[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Za­rów­no ota­cza­ją­ce ich ciem­no­ści, jak i przy­tu­lo­ne cia­ła ema­no­wa­ły ja­kąś wil­go­cią i Ugwu wy­obra­żał so­bie, że jest z Nne­si­na­chi i że te na­prę­żo­ne opla­ta­ją­ce go nogi na­le­żą wła­śnie do niej.Chi­ny­ere po­cząt­ko­wo była ci­cho, do­pie­ro póź­niej, kie­dy już krę­ci­ła bio­dra­mi, a dłoń­mi moc­no obej­mo­wa­ła jego ple­cy, wo­ła­ła to samo co za­wsze.Brzmia­ło to jak imię: „Abo­nyi, Abo­nyi”, choć Ugwu nie był tego pe­wien.Być może ona też wy­obra­ża­ła so­bie, że on jest kimś in­nym, kimś z jej ro­dzin­nej wio­ski.Wsta­ła i wy­szła rów­nie ci­cho, jak przy­szła.Kie­dy na­stęp­ne­go dnia zo­ba­czył ją po dru­giej stro­nie ży­wo­pło­tu, wie­sza­ją­cą pra­nie na sznu­rze, po­wie­dzia­ła tyl­ko: „Ugwu”.Nic wię­cej, na­wet się nie uśmiech­nę­ła.8W związ­ku z za­ma­chem sta­nu Olan­na prze­ło­ży­ła swój wy­jazd do Kano.Cze­ka­ła, aż po­now­nie uru­cho­mią lot­ni­ska, zno­wu za­czną dzia­łać urzę­dy pocz­to­we i te­le­gra­ficz­ne, a w re­gio­nach zo­sta­ną wy­zna­cze­ni woj­sko­wi na­czel­ni­cy.Cze­ka­ła, do­pó­ki nie uzy­ska­ła pew­no­ści, że przy­wró­co­no po­rzą­dek.Jed­nak w po­wie­trzu wciąż czu­ło się at­mos­fe­rę za­ma­chu sta­nu.Wszy­scy o tym mó­wi­li, na­wet tak­sów­karz w bia­łej czap­ce i ka­fta­nie, któ­iy wiózł ją i Dzi­dzię z lot­ni­ska do domu Ari­ze.– Ale Sar­dau­ny nie za­bi­to, pro­szę pani – szep­nął.– Z po­mo­cą Al­la­ha uciekł i te­raz jest w Mek­ce.– Olan­na uśmiech­nę­ła się lek­ko i nic nie od­po­wie­dzia­ła, wie­dząc, że ten męż­czy­zna, któ­ry na lu­ster­ku wstecz­nym po­wie­sił so­bie mu­zuł­mań­skie pa­cior­ki mo­dli­tew­ne, chce w to wie­rzyć.W koń­cu Sar­dau­na nie tyl­ko był sze­fem rzą­du Re­gio­nu Pół­noc­ne­go, lecz tak­że du­cho­wym przy­wód­cą za­rów­no tego męż­czy­zny, jak i wie­lu po­dob­nych mu mu­zuł­ma­nów.Kie­dy po­wie­dzia­ła Ari­ze o tej uwa­dze tak­sów­ka­rza, ona wzru­szy­ła je­dy­nie ra­mio­na­mi i od­par­ła: „Nie ma ta­kiej rze­czy, o któ­rej by nie mó­wi­li”.Ari­ze mia­ła na so­bie chu­s­tę opusz­czo­ną ni­sko, po­ni­żej pasa, i bluz­kę na tyle luź­ną, żeby po­mie­ścić wy­dę­ty brzuch.Sie­dzia­ły w sa­lo­nie, w oto­cze­niu wi­szą­cych na za­tłusz­czo­nych ścia­nach zdjęć ze ślu­bu Ari­ze i Nna­kwan­ze­go, a Dzi­dzia ba­wi­ła się z dzieć­mi na dwo­rze.Olan­na wo­la­ła­by, żeby mała nie do­ty­ka­ła tych dzie­ci cho­dzą­cych w po­dar­tych ubra­niach, z wi­szą­cym u no­sów męt­nym ślu­zem, lecz nic nie po­wie­dzia­ła, bo wsty­dzi­ła się tego uczu­cia.– Po­le­ci­my ju­tro rano pierw­szym sa­mo­lo­tem do La­gos, Ari, dzię­ki cze­mu bę­dziesz mo­gła od­po­cząć przed za­ku­pa­mi.Nie chcę ro­bić ni­cze­go, co mo­gło­by spra­wiać ci trud­no­ści – po­wie­dzia­ła Olan­na.– Co za trud­no­ści! Ja tyl­ko je­stem w cią­ży, sio­stro, prze­cież nie je­stem cho­ra.Czy róż­nię się od tych ko­biet, któ­re pra­cu­ją w go­spo­dar­stwie, do­pó­ki dziec­ko nie ze­chce wyjść na świat? I czy to nie ja szy­ję tę su­kien­kę? – Ari­ze wska­za­ła w kąt po­ko­ju, gdzie na sto­le po­śród sto­su ubrań sta­ła jej ma­szy­na do szy­cia mar­ki Sin­ger.