[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Obi-Wanowi ta piosenka wydała się bardzo smutna, aledla Arconian najwidoczniej nie.Dla nich jaskinie stanowiłydom.W pojęciu Si Treemby była to najradośniejsza pieśńpod słońcem.Głosy śpiewaków budziły niepokój.Brzmiały tak, jakbyArconianie szykowali się na śmierć.Obi-Wan nie rozumiałich rezygnacji.Rwał się do czynu, do walki.Na razie ha-mował jednak swój zapał.Czy nie powtarzano mu bezprzerwy, że jest nazbyt niecierpliwy? Nadszedł teraz mo-ment próby.Musi postępować zgodnie z Kodeksem Jedi iczekać, nawet jeśli przyjaciele będą umierali na jego oczach.Zacisnął zęby.To było najtrudniejsze ze wszystkiego.Musiałjednak ufać Oui-Gonowi.Obiecaj mi - powiedział łagodnie do Si Treemby - żenie umrzesz w tej jaskini.Obiecujemy - uśmiechnął się słabo Arconianin.Rozumiesz mnie? Musisz przeżyć do czasu, aż Oui--Gon wróci z daktylitem.Spróbujemy przeżyć - odrzekł Si.- Ale niech on wra-ca jak najszybciej. ROZDZIAA 19Oui-Gon Jinn ostrożnie poruszał się po skale, całkowi-cie niedostępnej dla zwykłych śmiertelników.W zaci-nającym deszczu szukał oparcia dla palców dłoni i stóp.Kamień był śliski od wody.Każdy fałszywy ruch groziłupadkiem.Wiedział, że musi się spieszyć.Stracił już sporo czasu,szukając załomów skalnych, w których mógłby się ukryć wczasie wędrówki.Gdyby szedł prostą drogą, byłby zewsządwidoczny jak na dłoni.Teraz jednak znalazł się w miejscu,gdzie nie było żadnej kryjówki.Miał przed sobą gładkąskałę i musiał ryzykować.Na razie większym problemem były Pterosmoki niżHuttowie.Monstra ożywiły się dziwnie.Wiele z nich siadałopod skalnymi nawisami, aby przeczekać burzę.Oui-Gonstarał się poruszać jak najciszej, by nie zwracać ich uwagi.Czasami nieruchomiał na długie, męczące minuty i czekał,aż potwory odwrócą głowy w innym kierunku. Cierpliwość, tylko cierpliwość - powtarzał sobieciągle.- Trzeba zachować spokój".Był to niepisany para- graf Kodeksu Jedi.Niełatwo jednak zachować spokój, gdyżycie tylu istot zależy właśnie od jego pośpiechu.Ręce miał zdarte do krwi.Błyskawica na moment roz-świetliła pejzaż i w pobliżu przetoczył się grom.Niebo byłociemne i grozne.Wiatr świstał i wył w szczelinach skał.Oui-Gon był teraz zupełnie odsłonięty.Jako mężczyznasłusznej postury, mógł łatwo stać się celem dla całego stadapterosmoków.Każda kolejna błyskawica ukazywała gopotworom na nowo, nie mówiąc już o tym, że piorun mógłgo śmiertelnie porazić.Zatrzymał się na chwilę, by złapać oddech.Jego ubranienasiąkło wodą i ciążyło jak ołów.Był półprzytomny.Niedoszedł jeszcze do siebie po walce z hersztem piratów.Spojrzał w dal; blisko brzegu pikował właśnie ogromnyskrzydlaty gad.Ze złożonymi skrzydłami wyglądał jaksrebrzysty pocisk wymierzony w jakiś niewidocznypodwodny cel.Nie uderzył jednak, lecz płynnie przeszedł w długi ślizgpo falach.Rozłożył skrzydła.Jedna z latających rybwyskoczyła spomiędzy spienionych bałwanów i niespo-dziewanie zakończyła życie w otwartej paszczy potwora.Na szczęście pterosmok nie dostrzegł Qui-Gona.Zresztą nie zakosztował dotąd ludzkiego mięsa.Być możenigdy nie widział istot żyjących na lądzie i nie przyszło mu dogłowy, by na nie polować.Rycerz nie miał odwagi spojrzeć w dół.Nad sobą widziałkilkaset metrów pionowej skalnej ściany.Z jakiejś szczelinypołożonej tuż pod górną krawedzią wydobywał się dziwny opar, natychmiast unoszony wiatrem.Ten opar miałzdecydowanie żółtą barwę.Tam powinien być daktylit.Wspinaczka nie należała do łatwych.Tu już nie byłoładnych ścieżek.Dziewicza skała, nie tknięta nigdy ludzkąstopą, pięła się w górę, śliska jak szkło.Każdy kamień wy-jawał się tańczyć pod dotknięciem dłoni czy stopy.A jeślipozostawał nieruchomy, ranił ostrymi krawędziami obolałepalce Qui-Gona [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl