[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Nie wiemy.To mogą być Alizończycy.- Przecież z Alizończykami koniec! Już ich tu nie ma.- Nie zdołałam od razu opanować zaskoczenia.- Wprawdzie Alizończycy zostali pokonani, lecz niektórzy mogli uciec.Utracili wszystkie statki i nie mogą wrócić do ojczyzny.Taka banda desperatów mogłaby ukryć się na pustkowiu, przejąć miejscowe sposoby walki i obrócić je przeciw zwycięzcom, dokonując błyskawicznych napadów.Ogary z Alizonu to nie słabeusze, którzy rzucą broń i poproszą o pokój tylko dlatego, że przegrywają wojnę.- Ale tak daleko na północy.- Któryś z ich długich statków mógł przemknąć wzdłuż wybrzeża i zabrać niedobitków z portów, które wpadły w nasze ręce.Potem mogli wyruszyć na północ, ponieważ wiedzą, iż żołnierze High Hallacku nie patrolują tych okolic, pozostawiając nam Wielkie Pustkowie.- Muszą przecież wiedzieć.- Że mieszkają tutaj Jeźdźcy Zwierzołacy? - Herrel odsłonił zęby w krzywym uśmiechu.Czy jakiś cień przemknął przez jego twarz? - Nie lekceważ Ogarów z Alizonu, Gillan - ciągnął.- Panowie z High Hallacku bardzo długo z nimi wojowali.Ale nie wszyscy ludzie są tacy sami.Och, mają dwie nogi, dwie ręce, głowę, ciało, serce i umysł - lecz mogą bardzo różnić się tym, co kryje się w ich duszy.Niektórzy mieszkańcy wybrzeża Krainy Dolin przed laty złożyli broń i schylili karki pod jarzmo Alizonu.Wielu z nich schwytano i ścięto po rozprawie z najeźdźcami.Może jednak nie wyłapano wszystkich zdrajców? Czy nie wiesz, że po zawarciu z nami umowy wiele o niej mówiono w ostatnich latach w całym High Hallacku? Czyż banda zdesperowanych niedobitków nie mogłaby ugodzić nas celniej, niż atakując właśnie teraz i zabijając kogo się da? Może chcieli, żebyśmy uwierzyli w wiarołomstwo mieszkańców High Hallacku i wrócili, by mszcząc się pustoszyć Krainę Dolin?- Wierzysz w to?- Nie można bez zastanowienia tego odrzucić.- Ale żeby zaatakować Jeźdźców Zwierzołaków.- Tak głęboko wpojono mi wierzenia i obiegowe opinie ludzi z Krainy Dolin, że podobnie jak oni uważałam Jeźdźców za niezwyciężonych wojów i byłam przekonana, iż dobrowolnie nie porwałby się na nich żaden normalny człowiek.- Gillan - Herrel uśmiechał się lekko.- Zbyt wysoko nas cenisz! To prawda, że władamy mocami, których nie znają inne rasy.Lecz jak wszyscy krwawimy z zadanej mieczem rany i umieramy, gdy śmiertelnie ugodzi nas wrogi brzeszczot.A jest nas obecnie tylu, ilu tu widzisz.W dodatku nie możemy zboczyć z drogi, gdyż nie dotarlibyśmy na czas do bramy, za którą leży nasza ojczyzna, i musielibyśmy pozostać wygnańcami.Tak oto ponownie wzięłam udział w wyścigu z czasem.Nie potrafiłam jednak przystać na zdanie Herrela, iż Jeźdźcy Zwierzołacy nie byli tak potężni, jak głosiła fama.Możliwe, że dostrzegł powątpiewanie na mojej twarzy, bo wyjaśnił tę zagadkę, rzucając mi tym samym jeszcze jeden klocek do łamigłówki.- Czy nie rozumiesz, że utrzymanie iluzji lub czaru rzuconego na ludzki umysł bardzo męczy? Zajmuje się tym dwunastu spośród nas.Ubiegłej nocy zapytałaś, czy jestem taki, jakim mnie widziałaś.Tak, od czasu do czasu, w bitwie, ponieważ wtedy wszyscy zmieniamy postać.A wymaga to ogromnego wysiłku umysłu i woli.Dla panien z High Hallacku nie różnimy się od mężczyzn z ich rasy.Ale gdyby nas zaatakowano, poznałyby prawdę.I byłby to koniec wszystkiego, co chcieliśmy osiągnąć zawierając Wielki Pakt.Odpowiedz mi szczerze, Gillan, ilu twoich towarzyszek nie przeraziłby nasz wygląd i nie wzbudził w nich odrazy?