– Po pro­stu mar­twię się o mo­je­go chrze­śnia­ka albo chrze­śniacz­kę, tam, w środ­ku, a nie o cie­bie – od­par­ła Olan­na.Unio­sła bluz­kę Ari­ze i przy­ło­ży­ła twarz do twar­dej krą­gło­ści jej brzu­cha, do moc­no na­prę­żo­nej skó­ry, speł­nia­jąc ten de­li­kat­ny ob­rzęd, któ­ry stał się zwy­cza­jem, od­kąd Ari­ze cho­dzi­ła w cią­ży; to Ari­ze po­wie­dzia­ła, że je­śli Olan­na bę­dzie ro­bić to do­sta­tecz­nie czę­sto, dziec­ko przej­mie jej rysy i bę­dzie ta­kie jak ona.– Nic mnie nie ob­cho­dzi, jak bę­dzie wy­glą­dać na ze­wnątrz – po­wie­dzia­ła Ari­ze.– Ale we­wnątrz musi być ta­kie jak ty.Ona musi mieć twój umysł i zdo­być wie­dzę.– Może to bę­dzie on.– Nie, to jest dziew­czyn­ka, zo­ba­czysz.Nna­kwan­ze my­śli o chłop­cu, któ­ry bę­dzie wy­glą­dać tak jak on, na co ja po­wie­dzia­łam mu, że Bóg nie do­pu­ści, żeby moje dziec­ko mia­ło taką pła­ską twarz.Olan­na ro­ze­śmia­ła się.Ari­ze wsta­ła i otwo­rzyw­szy gla­zu­ro­wa­ne puz­der­ko, wy­ję­ła zwi­tek bank­no­tów.– Zo­bacz, co w ze­szłym ty­go­dniu przy­sła­ła mi sio­stra Ka­ine­ne.Po­wie­dzia­ła, że­bym ku­pi­ła so­bie za to ja­kieś rze­czy dla dzie­ciąt­ka.– To miło z jej stro­ny.– Olan­na zda­wa­ła so­bie spra­wę, że za­brzmia­ło to ja­koś sztucz­nie i ofi­cjal­nie, wie­dzia­ła też, że Ari­ze nie spusz­cza z niej wzro­ku.– Po­win­naś po­roz­ma­wiać z sio­strą Ka­ine­ne.Co było, to było.– Roz­ma­wiać moż­na tyl­ko z oso­bą, któ­ra chce z tobą roz­ma­wiać – od­rze­kła Olan­na.Wo­la­ła­by zmie­nić te­mat.Za­wsze chcia­ła zmie­nić te­mat, kie­dy wy­ła­nia­ła się kwe­stia Ka­ine­ne.– Le­piej za­bio­rę Dzi­dzię i pój­dzie­my przy­wi­tać się z cio­cią Ife­ką.– Szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła po Dzi­dzię, za­nim Ari­ze zdą­ży­ła coś po­wie­dzieć.Zmy­ła pia­sek z buź­ki i rą­czek Dzi­dzi i wy­szły z domu na dro­gę.Wu­jek Mba­ezi jesz­cze nie wró­cił z tar­gu i Olan­na, wziąw­szy Dzi­dzię na ko­la­na, usia­dła z cio­cią Ife­ką na ław­ce przed jej bud­ką.Po­dwó­rze za­czę­ło się wy­peł­niać gwa­rem gło­sów są­sia­dów i pi­ska­mi bie­ga­ją­cych wo­kół drze­wa kuka dzie­ci.Ktoś pusz­czał gło­śną mu­zy­kę z gra­mo­fo­nu; już po chwi­li sto­ją­cy przy furt­ce męż­czyź­ni za­czę­li się śmiać i sztur­chać je­den dru­gie­go, pa­ro­diu­jąc tę pio­sen­kę.Rów­nież cio­cia Ife­ka ro­ze­śmia­ła się i kla­snę­ła w dło­nie.– Co cię tak bawi? – za­py­ta­ła Olan­na.– To pio­sen­ka Rek­sa Law­so­na – od­par­ła cio­cia Ife­ka.– I co w tym śmiesz­ne­go?– Tu­taj lu­dzie mó­wią, że re­fren brzmi jak me­cze­nie kozy, ta­kie mee-mee-mee.– Cio­cia Ife­ka za­chi­cho­ta­ła.– Po­wia­da­ją, że tak samo me­czał Sar­dau­na, bła­ga­jąc, żeby go nie za­bi­ja­no.Kie­dy żoł­nie­rze wy­strze­li­li do jego domu z moź­dzie­rza, kuc­nął za swo­imi żo­na­mi i me­czał: „Mee-mee-mee, nie za­bi­jaj­cie mnie, pro­szę, mee-mee-mee!” [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl