[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Jednego pensa! Zaraz dostaniesz trzy, biedaku! zawołał nieznajomy i z nerwowym po-śpiechem wydobył z kieszeni trzy monety. Masz, chłopcze! Daję ci ze szczerego serca.Chodz no tutaj, mój mały, pomóż zanieść twego chorego brata do tamtego oto domu, gdzie. Nie jestem jego bratem przerwał król. Co? Nie jesteś jego bratem? Czy słyszeliście go, dobry panie? jęknął Hugon, a na swój prywatny użytek zgrzytnąłzębami. Wypiera się rodzonego brata! Brata jedną nogą stojącego w grobie. Chłopcze, twarde masz zaiste serce, jeżeli on jest istotnie twoim bratem.Fe, wstyd!Przecież biedaczek nie może ruszyć nogą ani ręką.Powiadasz, że to nie twój brat, któż zacztedy? %7łebrak i złodziej! Wyłudził od was pieniądze, zarazem jednak opróżnił wam kieszenie.Jeżeli chcecie dokonać cudownego uzdrowienia, zmierzcie go laską i resztą pozostawcieOpatrzności.Ale Hugon nie czekał na cud.W jednej chwili zerwał się i pomknął niby wichrem niesio-ny, a nieznajomy dobroczyńca ruszył za nim wołając gromko: Aapaj złodzieja!69Król, wielce wdzięczny Niebiosom ze swe wyzwolenie, uciekał w przeciwnym kierunku inie zwalniał kroku, dopóki nie znalazł się z dala do niebezpieczeństwa.Wybrał pierwszą na-potkaną drogę i rychło zostawił za sobą miasteczko.Przez parę godzin umykał, ile sił w no-gach, i trwożnie oglądał się przez ramię wypatrując pościgu, wreszcie jednak opuściły gowszelkie obawy, a miejsce ich zajęło miłe poczucie bezpieczeństwa.Teraz chłopiec uprzy-tomnił sobie, że jest głodny, a zarazem bardzo zmęczony, zajrzał więc do jakiejś chaty, lecznim zdążył się odezwać, kazano mu milczeć i bez ceremonii przepędzono włóczęgę.Odzienieświadczyło przeciw niemu.Odszedł zraniony i dotknięty do żywego postanowiwszy nie narażać się więcej na tak lek-ceważące traktowanie.Ale głód jest władcą dumy, nim więc zmrok zapadł, chłopiec spróbo-wał szczęścia w innej chacie.Tam wszakże spotkał się z jeszcze gorszym przyjęciem, gdyżobrzucono go wyzwiskami i zagrożono aresztowaniem za włóczęgostwo, jeżeli natychmiastnie pójdzie swoją drogą.Nadciągnęła noc zimna i chmurna, a utrudzony monarcha wlókł się wciąż swoją drogą.Musiał iść nieprzerwanie, bo za każdym razem, gdy przysiadł, aby wytchnąć nieco, chłódprzejmował go do szpiku kości.Wszystkie wrażenia i doznania, które mały król odbierał wczasie tej wędrówki przez dostojny mrok i niezmierzoną pustkę nocy, były dlań nowe i oso-bliwe.Od czasu do czasu jakieś głosy zbliżały się, przesuwały obok i topniały w ciszy, że zaśpostacie, do których głosy owe należały, majaczyły mgliście niby bezkształtne plamy i nicwięcej nie można z nich było dostrzec, chłopiec wyczuwał w tym wszystkim coś nadprzyro-dzonego, upiornego, przejmującego dreszczem grozy.Niekiedy migotał gdzieś błysk światła błysk zawsze daleki, jak gdyby pochodzący z innego świata.Niekiedy słychać było dzwiękowczego dzwonka brzęk zawsze cichy, odległy, niewyrazny.Stłumione porykiwanie bydłanadpływało z nocnym wiatrem w zamierającej, żałobnej tonacji.Czasami rozpaczliwe wyciepsa zabrzmiało gdzieś na rozległych przestrzeniach pól i lasów.Wszystkie te niezmierniedalekie dzwięki budziły w małym królu wrażenie, że życie i jego sprawy odsunęły się odeń,on zaś samotny i pozbawiony oparcia stoi pośrodku niezmierzonego pustkowia.Edward wlókł się pośród posępnych majaków tych nowych przeżyć i od czasu do czasuwzdrygał się posłyszawszy nad głową cichy szelest uschłych liści, który tak bardzo przypo-minał ludzkie szepty.Wtem ujrzał w bliskości słabe światełko ręcznego kaganka.Szybkocofnął się w mrok i czekał.Kaganek migotał w otwartych wrotach stodoły.Król stał przezczas pewien.Nic nie było słychać; nikt się nie poruszał.Biedak zmarzł tak okropnie, stojącbez ruchu, a gościnnie otwarta stodoła była tak kusząca, że postanowił wreszcie wszystkorzucić na szalę i wejść do środka.Ruszył z miejsca szybko i ukradkiem, kiedy jednak prze-kraczał próg, usłyszał z sobą ludzkie głosy.Błyskawicznie skoczył za jakąś znajdującą się wstodole baryłkę i tam przycupnął.We wrotach ukazali się dwaj parobcy, z których jeden niósłkaganek.Parobcy zajęli się jakąś robotą i przez cały czas rozmawiali, kiedy zaś kręcili się zeświatłem tu i ówdzie, król rozglądał się bacznie i dostrzegł po drugiej stronie klepiska dośćwyrazny zarys sąsieka.Zamierzał oczywiście dotrzeć tam po omacku, kiedy wreszcie sampozostanie.Zauważył również leżący w połowie drogi stos der końskich i zadecydował, iż najedną noc powoła je do służby dla korony angielskiej.Parobcy skończyli wkrótce swą pracę, wyszli z kagankiem i zaryglowali wrota.Drżący zchłodu chłopiec skoczył tak szybko, jak pozwalały na to ciemności, w stronę stosu der, chwy-cił kilka z nich i trafił omackiem do upatrzonego sąsieka.Z dwóch der umościł posłanie, aokrył się pozostałymi dwiema.Był teraz zadowolonym z losu monarchą, jakkolwiek derkibyły stare, cienkie i nie dość ciepłe, a ponadto wydawały przejmujący koński odór, tak upo-rczywy, że niemal duszący.Król był wprawdzie głodny i zziębnięty, lecz również tak strudzony i senny, że niebawemzmęczenie i sen zaczęły brać górę nad głodem i chłodem i chłopiec zapadł w stan półświado-mej drzemki.Wtem, w chwili gdy bliski był zupełnej utraty zmysłów, poczuł wyraznie, że70coś go dotknęło.Zbudził się.Strach dławił go bezlitośnie.Zimna groza tajemniczego do-tknięcia w ciemnościach powstrzymała prawie bicie serca.Edward leżał bez ruchu; nasłuchi-wał tłumiąc oddech.Ale nic się nie poruszało.Znikąd nie dochodził żaden dzwięk.Chłopiecnasłuchiwał ciągle i czekał, jak wydawało mu się, bardzo długo, wciąż jednak nic nie poru-szało się ani odzywało
[ Pobierz całość w formacie PDF ]