[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.On był lekarzem CMV, ona natomiastpracowała u nas na oddziale patologii.- Pamiętam ją - skinął głową Traynor.- To ta, za którą Wadleychodził jak pies podczas pikniku.- Właśnie z tego powodu cię szukałam - westchnęła Beaton.- KiedyWadley wyrzucił ją z pracy, ta kobieta przyszła do mnie, skarżąc się, żebyła przez niego molestowana seksualnie, i grożąc, że zaskarży szpital dosądu.Kiedyś, na długo przed zwolnieniem, była też u Cantora i złożyłapodobne zażalenie.Cantor to potwierdza.- Czy Wadley miał powód, żeby ją zwolnić?- Jego zdaniem tak - powiedziała Beaton.- Ma dowody na to, żeuporczywie opuszczała miasto w godzinach pracy, nawet po tym, jakostrzegał ją, by tego nie robiła.- Wobec tego nie ma powodu do zmartwień - wzruszył ramionamiTraynor.- Jeśli tylko miał rzeczywisty powód, żeby ją wyrzucić, nic namnie grozi.Wiem, jak zareagują nasi sędziowie, wysłuchawszy jejzarzutów: oddalą skargę, wygłaszając przy tym wykład na temat stosunkumłodych ludzi do obowiązków służbowych.- Mimo to ta sprawa mnie denerwuje - powiedziała Beaton.- A tenjej mąż, doktor David Wilson, chociaż nie jest już pracownikiem CMV,nadal przyjeżdża do szpitala.Sprawia wrażenie, jakby za czymś węszył.Dziś rano kazałam strażnikowi wyprowadzić go z archiwum, a wczoraj popołudniu szukał w naszym komputerze informacji na temat zgonówpacjentów.- Po co, u diabła?- Nie mam pojęcia.- Twierdziłaś jednak, że kartoteka zmarłych pacjentów jest wcałkowitym porządku - przypomniał Traynor.- Cóż więc za różnica, czyten człowiek zagląda do niej, czy nie?- We wszystkich szpitalach dane o zgonach pacjentów sąinformacjami poufnymi - odparła Beaton.- Statystyki śmiertelności niepodaje się do wiadomości publicznej, ponieważ mogłoby to zaszkodzićreputacji placówki.A tego szpital z pewnością nie potrzebuje.- Całkowicie się z tobą zgadzam - skinął głową Traynor.-Utrzymanie Wilsona z dala od naszych archiwów nie powinno jednak byćzbyt trudne, skoro CMV zwolniło go z pracy.A tak na marginesie: czemutak się stało?- Miał bardzo słabą wydajność - wyjaśniła Beaton.- Z uporem teżodmawiał podporządkowania się programowi oszczędnościowemu,szczególnie jeśli chodziło o hospitalizację.- No to i my z pewnością nie będziemy za nim tęsknić - uśmiechnąłsię Traynor.- Zdaje się, że powinienem wysłać Kelleyowi butelkęszkockiej za to, że wyświadczył nam tę przysługę.- Mimo to ta rodzina mnie niepokoi - nie ustępowała Beaton.-Wczoraj wdarli się do szpitala i zabrali stąd swoją córkę.Wiesz, todziecko chore na mukowiscydozę.Wbrew zaleceniom pediatry odwiezli jądo domu.- Nic z tego nie rozumiem - zmarszczył brwi Traynor.- Zachowalisię jak szaleńcy.Jak czuło się to dziecko? Czyżby mieli zastrzeżenia doopieki, jaką otaczano tu dziewczynkę?- Rozmawiałam z jej pediatrą i on zapewnił, że stan małej cały czassię poprawiał - odrzekła Beaton.- W takim razie i w tym wypadku nie mamy powodu do zmartwień -skonstatował Traynor.Zaopatrzona w numery ubezpieczeń społecznych oraz datyurodzenia interesujących ich ludzi Angela wyruszyła do Bostonu.Ranozadzwoniła do Roberta Scaliego i umówiła się z nim na spotkanie, niewyjaśniając, w jakim celu się do niego wybiera.Zabrałoby to jej zbyt wieleczasu, a prócz tego zdawała sobie sprawę, że mężczyzna pewnie nieuwierzyłby w jej historię.Na miejsce spotkania wybrali jedną z licznych, małych hinduskichknajpek przy Central Square w Cambridge.Kiedy Angela weszła dorestauracji, Robert już na nią czekał.Na widok kobiety podniósł się zmiejsca i odsuwając krzesło, pomógł jej usiąść przy stoliku.Pocałowała go w policzek i natychmiast przeszła do rzeczy.Wyjawiła swoją prośbę i wręczyła mu sporządzoną przez Calhouna listęnazwisk.- A więc chcesz tylko, żebym dostarczył ci informacji na temat tychludzi? - upewnił się Robert.- Miałem nadzieję, że zadzwoniłaś tak nagle znieco bardziej osobistego powodu - westchnął.- Liczyłem na to, że poprostu chciałaś się ze mną zobaczyć
[ Pobierz całość w formacie PDF ]