[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Przepyszne! - powiedział Wojtek z ustami pełnymi wspaniałej ryby.- Zdrowienaszej gospodyni i tego, kto te rybki złowił!Po drugiej butelce i kolejnym półmisku ryb przy stole zrobiło się wesoło, a po trzeciejnawet początkowa podejrzliwość córki wędkarza rozpłynęła się w oparach wyborowej.Gospodarzom rozwiązały się języki, zaczęli opowiadać o sobie, o swoim życiu iciężkiej doli polskiej wsi.Okazało się, że wędkarz był tam urodzony.Gdy wybuchła wojna, miał czternaście lati cały okres okupacji spędził w swoim domu nad Pisą.- Wtedy musiałem łowić ryby, bo trudno było o jedzenie, samiśmy musieli jezdobywać.Tak mi to w krew weszło, że od tamtej pory nic mnie innego nie interesuje, tylkowędka.- Dalibyście już ojciec spokój z tymi rybami, schabowego bym zjadła, to jest jedzenie!- Helka za śmiała się.- Wez go i kup, z tej mojej renty.Ziemię mi zabrali, bo niby uprawiana nie była.Terazza nią płacą rentę, ale to marne grosze, a ziemia odłogiem leży, jak leżała.Tylko te ryby mizostały.- To całą wojnę pan tu spędził?- Tak, panie, nie tylko wojnę, ale i całe życie - zaśmiał się wędkarz.- To ciekawe, a może pan będzie wiedział, bo kolega z niemieckiej telewizji o to pytał- powiedział Wojtek, wskazując na zajętego rozmową z Heleną Rolfa.- Podobno był tugdzieś w czasie wojny niemiecki szpital polowy, prawda to?- Szpital polowy? Pewnie, że był.Niedaleko, musieliście przejeżdżać koło tegomiejsca, pamiętam jak dziś.Lądowisko też było i chodziliśmy z chłopakami ze wsi patrzyć nasamoloty.Szkopy czasem do nas strzelały, żeby nas przepędzić, ale tylko na postrach.-Zaśmiał się.- A czemu pan pyta? - zapytał całkiem trzezwo.- brat tego kolegi z niemieckiej telewizji był tu w czasie wojny.Został ranny gdzieś wRosji i tu go przywieziono.Prosił, żeby mu na pamiątkę parę zdjęć tego miejsca zrobić, alenie mogliśmy go odszukać.- Nic wielkiego, łatwo znalezć.Jaki kilometr stąd, za takim małym wzgórzem na dużejłące schodzącej do rzeki, tam to było.Nawet ruiny jakichś baraków zostały, ale krzakamizarosły.Ruskie zbombardowali w czterdziestym czwartym.- brat kolegi mówił, że na wzgórzu przy szpitalu stał taki wielki dąb.Szukaliśmy go,ale nie mogliśmy znalezć.Pomyśleliśmy, że musiał się pomylić i że to nie tu.- Panie, nie pomylił się - roześmiał się pełną gębą wędkarz - tylko że tego dębu już oddobrych dwudziestu lat tam nie ma!Rolf nagle przestał rozmawiać z Heleną i spojrzał bacznie na wędkarza, który ciągnąłswą opowieść dalej.- Piorun w niego strzelił parę lat po wojnie, zmarniał od tego i któregoś roku wichurago powaliła.Przyjechali jacyś, ścieli go, a drewno wywiezli, tylko pieniek został w ziemi.Jutro wam pokażę, jak będę jechał na ryby.Otwórz pan tę butelkę, bo mi w gardle zaschło.Człowiek nienawykły, z rybami nie pogadasz.- Zaśmiał się.Patrząc na rozradowaną twarz Rolfa, Wojtek odkręcił nakrętkę kolejnej wyborowej ipolał.- Przespać się tu u pana będzie gdzie? - zapytał.- Przespać? Pewnie, że będzie, panie, dla takich gości.Dom duży, a ja sam z córką tumieszkam.Helka, przygotuj dla panów ten duży pokój na strychu, przenocować ich trzeba,żeby po ciemnicy nie musieli się tłuc po tych wertepach.Rozdział 24Cztery półlitrówki na pięć osób to nie była może śmiertelna dawka, ale dla kogośnieprzyzwyczajonego do takich wyczynów stanowiła poważne wyzwanie.Rolf i Andrzejposzli na górę, padli na swoje łóżka jak kłody i po chwili z pokoju na strychu zaczęłodochodzić ich donośne chrapanie.