[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pięknie musiałyby przytym ogniu wyglądać jasne włosy Kryśki.Poprosiłby, aby rozpuściła to całe wiązanie, kok sięnazywa czy licho wie jak.Blaski pełgałyby po nich, a on odgarniałby je od szyi i całował.Wiesiek uśmiechnął się, klepnął Romana przez ramię. Piekielnie jesteście kochliwi.Dopiero Heniek mi się spowiadał, że braknie mujakiejś babki, teraz ty pozujesz na romantyczność.O czym innym myślałem.%7łe takie samoniebo musiało zwisać, jak szedł tędy Mieszko i Chrobry, jak szlaki przez lubuskie puszcze iwody przebijał Krzywousty.W tej niecce międzyrzeckiej musiało przed wiekami być wcaleludno, co krok wyrasta tu przecież jakieś grodzisko.Tak mnie korci, żeby pogrzebać w ziemina wzgórzu, gdzie rozsiadł się ten na pół zrujnowany pałac.Wyjątkowo duże rozmiary gro-dziska, musiała to być spora osada.Muszę pogadać z kolegami w Międzyrzeczu.Przejechał-byś się tam kiedy ze mną? Chętnie. No, mileńkie wy moje, polewka gotowa! Dawajcie miski!  zadowolonym basemwpadł w ich rozmowę brodaty brygadier.Ożywiło się przy ogniu, jakby kto kij wsadził w mrowisko.Co tu gadać, głodni byli,niejeden zżymał się już, że Wikswa celebruje swoje gotowanie zbyt długo.Zadzwięczały bla-szane michy, szczęknęły łyżki.Ogień wyżej podniósł się jasnym płomieniem, ktoś suszu podrzucił.Roman ciekawiespoglądał po nie znanym mu dotąd klanie rybackim.Nic, że każdy niemal pochodził z innychstron, żył dawniej innymi sprawami.Rybacki los ich połączył, przydzielił te same troski i nie-pokoje, drobne radości, wysiłek ciężkiej pracy, wieczną igraszkę z trafem, który gdy się prze-ciw nim sprzysięże, nie pomoże umiejętność ani wkładany trud.Wikswa z namaszczeniem,jak zawsze, rozlewał pierwszą porcję, potem już sami doleją, ile kto chce.Drewnianą chochląmieszał polewkę, czerpał gęsto, od dna.Ruchy miał spokojne, poważne, siwa broda, rozja-śniona w płomieniach, migocąca to żółcią, to czerwienią, chwiała się na strony, wąziutkieszparki oczu patrzyły uważnie.Miskę podsuwał równy mu chyba rybackim doświadczeniem,choć znacznie młodszy Mazurek, ze szczerbami w zębach, celnie i.spluwający spoza nich nawielką odległość.Od dziecka siedział na rybnych wodach pod Sierakowem, potem skusiła gonowa ziemia, chciał się chwycić za gospodarkę, artretyzmu w dłoniach się przecież nabawił.Ale długo nie strzymał, wrócił do swego zawodu, tyle że narzekał, iż nowe wody w niczymtym jego dawnym nierówne.Teraz Heniek musi się pchać, ani patrzy, żeby starym ustąpić, do żarcia zawsze ocho-tnik.Znów dobry, łagodny Malicki, o sile niespotykanej.Jakiś chudeusz, milczący zawsze,podobno spod Kielc rodem i wreszcie poza Wikswą postać najbardziej Romanowi imponują-ca.Pózny był niewielki, jakby zasuszony, licho wie, pięćdziesiąt lat liczył czy można mu było dołożyć dalsze dwadzieścia.Twarz rumiana, nieodmiennie uśmiechnięta, nerwowy wruchach, o bardzo jasnych oczach, koloru rozlanej na piasku wody.Wiesiek także patrzył na tego rybaka.Przechylił się do Romana: Pózny mieszka w tych stronach od urodzenia.Twarda sztuka. A wy co? Zaszyli się z boku i pewnikiem o dziewuchach gadacie?  pokrzykiwałna nich Wikswa.Zerwali się momentalnie.Lepiej nie wpaść w oko staremu, wykpi, suchej nitki nie zo-stawi.Siorbanie, tylko łyżki zgrzytają.Sami już teraz sięgają po dalsze porcje.Gar się opró-żnia.Zaczęły się teraz wspominki rybackich dni i nocy, ramiona rozwierały się szeroko, bypokazać, jakie to wielkie były ongiś złapane sumy czy szczupaki.Padały nazwy bliskich idalekich jezior, małych, jak te, nad którym teraz równiutkim słupem niósł się dym z ich ogni-ska, i ogromnych, gdzie fala burzy się wyżej człowieka, zupełnie jakby na morzu. Na Mazurach to jeszcze są ryby.Tu gorzej, bo Niemcy to stawiali najbardziej nahodowlę karpi.Jeszcze i teraz w każdym błotku choć parę sztuk buszuje.Dla mnie karp to nieryba, ni z wyglądu, ni ze smaku.W wannie możesz go utuczyć jak prosię.Niemiecki smak nadąsał się chudy kielczanin.Jakiś nocny ptak szybował cichym lotem, poderwał się szybciej znad ognia.Od wodyznów niespokojnie zakwakały kaczki, zaraz odpowiedziała im żaba.Leciutka, przezroczystamgła otuliła torfowiska i łąki, białobłękitnym całunem podchodziła pod zagajnik, wsiąkała wmrok starodrzewia. Zupełnie tak samo, jak w Bracławskiem.%7łeby mnie to w głowie kiedy stanęło, żeoswajać się trzeba będzie z poniemiecką ziemią  mruknął Wikswa z nutą zdziwienia i żaluw głosie Polską, nie poniemiecką  sprostował Wiesiek, na punkcie tych spraw szczególniedrażliwy. Czy ja wiem, tak różnie ludzie gadają,. Bo właśnie nie wiedzą.Za mało się o tym mówi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl