[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. zaczął dziekan. Nie przeklinać! Nie przeklinać!  Ridcully zdołał przekrzyczeć hałas.Walczył z Piekielnym Draniem, który krążył wokół jego kapelusza. Nie wia-domo, w co może się to obrócić! Aobuz!  ryknął dziekan. To na nic  stwierdził pierwszy prymus. Równie dobrze moglibyśmysię starać powstrzymać przypływ.Proponuję, żeby wrócić na uniwersytet i przy-gotować parę naprawdę mocnych zaklęć. Dobry pomysł  zgodził się Ridcully.Spojrzał na zbliżającą się ścianępogiętego drutu. Ktoś wie, jak to zrobić? Yo! Mięczaki!  zawołał dziekan.Jeszcze raz wymierzył z laski.Wydała z siebie smętny odgłos, który możnaby zapisać jako  pfffft.Blada iskra opadła z czubka na bruk.* * *Windle Poons zatrzasnął kolejną księgę.Bibliotekarz skrzywił się tylko. Nic! Wulkany, pływy, gniew bogów, wścibscy magowie.Nie chcę wie-dzieć, jak zabijano inne miasta, chcę wiedzieć, jak kończyły.Bibliotekarz złożył na biurku następny stos książek.Kolejną zaletą bycia mar-twym, jak właśnie przekonał się Windle, była zdolność do języków.Potrafił do-strzec sens słów, nawet nie znając ich ścisłego znaczenia.No cóż, zgon nie przy-pominał jednak zasypiania  raczej przebudzenie.Zerknął pod ścianę, gdzie czułe ręce bandażowały łapę Lupine a. Bibliotekarzu  rzucił niegłośno. Uuk?158  Swego czasu zmieniłeś gatunek.Co byś zrobił, gdyby.załóżmy tylko teo-retycznie.No więc przypuśćmy, że mamy wilka, który o pełni księżyca zmieniasię w mężczyznę-wilkołaka, i kobietę, która o pełni księżyca zmienia się w kobie-tę-wilkołaka.Rozumiesz, osiągają tę samą formę, ale z przeciwnych stron.I potemsię spotykają.Co byś im powiedział? Czy powinni sami jakoś to rozstrzygnąć? Uuk  stwierdził natychmiast bibliotekarz. To kuszące. Uuk. Chociaż pani Cake na pewno się nie spodoba. Iik uuk. Masz rację.Mógłbyś wyrazić to delikatniej, ale masz rację.Każdy powi-nien sam rozstrzygać takie sprawy.Westchnął, przewrócił stronę.i szeroko otworzył oczy. Miasto Khan Li  odczytał. Słyszałeś kiedyś o takim?  Grimoire Strip-fettle a Wierzcie-Lub-Nie.Piszą tu. małe wózki.nikt nie wiedział, skąd sięwzięły.tak niezwykle użyteczne, że posłano ludzi, by spędzili je w stado i spro-wadzili do miasta.nagle jakby gorączka w nie wstąpiła.ludzie podążyli zanimi i oto za murami znalezli nowe miasto: miasto jak gdyby z kupieckich straga-nów, gdzie wózki owe zniknęły.Przewrócił stronę. Tu chyba mówią.Nie rozumiałem istoty rzeczy, powiedział sobie w myśli.Człowiek-Wiadrosądzi, że chodzi o rozmnażanie miast.Ale to jakoś nie pasuje.Miasto jest żywe.Gdyby ktoś był wielkim, powolnym olbrzymem, jak choćbylicząca sosna, i spojrzał na miasto z góry.Widziałby, jak rosną budynki, jakodpierani są napastnicy, gaszone pożary.Nie widziałby ludzi, bo ludzie za szybkosię poruszają.%7łyciem miasta, tym, co je napędza, nie jest jakaś tajemnicza siła.