- Nie znam ich wszystkich, nie jestem pewna.- Lecz możesz snuć domysły.Jak ci się wydaje, w ilu?- Myślę, że w niewielu.- Być może skrzywdziłam panny z Krainy Dolin, ale chyba nie bardzo się pomyliłam, gdyż dobrze pamiętałam ich szepty w drodze do Sokolego Jaru i paniczny strach, jaki ogarnął niektóre z nich.- Właśnie - rzekł ponuro Herrel.- Dlatego jesteśmy teraz jak sparaliżowani, a ci, którzy mogą nas zaatakować, to szaleńczo odważni woje, desperaci, którzy nie mają nic do stracenia.W bitwie mieliby więc nad nami przewagę.- Co zrobicie?Wzruszył ramionami; mógłby tak zrobić pan Imgry w podobnej sytuacji.- A co możemy uczynić? Wysłaliśmy zwiadowców, żeby znaleźli najkrótszą drogę, staramy się jechać jak najszybciej i mamy nadzieję, iż nie będziemy musieli się przebijać.Lecz łudził się nadzieją.Opuściliśmy polankę w pośpiechu.W ciągu następnej godziny rozdzieliliśmy się na dwie grupy.Bezżenni Jeźdźcy skręcili w boczną drogę, prowadzącą jeszcze dalej na wschód, i odjechali galopem.My zaś ruszyliśmy prosto.Halse był jednym ze strażników, którzy kłusowali tam i z powrotem wzdłuż naszej grupy niczym pędzący bydło pasterze z Krainy Dolin.Za każdym razem, gdy nas mijał, odwracał od nas głowę, tak że krwawe ślepia srebrnego niedźwiedzia na jego hełmie błyskały złowrogo.Figurka ta wyglądała jak żywa istota, świadoma tego, co widzi.Zimą wcześnie zapada zmrok.Jakiś czas temu wyjechaliśmy z lasu i większe skupiska drzew nie ocieniały już drogi.Macki zmierzchu wpełzły na nierówny trakt, który teraz wił się pomiędzy ośnieżonymi skałami.Koń Herrela zwolnił biegu, więc zawróciłam moją klacz.- O co chodzi? - zapytałam.Pokręcił z zastanowieniem głową.- Nie wiem.Nie ma powodu, żeby.- Urwał i wyprostował się, rozdymając nozdrza.Odwrócił się w siodle i spojrzał na przebytą przez nas drogę.Władczym gestem nakazał mi spokój.Słyszałam oddalający się tętent końskich kopyt i słabnące z każdą chwilą skrzypienie siodeł.Na pewno Halse lub ktoś inny zawróci, żeby sprawdzić, co nas zatrzymało.Herrel zsiadł z konia.Podniósł na mnie wzrok, lecz niewiele mogłam wyczytać z ocienionej hełmem twarzy.- Jedź! - rozkazał.Przykląkł, żeby obejrzeć przednie nogi swojego wierzchowca.Nie patrzył na kopyta, lecz na długie włosie nad nimi.Zesztywniał cały i jego palce znieruchomiały.- O co chodzi? - powtórzyłam pytanie.Nie usłyszałam odpowiedzi, tylko powietrze przeszył wysoki, piskliwy śpiew, od którego zaświdrowało mi w uszach.Koń Herrela wspiął się, rżąc głośno i kopytami powalił Jeźdźca na ziemię.Moja Rathkas rzuciła się do przodu tak dziko, jakby oślepła.Usiłowałam uspokoić przerażone zwierzę, ściągając mocno wodze i wytężając wolę, która zawsze pomagała mi w potrzebie.Później, kiedy wydało mi się, że klacz naprawdę oszalała, pochyliłam się w siodle i złapałam ją za grzywę.Nagle poczułam, że coś parzy mi pierś jak rozżarzony węgiel.Amulet.ale dlaczego? Uwolniwszy jedną rękę, chwyciłam nią torebkę z ziołami.Nie wiedziałam, czemu to zrobiłam, podobnie jak nie miałam pojęcia, co mną kierowało i skłaniało do takiego, a nie innego postępowania w tamtych dniach
[ Pobierz całość w formacie PDF ]