[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sam wydawał się zrobiony z wiórów.Nieprzestawał pomrukiwać. No cóż, oto ona  powiedział. Pomaluj ją i możesz pływać.Quoyle i Dennis ładowali łódz na przyczepę, lecz on stał z boku.On już swoje zrobił.Jegousta lekko się rozchyliły.Quoyle, zgadując, co ma nastąpić, zaryczał pierwszy:  Och, Gandy Goose, na nic się to zdało  zaśpiewał do końca, coraz głośniej, ażponura melodia zagrzała się ciepłem jego gorącego gardła.Stary Yark przyjął ten gest jako oddanie honorów.Jeszcze przez pół godziny snuł barwneopowieści, zanim poszedł na swoją herbatę, a melodia wciąż pozostawała ciepła w jegouszach, jak kapelusz zdjęty z haka za piecem.Na stole ogromny talerz pełen smażonych śledzi z plastrami bekonu i tłuczonymiziemniakami.Słój z kwartą musztardy.Beety krzątała się, przechodziła nad Warren Drugą,która nie mogła się zdecydować, czy lepiej jej będzie pod stołem, czy między butami.Quoylei Wavey na gościnnej kolacji.Ogólna wesołość i pochwały dla podanych potraw.Gotowanakapusta.Na koniec placek z czarnymi jagodami i z kremem.Dla Quoyle a podwójne dokładkiz każdego dania.Chociaż po kapuście zbierają się gazy.Sunshine wygięła kręgosłup śledzia i zaśpiewała:  Wiórek brzozowy, sznurek dziegciowy,wiśnióweczka, podkóweczka.Bunny i Marty na jednym krześle, splecione ramionami, każdaz torebką cukierków w kształcie serduszek, zachowaną z Dnia Zwiętego Walentego, pojednym do buzi.SZCZZCIE W MIAOZCI.OCH, DZIECIAKI.Dennis kręcił się niespokojnie przy stole.Otworzył szufladę, zamknął ją. Co z tobą?  spytała Beety. Wiercisz się jak kot z przypalonym tyłkiem.Dennis spojrzał na nią urażony, podczas gdy Quoyle przygryzł wargę.  Nie wiem, kobieto! Chyba czegoś szukam.Ale nie wiem czego. Chcesz jeszcze herbaty? Nie, nie, mam dość.Miał się jednak czym martwić.%7ładnej pracy od tygodni, żadnej na widoku, wyjaśniłQuoyle owi.Niedobrze, zawsze dbał o dochody.Ma już tego dość.Byłoby inaczej, gdybymógł trochę połowić.Znowu wstał, podniósł czajniczek, zajrzał do środka.Szczęściarz zQuoyle a, że ma pracę.Czy nie ma już więcej herbaty? To przecież gazeta twojego ojca  powiedział Quoyle. Nie możesz w niej pracować?Bóg jeden wie, że przydałbyś się.Brak nam rąk do pracy w każdym dziale. Podniósłniezdarnie łyżeczkę z cukrem, rozsypując połowę na czysty obrus. Chryste, nie! Wolałbym dać sobie obciąć obie ręce.Nie cierpię babrania się w malutkichliterkach i zakrętasach ani całego tego czytania i pisania.Jakbyś grzebał w zdechłychmuchach. Pokazał swoje krępe dłonie. Myślimy  powiedział, wskazując głową na Beety,która akurat spuściła wzrok  myślimy o tym, żeby pojechać na rok lub dwa do Toronto.Niechcemy, ale moglibyśmy zaoszczędzić trochę pieniędzy i wrócić.Jest tam dużo pracy dlacieśli.Tutaj nie ma co robić. Zabębnił palcami na stole, co natychmiast podchwyciły dzieci,próbując naśladować malutkimi paluszkami tętent końskich kopyt.Dennis rzucił im groznespojrzenie.Bez przekonania.Beety i Wavey rozmawiały o Toronto zajęte zmywaniem naczyń.Głos Beety miękki jakgorący gałgan.Jak by to mogło być.Czy dzieciaki by się cieszyły.Może lepiej, żeby nie.Może.Może.Quoyle musiał się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć: nie jedzcie.Wiedział, że jeślipojadą, to zginą na zawsze, gdyż nawet ci nieliczni, którzy wracali, wracali zmienieni, innecharaktery, jak noże wygrzebane z popiołów po pożarze domu.Biedna Bunny, może będziemusiała się rozstać z Marty.Biedny Quoyle, jeśli będzie musiał stracić Dennisa i Beety.Kiedy wszyscy już zaczęli ziewać, Quoyle wziął na ręce Herry ego, który prawie zasnąłna dywanie.Sunshine trzymała Wavey za rękę, ponieważ było ślisko.Pies pierwszy wskoczyłdo samochodu i przebiegł po wszystkich siedzeniach. Wavey.Gdybyś wyprasowała rybę, to czy byłaby tak duża jak chodnik?  spytałaSunshine. Myślę, że większa  powiedziała Wavey. Ale rozkrojona.Dennis wyszedł z nimi przed dom.Rdza posypała się na ziemię, kiedy Quoyle zatrzasnąłdrzwi samochodu od strony Wavey. Kiedy pozbędziesz się wreszcie tego gruchota?  Był w ponurym nastroju.Trzymałdłonie na samochodzie, dopóki ten nie ruszył.Patrzył, jak tylne światła oddalają się, po czymprzeszedł na drugą stronę drogi i spojrzał przed siebie.Nic, tylko światło latami.Morzegładkie jak stół.W domu Quoyle wziął gorącą kąpiel.Zanurzył się, zacisnął palcami nos i z przyjemnościązanurkował w gorącą wodę.Los mógł zrządzić, że miałby tylko beczkę Nutbeema.Wyszedłszy z wanny, wytarł się ręcznikiem, a potem przetarł duże lustro przymocowanedo drzwi łazienki.Popatrzył na swoją nagość, rozgrzane ciało parowało w chłodnympowietrzu.Przesunął wzrokiem po swojej ogromnej postaci.Byczy kark, mocna szczęka iciężkie płaty policzków pokryte miedzianą szczeciną zarostu.%7łółtawe piegi.Potężne bary isilne ramiona, ręce owłosione jak u wilkołaka.Wilgotne futro na piersi, schodzące aż dowystającego brzucha.Duże genitalia, jasnoczerwone od gorącej kąpieli, spoczywające wgniezdzie rudawych włosów.Uda, całe nogi jak pnie drzew [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl