[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Od całej jego postaci biła niezłomna surowość.W rę-ku nie miał nic.Saltash oczyma nakazał numerowemu, aby wyszedł.Był niewzru-szenie spokojny i pewny siebie.Na chmurne spojrzenie Jacka odpowie-dział zuchwałym śmiechem. Zupełnie jak za dawnych czasów  drwił  z tą tylko różnicą, ła-skawy panie, że tym razem ja pierwszy jestem u mety.Wzrok Jacka padł na drobną postać siedzącą na stole.Toby zerwałasię w okamgnieniu.Była zarumieniona, a jej oczy spoglądały wyzywa-jąco.Popatrzył na nią chwilę, by potem znowu przenieść wzrok na Sal-tasha, który paląc papierosa spokojnie oczekiwał dalszego ciągu. Chciałbym zamienić z panem kilka słów w cztery oczy  rzekł ci-cho, ale bardzo stanowczo.Saltash nie przestał się uśmiechać.Spojrzał na Toby, a potem prze-niósł z królewską wyniosłością wzrok na Jacka. Innymi słowy, życzypan sobie, żeby lady Saltash nas opuściła?  spytał tonem lekkim idrwiącym. Zostanę  rzekła Toby szybko i nerwowo, ale stanowczo.Jej ręcezacisnęły się mocno nad stołem.Jack nie spojrzał na nią. Chciałbym pomówić wyłącznie z panem rzekł, nie spuszczając oczu z Saltasha.Saltash przyjrzał mu się pytająco.Podał mu papierośnicę I gestemzaproszenia, ale wzrok Jacka pozostał nieruchomo utkwiony w niego.Saltash zatrzasnął papierośnicę.LRT  Benny przyjechał z panem?  spytał obojętnie. Nie  odparł Jack. Przyjechałem sam.Saltash zapalił nowego papierosa i wypuścił obłok dymu. Zamie-rza mnie pan zastrzelić?  rzucił po chwili milczenia. Nie  odrzekł Jack. Szkoda kuli dla takich jak pan.Saltash roześmiał się i wypuścił nowy obłok dymu. Może dlate-go dożyłem do tych lat  zauważył. Pejcza także nie widzę.Tymrazem nie wystąpił pan w należytym uzbrojeniu.Może by pan się napiłczegoś dla dodania sobie otuchy? Nie trzeba  rzekł Jack. Nie odejdę stąd, dopóki nie rozmówię sięz panem w cztery oczy, oto wszystko. Ach, tak!  rzekł Saltash.Dziwny błysk zamigotał w jego oczach.Podszedł do Toby. Drogie dziecko  rzekł. Zdaje mi się, że ta sprawa prędzej się za-łatwi, gdy nas opuścisz.Spojrzała na niego z żalem.Saltash ujął ją delikatnie pod ramię ipodprowadził do drzwi. Zanim zdążysz wypalić papierosa  rzekł wrócę po ciebie.Podniosła na niego błagalnie oczy. Zostanę.z tobą?  szepnę-ła.Uczynił królewsko łaskawy ruch. Czyż nie jesteś moją żoną? spytał.Uprzejmie otworzył drzwi przed nią i nic jej nie pozostało, jakwyjść z pokoju.Wyszła, nie oglądając się za siebie, a Saltash zamknąłdrzwi za nią.LRT II.CZARNY CHARAKTER Słucham pana  rzekł Saltash wróciwszy.Mówił głosem urywanym;uśmiech znikł z jego twarzy, ustępując miejsca wyniosłości.Stanąłprzed Jackiem i zmierzył go wzrokiem.Jack wyprostował się jak do walki. Ożenił się pan z nią?  spy-tał. Tak  odrzekł Saltash tonem wyzwania. Niegodziwość  rzekł Jack.Saltash wyglądał przez chwilę, jakby chciał się na niego rzucić, alegniew ustąpił wzgardzie.Odwrócił się, wsparł się łokciem o gzyms ko-minka i dalej palił papierosa. Ciekaw jestem, dlaczego  rzekł spo-kojnie. Myślę, że pan sam wie  brzmiała odpowiedz. Och, myśli pan?  spytał Saltash. Ludzie cnotliwi lubią zawszedoszukiwać się we wszystkim zła.Powiedzmy więc, że małżeństwo niejest autentyczne, jak pan uprzejmie daje mi do zrozumienia, i wtedy co? Wtedy ona wróci ze mną  rzekł Jack. Na pewno?  spytał Saltash drwiąco. Tak. A jeśli ja jej nie puszczę? Jeśli ona będzie wolała zostać ze mną? Zabiorę ją bez względu na wszystko  odparł Jack niewzruszenie. I dlaczego, ciekaw jestem?  spytał Slatash, prostując się nagle.Co, u licha, może to pana obchodzić? To, że jest nieszczęśliwym stworzeniem, pozbawionym opieki i że jatę opiekę mogę jej zapewnić. Doprawdy?  spytał Saltash. Zapomina pan, zdaje mi się, że jabyłem przedtem jej opiekunem.Nikt, nawet Benny, nie byłby jej dostałbez mojej zgody. Wiedziałem, że pan ją znalazł  przyznał Jack. Wiedziałem odpoczątku, że pan kłamie co do jej pochodzenia.Ale myślałem, że czynito pan dla jej dobra, a nie dla swoich samolubnych celów. A gdybym to uczynił dla jej dobra?  spytał Saltash.LRT  Gdyby tak było, postąpiłby pan raz w swoim życiu po ludzku.Bennyjest porządnym chłopcem.Byłby się z nią ożenił, byłby jej zapewniłszczęście. Benny miał okazję po temu i zle z niej skorzystał  odrzekł Saltash. Nie zasłużył na swoje szczęście. I dlatego pan postanowił spłatać mu takiego łotrowskiego figla?Saltash strzepnął palcami. Robiłem, co mogłem dla niego, alenie mogłem go zmuszać wbrew jego woli.Czemu nie przyszedł po nią?Wiedział, gdzie jej szukać. Właśnie dlatego  rzekł Jack.Saltash szarpnął się gniewnie. Do licha!  zawołał. Dowiedzsię więc pan i przekonaj, jeśli już trzeba dowodów, że Charles Burche-ster potrafi uchronić nieszczęśliwą dziewczynę od sideł ludzi cnotli-wych.Wyjął kopertę z kieszeni swej marynarki i z pasją rzucił ją na stół.Brązowe, spokojne oczy Jacka przyglądały mu się przez dłuższąchwilę.  Być może pomyliłem się  rzekł.W jego spokojnym tonie był jakby odcień szacunku [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl