[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W końcu nie brak jejurody ani uroku.Tylko gdzie miałaby znalezć odpowiedniego męża? Może on.Nie.Niemożliwe.On z pewnością nie wchodzi w grę, no bo jak? Co więcej.jużnic więcej.Nagle spostrzegł, że w filiżankach wystygła herbata, a jej powierzchniępokryła brzydka, szarawa warstewka.Talerze wciąż były pełne.- Przyniosę pani świeżej herbaty.Ujrzał na jej twarzy zaskoczenie.Spojrzała gdzieś poza niego i wtedydopiero zrozumiał, że zostali sami.Muzyka i wesoły gwar dobiegały z głównej sali.Zbliżał się ostatni taniec.- O Boże! Obiecała go pani komuś?- Nie.ponaousladansc - Ja również - odrzekł z ulgą.- Gorąco tu, prawda?- Istotnie.- Może wyjdziemy, skoro wszyscy inni i tak wkrótce zrobią to samo?- Z przyjemnością.Parę minut pózniej szli wiejską ulicą obok powozów i służby wyczekującejpowrotu swoich państwa.Minęli sklep, cmentarz, plebanię i kościół.Prowadził jąpod ramię, a potem splótł jej palce ze swoimi.- Ostatnie dwa tygodnie uświadomiły mi, że bardziej lubię wieś niż Londynczy Brighton.Chciałbym jak najprędzej wrócić do domu.Może zdążę na koniecżniw.Och, proszę mi wybaczyć.- Mam nadzieję, że pańskie marzenia się urzeczywistnią.- Nie wspominałbym tych dwóch tygodni tak miło, gdybym pani nie poznał.- Zaskoczyło go, że mówi szczerze, choć niejednokrotnie przecież wypowiadałtakie słowa, flirtując z damami.- Dwa tygodnie jeszcze się nie skończyły.Wciążmamy przed sobą trzy dni.Szkoda, że tylko trzy.Potem wróci do szkoły.Brzmiało to smutno, choć wiedział już, że lubi swojąpracę.Zdawał sobie jednak sprawę, że perspektywa uczenia dziewcząt przez resztężycia nie jest bynajmniej jej marzeniem.Zatrzymali się przy kościele, pod wiązem.- Chciałaby pani zostać tu dłużej?- Ależ skąd.Wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.To byłynajpiękniejsze wakacje w moim życiu.- Czy może dzięki mojej obecności?I znów powiedział coś, co nieraz przedtem mówił, flirtując z kobietą.Apotem obydwoje się uśmiechali, bo wiedzieli, że takie słowa są bez znaczenia.LeczSusanna Osbourne traktowała je poważnie.Czekał na odpowiedz, jakby miało wniej być coś ważnego.- Tak.Doceniłam pańską przyjazń.ponaousladansc Zauważył, że użyła czasu przeszłego.Rzeczywiście nie spotkają się chybajuż nigdy więcej.On raczej nie przyjedzie do Bath, a ona stamtąd nie wyjedzie.- Przyjazń - stwierdził, pochylając się ku niej - jest chyba nieadekwatnymokreśleniem.Czy nie jesteśmy czymś więcej niż przyjaciółmi?Co chciał powiedzieć? Należało się zastanowić, nim zaczął mówić, a terazbyło już za pózno.- Proszę tak nie mówić.I proszę nie psuć tego, co nas łączy.Niech panprzestanie ze mną flirtować.- Jestem jak najdalszy od tego.A potem, gdy nachylił głowę jeszcze bardziej i zetknęli się czołami, zamknąłoczy i zastygł bez ruchu.Ona także.Nagle poczuł przejmujący smutek, jeszcze silniejszy niż na wczorajszejprzechadzce.Otworzył oczy i dotknął jej ust swoimi.Trwało to tylko chwilę, bozaraz uniósł głowę i spojrzał ku kościołowi.Dopiero teraz zdał sobie sprawę, żenadal trzymają się za ręce.Bez wątpienia całowała się po raz pierwszy, choć z trudnością można byłotakie zetknięcie warg nazwać pocałunkiem.Nie mógł jednak zrobić tego ponownie,byłby to haniebny postępek.Nie powinien był jej wcale całować.Przecież sąjedynie przyjaciółmi!- Chyba powinniśmy wrócić do oberży - szepnęła.