%7łyciem miasta są ludzie.Odruchowo przewracał strony, właściwie nie patrząc.Czyli mamy miasta  wielkie, osiadłe istoty, wyrastające z jednego punktui przez tysiące lat prawie nieruszające się z miejsca.Rozmnażają się, wysyłającludzi, by kolonizowali nowe ziemie.One same po prostu leżą nieruchomo.Są ży-we, ale w taki sam sposób, w jaki żywa jest meduza.Albo stosunkowo inteligentnajarzyna.W końcu nazywamy Ankh-Morpork Wielkim Wahooni.A tam, gdzie żyją wielkie i powolne istoty, pojawiają się małe i szybkie istoty,które je pożerają.Windle Poons poczuł, jak odpalają komórki w mózgu.Powstały nowe sko-jarzenia.Myśli popłynęły nowymi torami.Czy za życia kiedykolwiek naprawdęmyślał? Poważnie w to wątpił.Był tylko masą złożonych reakcji, powiązanychz zakończeniami nerwowymi, gdzie wszystko  od leniwego rozmyślania o na-159 stępnym posiłku do przypadkowych, rozpraszających wspomnień  przeszka-dzało mu w prawdziwym myśleniu.Coś takiego na pewno dojrzewałoby w mieście, gdzie jest ciepło i bezpiecznie.A potem wyrwałoby się na zewnątrz, poza miasto, żeby zbudować.coś innego,nie prawdziwe miasto, ale fałszywe.coś, co przyciągnie ludzi, pozwoli wyssaćżycie gospodarza.Słowo, którego szukaliśmy, to  drapieżnik.* * *Dziekan przyjrzał się z niedowierzaniem swojej lasce.Potrząsnął nią i wyce-lował znowu.Tym razem odgłos należałoby zapisać jako  pfwut.Spojrzał w górę.Wysoka fala wózków, sięgająca wysokością dachów, miaławłaśnie się nad nim załamać. Ożeż. powiedział i osłonił rękami głowę.Ktoś z tyłu chwycił go za szatę i odciągnął.Wózki runęły. Chodzmy  powiedział Ridcully. jeśli pobiegniemy, utrzymamy sięprzed nimi. Nie mam magii! Nie mam magii!  jęczał dziekan. I nie będziesz pan miał jeszcze paru rzeczy, jeśli się nie pospieszymy ostrzegł nadrektor.Próbując trzymać się razem i co chwila zderzając się ze sobą, magowie bieglitruchtem przed rojem wózków.Całe rzeki drucianych koszy wypływały z miastai pędziły przez pola. Wiecie, co mi to przypomina?  zapytał Ridcully, kiedy przedzierali sięmiędzy nimi. Cóż takiego?  wymruczał pierwszy prymus. Tarło łososi. Co? Nie w Ankh, ma się rozumieć.Nie wierzę, żeby łosoś mógł popłynąć w gó-rę rzeki. Chyba że na piechotę  zgodził się pierwszy prymus..ale widywałem je w górskich rzekach.Płynęły gęsto  mówił Ridcully. Walczyły, żeby przedostać się na czoło.Cała rzeka zmieniała się w srebrzystąmasę. Zwietnie.Ale po co one to robią? No.Ma to jakiś związek z rozmnażaniem.160  Obrzydliwość  uznał pierwszy prymus. I pomyśleć, że musimy pić tęwodę. Panowie, jesteśmy na otwartej przestrzeni.Tutaj zajdziemy je z flanki rzekł Ridcully. Skierujemy się w jakieś puste miejsce. Raczej nie  zauważył wykładowca run współczesnych.Ze wszystkich stron zbliżała się zgrzytająca, walcząca, sunąca niepowstrzy-manie ściana wózków. Idą po nas! Idą po nas!  zapłakał kwestor.Dziekan wyrwał mu laskę. Zaraz! To moje!Dziekan odepchnął go i odstrzelił kółka najbliższemu wózkowi. To moja laska!Magowie ustawili się plecami do siebie; znalezli się w malejącym pustymkręgu otoczonym metalem. Nie pasują do tego miasta  uznał wykładowca run współczesnych. Wiem, o co panu chodzi  zgodził się Ridcully. Są.obcy. Pewnie nikt dzisiaj nie ma przy sobie zaklęcia lewitacji?  zapytał pierw-szy prymus.Dziekan wymierzył i roztopił kolejny koszyk. Pamiętaj, że używasz mojej laski. Zamknij się, kwestorze  przerwał nadrektor. A pan, dziekanie, nicze-go nie osiągnie, likwidując je pojedynczo.Gotowi, chłopcy? Musimy im zadaćmożliwie największe straty.Pamiętajcie: długie, niemierzone serie.Wózki były coraz bliżej.* * *AU.AU.Panna Flitworth szła niepewnie przez mokrą, grzechoczącą ciemność.Gradchrzęścił pod stopami.Kanonada gromów wstrząsała niebem. Kłują, prawda?  powiedziała.MAJ ECHO [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl