Ale młody oficer był uparty.Tak długo przekonywałzwierzchnika, aż ten wreszcie zaczął mięknąć.- Może i macie słuszność - przyznał major - nie przeczę, takaakcja może dać pozytywne rezultaty.Ale czy zastanowiliście sięchoćby przez chwilę, jakie trudności wiążą się z jejprzeprowadzeniem?- To biorę na siebie.Mam plan opracowany wnajdrobniejszych szczegółach.Sporządziłem dokładne szkiceterenowe.Oznaczyłem poszczególne odcinki działań.Sprawdziłem jakiego sprzętu musimy użyć.Wszystko da sięprzeprowadzić jednego dnia.To zresztą konieczne, bo wszelkieprzerwanie akcji może spowodować przeciwdziałanieprzestępców.Jeden dzień i kilkuset ludzi, a sprawa będziejasna.Tym razem na pewno osiągniemy zwycięstwo.- Tylko kilkuset ludzi?- Tak - porucznik uniesiony zapałem nie spostrzegł, że jegoprzełożony najwyrazniej sobie podkpiwa z młodego oficera -dwustu pięćdziesięciu do trzystu powinno nam wystarczyć.- Bagatela - major nie wiedział czy się śmiać, czy gniewać - awiecie ile mamy etatów w Kętrzynie, łącznie ze wszystkimiposterunkami w całym powiecie? I połowy tego nie zebrałbym,nawet ogałacając te posterunki i zamykając komendępowiatową na klucz.Dużo ostatnio o was koledzy mówili, terazwidzę, że z wami rzeczywiście coś nie w porządku.- Majorze, ta akcja jest konieczna.- Ale nie z tyloma ludzmi.Ostatecznie ze dwudziestu dałobysię zebrać.- To na nic.Dwudziestu ludzi musiałoby pracowaćprzynajmniej przez dwa tygodnie.Zakładając, że zwłoki sąukryte w jakiejś sadzawce czy starej studni, przestępcy widzącnasze poszukiwania wyciągną je i przeniosą w miejsce już przeznas zbadane lub wywiozą je gdzieś dalej.To musi byćwykonane jednego dnia.Cały obszerny teren musi być zbadanyi dokładnie przeszukany od świtu do zmierzchu.Rozkładaniena raty jest bezcelowe.Major w duchu przyznawał, że jego podkomendny ma rację.Nie wyobrażał sobie jednak, w jaki sposób uda się pokonaćtrudności organizacyjne.Przecież takiej liczby ludzi nieściągnie się z sąsiednich powiatów i z Wojewódzkiej KomendyMO.Ten chłopak naprawdę zwariował!- Skąd ja wam wezmę tak wielką ekipę?- Można by, panie majorze, użyć do tego ORMO, a naszychtylko do kierowania poszczególnymi odcinkami akcji.Ormowcymieliby dobre ćwiczenia.- Ormowców także tylu nie zbierzemy.- A jednak sądzę, że sporo.A kiedy im się powie, żebyprzyprowadzili i innych ochotników, to już będzie duża grupa.Ludzie chętnie wezmą udział w takiej akcji.Choćby przezprostą ciekawość.Można by jeszcze prosić o pomoc jednostkęwojskową.Gdyby tak oddelegowali jedną kompanię i dalisprzęt taki jak łodzie, sieci czy bosaki.- Skąd wam wojsko wezmie sieci? To już raczej trzeba byłobypoprosić te PGRy, które prowadzą działalność rybacką.A czywojsko zechce nam pomóc?- Na pewno pomogą! - gorąco zapewnił porucznik.-Oni wtakich wypadkach nigdy nie odmawiają pomocy.Pan major beztrudu załatwi to z ich pułkownikiem.- Może bym i załatwił.- To znaczy, że wszystko gra
[ Pobierz całość w formacie PDF ]