[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Gdybym zatem nie odpowiadał na dzwonek do drzwi, zrozumiecie, co się wydarzyło.- Czy coś ci grozi z jego strony?- Pospieszcie się.- Odłożył słuchawkę.Richard wszedł do środka.Stanął w drzwiach, rozanielony, jakby upajał siędzwiękami muzyki, którą tylko on mógł usłyszeć.- Richardzie?Na dzwięk mego głosu powoli, jak w zwolnionym tempie odwrócił głowę.Jego oczymiały barwę bursztynu, były żółtozłociste.- Jezus, Maria - wyszeptałam.Nie odwrócił wzroku.Zamrugał do mnie tymi nowymi oczami.- Co się stało?- Dzwonił Kaspar.Znalazł Jasona.Próbował się z tobą skontaktować.Twierdzi, żegdy Jason się zmieni, nie zdoła nad nim zapanować.- Jason da sobie radę - wycedził.- Wszystko z nim w porządku? - zabrzmiało jakpytanie.- Tak, a z tobą?- Nie, niedługo będę musiał odbyć przemianę albo zadecyduje o tym księżyc.Nie do końca zrozumiałam, o co chodzi, ale mógł mi to wytłumaczyć w samochodzie.- Niech Edward prowadzi, na wypadek gdyby księżyc zadecydował, że to powinno się stać podczas jazdy w dół zbocza szosą numer 44.- Niezła myśl, ale dom Kaspara znajduje się niemal na samym szczycie góry -poprawił mnie.- To znaczy?- Kaspar mieszka na górze.Prawie na samym końcu tej drogi.- Zwietnie, no to ruszamy.- Będziesz musiała zostawić tam mnie i Jasona - dorzucił.- Dlaczego?- Dopilnuję, aby nie zrobił nikomu krzywdy, jednak, tak czy owak, będzie musiałzapolować.Pójdę z nim na łowy.W lesie jest sporo jeleni.Spojrzałam na niego.To wciąż był ten sam Richard.Mój ukochany, ale.Jego oczymiały barwę bursztynu i stanowiły zdumiewający kontrast w porównaniu z ciemną twarzą.- Nie zmienisz się w samochodzie, prawda? - zapytałam.- Nie.Nigdy nie naraziłbym twego życia.W pełni panuję nad moją bestią.To właśnieoznacza bycie samcem alfa.- Nie martwiłam się, że mógłbyś mnie pożreć - zaoponowałam.- Po prostu niechciałam, abyś zapaskudził całą tapicerkę tym ohydnym śluzem.Uśmiechnął się.Ucieszyłoby mnie to, gdyby jego zęby nie wydawały się bardziejspiczaste niż zazwyczaj.Chryste Panie. ROZDZIAA CZTERDZIESTYDom Kaspara Gundersona zbudowano z kamienia, a w każdym razie był nimioszalowany.Zciany tworzyły jasne kawałki granitu.Do tego białe ozdobniki i dach zjasnoszarych gontów.Drzwi także były białe.Budowla, choć schludna i elegancka, wciążsprawiała wrażenie rustykalnej.Stała na płaskim wierzchołku góry.Droga kończyła się przydomu.Można go było objechać, i tyle.Richard nacisnął dzwonek.Kaspar otworzył drzwi.Na nasz widok aż odetchnął zulgą.- Richard, Bogu dzięki.Jak dotąd udało mu się pozostać w ludzkiej postaci, alewątpię, by długo tak wytrzymał.Weszliśmy do środka i w salonie zobaczyliśmy dwóch siedzących tam dziwnychmężczyzn.Facet po lewej był niski, ciemnowłosy i nosił okulary w drucianych oprawkach.Drugi był wyższy, jasnowłosy, z rudawą bródką.Tylko oni nie pasowali do wystroju wnętrza.Cały salon był urządzony na biało - dywan, kanapa, dwa krzesła, ściany.Poczułam się jak we wnętrzu śniegowej kuli.Kaspar miał gust zbliżony do mojego.Najwyższy czas, abym pomyślała o wymianie mebli.- Kto to? - spytał Richard.- Nie są od nas.- No jasne - rozległ się głos Titusa.W drzwiach prowadzących do kuchni stanął szeryfz pistoletem w dłoni.- Niech nikt się nie rusza - wycedził z silnym południowym akcentem.Aikensen wyłonił się zza drugich drzwi, prowadzących w głąb domu.W ręku trzymałkolejny wielki rewolwer.- Kupujesz je na tuziny? - spytałam.- Spodobały mi się twoje pogróżki przez telefon.Podniecają mnie.Mimowolnie postąpiłam krok naprzód.