- Słabe głowy mają ci Niemcy z NRD - zażartował wędkarz, śmiejąc się do Wojtka.Na dworze po zachodzie słońca zrobiło się chłodno, więc weszli do domu.Siedzieli wdużym pomieszczeniu z węglową kuchnią i dużym piecem, przy stole nakrytym wzorzystąceratą.Kończyli ostatnią butelkę - wędkarz nie odpuszczał takich okazji w swoim życiu i ktośmusiał dotrzymać mu towarzystwa.Padło na Wojtka.Ale on nie miał nic przeciwko temu.Lubił wypić raz na jakiś czas i cenił sobieciekawe towarzystwo.A wędkarz, mimo że prosty człowiek, który spędził całe swoje życie wjednym miejscu, miał bardzo oryginalne podejście do rzeczywistości i miło się z nimgawędziło.Widać łowienie ryb dawało dużo czasu i okazji do ciekawych przemyśleń.Wojtek słuchał go z prawdziwą przyjemnością i czuł się tak, jakby ktoś opowiadał muciekawą książkę.bo w końcu to wszystko, co można wyczytać w różnych, mądrychksiążkach, też ktoś sam kiedyś musiał wymyślić.Wędkarz książek nie czytał i tegowszystkiego, co sam wymyślił, nie zapisywał, ale najwyrazniej miał ochotę z kimś się tympodzielić.Rano obudziło ich słońce zaglądające wprost przez otwarte okno pokoju na poddaszu,w którym spali.Pierwszy ocknął się Chudy i szybko poleciał po schodach na dół, wypadł naganek i zaczął się za czymś niecierpliwie rozglądać.- Wygódki pan szukasz? - zagadnął gospodarz.- Tam, za domem, w samym rogu -powiedział z uśmiechem i nachylił się nad wędką, przy której coś majstrował.Chudy wrócił po kilku minutach, wyraznie uspokojony.- Lepiej się poczuł? - zapytał wędkarz.- Tak, dużo lepiej, już jest dobrze.- Roześmiał się.- Nie mam głowy do wódki, niepowinienem tyle pić.- Czasami trzeba się napić, robactwo w sobie wytruć i oczyścić jelita.Wołaj panswoich znajomych na śniadanie.Pora ruszać, bo mi ryba przestanie brać.* * *Rolf zszedł na dół ostatni.Zanim to zrobił, wyjął z kieszeni kurtki portfel, wyciągnął zniego dwa stumarkowe banknoty i włożył je pod szklany wazon stojący na stoliku. Nawetnie wiecie, co dla mnie zrobiliście - pomyślał.Jajecznica na boczku podana przez Helenę na wielkiej, czarnej od sadzy patelnipostawiła ich na nogi.Pogadali jeszcze trochę, podziękowali za gościnę, ucałowali po kolei córkęgospodarza i zaczęli się szykować do drogi.Wędkarz wsiadł na rower.- Pojadę pierwszy, i tak mnie dogonicie - powiedział i pojechał.Odpalili harleye, pomachali Helenie stojącej na ganku i powoli ruszyli za nim.Rower zatrzymał się na niewielkim, zarośniętym olszyną wzniesieniu, koło któregoprzejeżdżali już tyle razy. To niemożliwe - pomyślał Rolf.- To jednak tutaj?Zgasili silniki i zeszli z motocykli.Wędkarz, uśmiechając się tajemniczo, powiedział:- Jesteśmy na miejscu, chodzcie za mną w te krzaki, pokażę wam resztki pniaka podębie.Przedzierali się za nim kilkanaście metrów przez olszynowe zarośla i wysoką trawę.W pewnym momencie stanął, rozgarnął kępę gęstych, dziko rosnących jeżyn i obrócił się wich kierunku z triumfującym uśmiechem.Podeszli i spojrzeli na dół.Tuż nad powierzchnią ziemi widniał krótko obcięty i częściowo już zmurszały pieńwielkiego kiedyś dębu.Musiał mieć dobrze ponad metr średnicy
[ Pobierz całość w formacie PDF ]