- Widzę, że inni jużwychodzą, a muzycy przestali grać.Do diabła, powinien ją przeprosić.Ale za co? W końcu trudno cośpodobnego uznać za pocałunek.Dlaczego jej nie posłuchał, kiedy nie dalej jaktydzień temu powiedziała, że nie może być przyjazni między mężczyzną a kobietą?Posłużył się przykładem Edgecombe'a i jego żony, żeby jej zaprzeczyć.Zapomniał,że tamci byli zarówno parą przyjaciół, jak i kochanków, a oni nie mieli takiejmożliwości.Nawet jeśli między nimi zaczynało się rodzić coś więcej.Do licha, onago pociągała! Wcale sobie tego nie życzył.ponaousladansc - Odprowadzę panią - powiedział wreszcie.Dobrze, że bal się kończy.Niebędzie miał więcej sposobności do nierozważnych czynów.Edgecombe z żoną czekali na nich.Inni wsiadali już do swoich powozówwśród gwaru i tumultu, życząc sobie dobrej nocy.- Panna Osbourne i ja postąpiliśmy rozumniej niż reszta - oznajmił, gdypodeszli bliżej.- Spacerowaliśmy, zażywając świeżego powietrza.- Frances - Susanna się uśmiechnęła - spędziłam doprawdy wspaniaływieczór.Dziękuję, że mnie tu przywiozłaś.Edgecombe pomógł jej wsiąść do powozu.Pożegnali się i kareta odjechała.Peter odetchnął z ulgą, a potem zajął się panną Raycroft, która z pod-nieceniem paplała, jak wspaniale się bawiła.Nie słuchał jej zbyt uważnie.Powiedziała, że trzeba mu zwycięstwa nad smokiem.Zwycięstwa nad smokiem.Frances zastukała do sypialni.Susanna wymamrotała pod nosem coś niezbytuprzejmego, ale nie powiedziała tego na głos.Przyjaciółka uchyliła drzwi i zajrzałado środka.- Jeszcze się nie położyłaś? - spytała i otworzyła szerzej drzwi, widząc wświetle świecy, że Susanna stoi przy oknie.- Myślałam, że masz ochotęopowiedzieć, jak się czułaś na swoim pierwszym balu.Przez całą drogę milczałaś,bąknąwszy tylko, że był to bardzo miły wieczór.Nic poza tym? Lucius uznał, żejesteś zbyt onieśmielona, żeby powiedzieć więcej.Teraz jednak zostawiłam go usiebie i rozmawiamy we dwie.Weszła do pokoju.- Och! - Susanna zaczęła gorliwie zaciągać firanki, chociaż wiedziała, żekiedyś w końcu będzie musiała się odwrócić.- Przecież to był naprawdę bardzomiły wieczór.- Tylko  miły"? I tylko  bardzo"? - Frances zaśmiała się z cicha, a potemzamilkła, widząc, że Susanna wciąż boryka się z firanką.- Ależ ty.chyba nie płaczesz?ponaousladansc - Oczywiście, że nie - zaprotestowała Susanna, ale głos zadrżał jej żałośnie.- Och, moje ty biedactwo! - zawołała Frances.- Co się stało? Susannazaczęła szukać chustki.Frances była już w nocnej bieliznie, przygotowana do snu.Miała na sobie długi, powiewny, ciemnobłękitny peniuar, a rozpuszczone ciemnewłosy spływały jej na plecy.- Och, jaka jestem niemądra.Dałam się zaskoczyć na płaczu - odparłaSusanna, wycierając nos - I to z tak niewłaściwego powodu.Zapewniam cię, że tonie z żalu, wręcz przeciwnie.Opuściłam tylko dwa tańce.A i tak mogłamzatańczyć jeden z nich z panem Finnem.Ale panna Honeydew poczuła się słabo izabrałam ją do bufetu.Usiadła na łóżku i podciągnęła nogi, tak żeby objąć kolana rękami.Stopyokryła szlafrokiem.- Całkiem jak za dawnych dobrych czasów.- Frances uśmiechnęła się,siadając przy gotowalni.- Brakuje mi wspólnych pogawędek.W szkole mogłyśmyje prowadzić do póznej nocy.Co nie znaczy, że chciałabym zrezygnować z mojegodzisiejszego życia i wrócić tam.Miałam sporo szczęścia, ale musiałam cośpoświęcić.- Czy podobał ci się ten wiejski bal?- Jasne! Na wsi zawsze bawię się lepiej niż na wielkich przyjęciach wLondynie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl