[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Trudno.Było, minęło.Chodzi o coś innego.Spójrzmy, jak u nas rozmawia się o mieście.Tu liczy się tylko mityczny rozwój.Wyliczamy, ile pieniędzy unijnych udało się wyciągnąć na inwestycje (często o znaczeniu w dużej mierze prestiżowym).Albo jak wiele powstało centrów handlowych czy biurowców.Ciemna strona tego rozwoju jest jednak ignorowana.Mieszkańcy protestujący przeciwko dogęszczaniu to hamulcowi postępu, podobnie aktywiści próbujący wpływać na decyzje urbanistyczne.Efekt jest taki, że deweloperzy kupują grunty z rozsypującymi się kamienicami albo fabryczkami.Stare budynki wyburzają i wstawiają w to miejsce blok mieszkalny.Znajduje się w nim przecież więcej mieszkań, które można sprzedać.Często zamiast wyburzania mamy wykrajanie kolejnych połaci miejskich parków.Miasto przypatruje się temu ze spokojem, bo przecież „musi się rozwijać”.Nikt nie bierze przykładu z takich metropolii jak Berlin czy Londyn, gdzie też w latach 70.szalał demon modernizacji, a teraz odbija się to wszystkim czkawką, bo nie wszyscy chcą mieszkać w nowych blokach.Dlatego teraz stare budynki zazwyczaj się rewitalizuje, a nie wyburza.W Polsce odwrotnie.Miasto to zbiór działek na sprzedaż, a nie mający stworzyć dobre warunki życia projekt realizowany w imię idei dobra wspólnego.To tylko jeden z przykładów polskiego maldevelopmentu, czyli rozwoju złego albo pozornego – wielkiej pułapki czyhającej na kraje już nierozwijające się, a jeszcze nie w pełni rozwinięte.Tylko że tego typu zagrożeń próżno szukać w raporcie Piątkowskiego.Zamiast tego mamy wezwanie: „Gonić, gonić i przegonić”.Jak? Zwiększać wydatki na innowacje, walczyć z bezrobociem, poprawiać klimat dla biznesu oraz poziom zaufania społecznego.Wielkie dzięki! Tak jakbyśmy o tym nie wiedzieli już 5 albo 10 lat temu.„Doganianie Zachodu to jest maraton, a nie sprint” – zamyka swoją analizę Marcin Piątkowski.I pewnie ma rację.Jego spostrzeżenie jest jednak pozbawione znaczenia.Nieważne, czy rozłożymy siły jak Usain Bolt (sprinter) czy raczej jak Paavo Nurmi (długodystansowiec).Ani jednym, ani drugim sposobem nie dogonimy przecież zawodników biegających wokół zupełnie innego stadionu.Mit drugiZłe, okrutne państwo i dobry, prześladowany biznesPrzekonanie, że polska gospodarka wkroczyła w nowy złoty wiek swojego rozwoju, to tylko jeden z mitów, którymi obrosła polska debata ekonomiczna.Przyjrzyjmy się w tym miejscu kilku innym przekonaniom, np.takiemu: „Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że bogactwo narodów bierze się z pracy.Oni by chcieli zatrudniać pracowników, żeby u nich pracowali, żeby ich firmy się rozwijały.Problem polega wyłącznie na tym, że koszty pracy są idiotycznie wysokie, że trudno znaleźć dobrego pracownika, jeżeli z jego wynagrodzenia, które jest skłonny zapłacić pracodawca, trzeba zabrać tak dużo, żeby mieć z czego oddać panu ministrowi zaliczki na PIT, składki na NFZ i wszystkie pozostałe składki odprowadzane na ZUS” – to słowa jednego z czołowych komentatorów ekonomicznych, doktora habilitowanego nauk prawnych i wybitnego eksperta od podatków.Nazwisko nie jest aż tak istotne, bo pewnie pod tym poglądem podpisałaby się bardzo duża część uczestników polskiej debaty ekonomicznej
[ Pobierz całość w formacie PDF ]