- Proszę - rzekł Aikensen.Wymierzył rewolwer w moją pierś.Titus celował w Richarda.Dwaj siedzący mężczyzni także wyjęli broń.Zapowiadałasię wystrzałowa impreza.Edward z tyłu za mną zastygł w bezruchu.Nieomal czułam, jak rozważa kolejnescenariusze możliwego rozwoju wydarzeń.Za naszymi plecami rozległ się szczękprzeładowywanego karabinu z zamkiem ryglowym.Wszyscy drgnęliśmy nerwowo, nawetEdward. W drzwiach stał jeszcze jeden mężczyzna.Jego siwe włosy były mocno przerzedzone.Siwowłosy trzymał oburącz karabin wymierzony w głowę Edwarda.Gdyby nacisnął spust,pozostałości z niej zmieściłyby się w małej, papierowej torebce.- Aapy do góry, wszyscy.Unieśliśmy ręce.Co innego mogliśmy zrobić?- Złączcie palce dłoni na potylicy - rozkazał Titus.Edward i ja zrobiliśmy to w miarę sprawnie.Richard okazał się wolniejszy.- Jazda, wilczku, albo rozwalę cię na miejscu i kto wie, czy przy okazji także twojamała przyjaciółeczka nie zarobi paru kulek.Richard wypełnił polecenie.- Co się dzieje, Kasparze?Kaspar siedział na kanapie, a raczej rozwalił się na niej.Sprawiał wrażeniezadowolonego, był wesoły jak szczygiełek.a raczej łabędz.- Ci panowie zapłacili fortunę, aby zapolować na lykantropy.Zapewniam im ofiary oraz miejsce do polowania.- Titus i Aikensen dopilnowują, aby nikt się o tym nie dowiedział, prawda? -domyśliłam się - Mówiłem, że też trochę poluję, panno Blake - wtrącił Titus.- Ten zabity mężczyzna to jeden z waszych myśliwych?Zamrugał nerwowo, ale nie odwrócił wzroku.- Tak.Był jednym z łowców, panno Blake.Spojrzałam na dwóch mężczyzn z dobytąbronią.Nie odwróciłam się, by zerknąć na siwowłosego przy drzwiach.- Wszyscy trzej uważacie, że polowanie na zmiennokształtnych to coś, za co warto daćsię zabić?Ciemnowłosy spojrzał na mnie zza szkieł okrągłych okularów.Wzrok miał pewny, spokojny.Jeśli nawet czuł się niezręcznie, mierząc do człowieka,starannie to maskował.Brodacz rozglądał się dokoła, nie zatrzymując jednak wzroku na niczym konkretnym.Nie bawił się najlepiej.To było widać.- Dlaczego ty i Aikensen nie posprzątaliście tego bałaganu, zanim Holmes i jej partnerzauważyli ciało?- Zcigaliśmy wilkołaka - odparł Aikensen.- Kasparze, jesteśmy tacy sami, powinniśmy stać po jednej stronie - rzekł Richard.- Nie - zaprzeczył Kaspar.Wstał.- Wcale nie.Nie jestem lykantropem.Moja przypadłość nie została odziedziczona po przodkach.Zostałem przeklęty przez czarownicętak dawno temu, że nawet nie pamiętam, kiedy to było.- I mielibyśmy cię z tego powodu żałować? - zapytałam.- Nie.W gruncie rzeczy nie widzę powodu, dla którego miałbym się wam tłumaczyć.Oboje byliście wobec mnie uprzejmi.Chyba mam z tego powodu wyrzuty sumienia.- Wzruszył ramionami.- To będzienasze ostatnie polowanie.Ostatnie wielkie łowy.- Mogłabym chyba zrozumieć, gdybyś zamordował Raine i Gabriela - powiedziałam.-Ale co ci zrobiły złego te lykantropy, do śmierci których się przyczyniłeś?- Kiedy czarownica powiedziała mi, co zrobiła, z początku sądziłem, że to tylkowyjdzie mi na dobre.Chciałem stać się wielką, grozną bestią.A tymczasem ona przemieniłamnie w.to.Rozłożył szeroko ręce.- Zabijasz je, bo są tym, czym ty chciałeś się stać - ciągnęłam.Uśmiechnął się pod nosem.- Zazdrość, Anito, niepohamowana zazdrość.To gorzkie i bolesne doznanie.Już miałam nazwać go parszywym łajdakiem, ale i tak nic by to nie dało.Siedmioroludzi zginęło, bo tej łajzie nie podobało się, że był ptakiem.- Czarownica powinna była cię zabić.I to powoli.- Chciała dać mi lekcję, nauczyć mnie pokory i sprawić, abym się przed nią ukorzył.- Ja nie mam w sobie wiele pokory.I raczej nie korzę się przed nikim - odparłam [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl